poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Dzieci krwi i kości - Tomi Adeyemi


O Dzieciach krwi i kości usłyszałam jeszcze zanim pojawiły się choćby zapowiedzi tłumaczenia na polski. Ba, zdobyłam nawet wersję oryginalną i byłam zdeterminowana, żeby przeczytać ją po angielsku. Niestety, w międzyczasie oczywiście napatoczyło się kilka(dziesiąt) innych tytułów i zupełnie o niej zapomniałam... aż niedawno zaskoczyła mnie na wirtualnej półce w księgarni.


Tomi Adeyemi zabiera nas do fikcyjnego kraju, Oriszy, który budzi ewidentne skojarzenia z krajami afrykańskimi. Dużo sobie po tym obiecywałam, bo nie znam w zasadzie żadnej powieści fantasy YA w takich klimatach. Niestety, właśnie klimatu trochę mi tu zabrakło. Czytając, nie widziałam wiosek, strojów czy plemiennych ozdób. Opisy były potraktowane dość szczątkowo i czytelnik musi wykazać się pewną kreatywnością, żeby cieszyć się barwną wizją świata zamieszkanego przez czarnoskórych mieszkańców i zwierzęta takie jak lworożce, lampartusy i lisielce.

Główna bohaterka powieści i jedna z jej narratorów, Zelie, jest ibawitką - dziewczyną o czarnej skórze i białych włosach. W wieku trzynastu lat powinna obudzić w sobie magiczną moc - powinna, ale nie obudziła, bo gdy była małą dziewczynką lokalny tyran, król Saran, zabił wszystkich dorosłych magów, w tym matkę Zelie, i zniszczył magię. Białowłose dzieci dorosły, ale moc nie powróciła, a one same zostały uznane za "glisty". 

Nagle na drodze dziewczyny i jej brata Tzaina stają dzieci Sarana: zbuntowana, choć przerażona księżniczka Amari oraz jej brat Inan. Zelie, Tzain i Amari zostają wybrani przez bogów, by przywrócić Oriszy magię, a przy okazji nie dać się zabić Inanowi, u którego, jak głosi porzekadło, od miłości do nienawiści jeden krok, a z powrotem nawet mniej - tak niespójnej psychologicznie postaci to ze świecą szukać, nawet w młodzieżówkach.

Jak widać, z bohaterami jest... różnie. Inan jest na szczęście przypadkiem ekstremalnym; Tzain... no cóż, Tzain jest. Trudno powiedzieć o nim coś więcej; jest tak nijaki, że jako jedyny nie dostał "na własność" narracji w choćby jednym rozdziale - perspektywy pozostałej trójki się przeplatają. Na szczęście dziewczyny wypadają nieco lepiej. Zelie co prawda robi głupotę za głupotą, ale jednocześnie jej postać ma sporą głębię dzięki piętnu przeszłości, z którą się zmaga. Amari wypada jeszcze lepiej, bo to niepozorne dziewczę ma w sobie ogromne pokłady charakteru, a ostatnie sceny z jej udziałem... och, cudo.

Skoro już narzekam, to nie mogę też odpuścić tłumaczowi. Od biedy mogę wybaczyć niekonsekwencję w podejściu do nazw własnych (chociaż to, dlaczego Kaea stała się Keją, i czy dzięki temu można przy niej przycumować jacht, nadal mnie zastanawia), o tyle chciałabym się dowiedzieć, skąd wzięli się "ibawici". Tak, proszę państwa, "ibawici" to tłumaczenie na polski słowa "divîner". Tłumacz postanowił być mądrzejszy od autora i zamienił oryginalne słowo, które osoby uczące się angielskiego może jeszcze by skojarzyły z boskością, na jakieś kosmiczne określenie, którego nie kojarzy nawet google, chyba że naprawdę wie się, gdzie szukać (ale wtedy i tak nie ma wielkiego sensu). No, komu to pomogło i czy aby na pewno o to chodzi w tłumaczeniu, to już pozostawiam do oceny Wam.

Żeby nie było, że nic mnie nie ujęło: magia w Dzieciach zachwyca. Każdy ibawita odkrywa w sobie konkretny dar - może zostać magiem życia i śmierci, czyli Żniwiarzem, może zapanować nad falami mórz, nad ziemią, ogniem, światłem i mrokiem. Choć w tym tomie moc zdążyła się dopiero obudzić i nie ukazała się czytelnikom w pełnej krasie, to widać, że jest to aspekt, który autorka starannie sobie przemyślała.

Niestety, sama magia to za mało, by uznać książkę za udaną. Owszem, tematycznie powieść wyróżnia się na plus, podoba mi się też wydźwięk ideologiczny powieści (z całą tą walką o równouprawnienie ras), jednak ostatecznie po zamknięciu książki poczułam rozczarowanie. Nie wiem, czy chcę brnąć w kolejne tomy - tak, choć byłam przekonana, ze Dzieci krwi i kości stanowią zamkniętą całość, to autorka nie umknęła przed plagą młodzieżówek fantasy, które, jak wiadomo, zawsze muszą mieć przynajmniej trzy części... Chętnie natomiast obejrzę zapowiadaną na skrzydełku okładki ekranizację - może magia wielkiego ekranu sprawi, że dostanę tę wielką, afrykańską przygodę, na którą liczyłam?



Tytuł: Dzieci krwi i kości 
Autor: Tomi Adeyemi 
Wydawnictwo: Dolnośląskie 
Liczba stron: 512






Za egzemplarz recenzencki
dziękuję księgarni Tania Książka:

 Tania Książka
Sprawdźcie też inne nowości na stronie księgarni :)

10 komentarzy:

  1. Serio? Ibawici? Czytałam tę książkę z rok temu w oryginale i teraz, czytając Twoją recenzję, zastanawiałam się jak mogłam tyle zapomnieć... No, ktoś popłynął.
    Inana też chciałam zabić w 90% scen xD a ten ich wątek romantyczny, o rany, jakie to wiarygodne xDDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten motyw "napatoczyło się kilka(dziesiąt) innych tytułów" znam, aż za dobrze. 😂
    Co do książki, to również zastanawiałam się nad nią, jak jeszcze nie była przetłumaczona na język polski. Przeczytałam jednak kilka recenzji na good reads i odpuściłam, bo jak również Ty zauważyłaś "magia to za mało".

    OdpowiedzUsuń
  3. Ci ibawici naprawdę mnie rozbawili. Fajnie, że zwróciłaś na to uwagę. Tak czy siak, na książkę mam ogromną ochotę - już zagraniczne informacje bardzo zainteresowały mnie tym tytułem. Całkiem niezła cegiełka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam ją w swoich planach, ale nie wiem, czy zrealizuję. Afrykański klimat fakt, nie przypominam sobie, żeby gdzieś występował w dużych ilościach, a szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm, planowałam ją przeczytać, ale mojej głodnej wyobraźni sama magia nie wystarczy. Szkoda, bo powieść zapowiadała się ciekawie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mój brat lubi takie książki podrzucę mu tytuł

    OdpowiedzUsuń
  7. fajna propozycja dzięki! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Przyjrzę się temu bliżej niebawem :)

    OdpowiedzUsuń