czwartek, 27 grudnia 2018

Manhattan - niech się mury pną do góry



Manhattan to kolejna (po recenzowanym niedawno Mi pasuje!) gra, która doczekała się swojej polskiej edycji po blisko ćwierćwieczu. Osobiście trochę mnie to dziwi, zwłaszcza że to laureat Spiel des Jahres z 1994 roku - najbardziej prestiżowej nagrody w planszówkowym świecie - ale, jak to mówią, lepiej późno, niż wcale. Zwłaszcza że w moim odczuciu, wbrew wielu sceptycznym opiniom w internecie, Manhattan zestarzał się bardzo ładnie jak na to, czym jest. A jest lekką, szybką, sprytną mechanicznie grą z dużą dozą negatywnej interakcji.

Co w pudełku?


W klasycznej wielkości pudełku znajdziemy talię kart, karty-planszetki graczy, cztery zestawy plastikowych wieżowców w kolorach graczy oraz planszę:



Jak to działa?


Manhattan to jeden z tych tytułów, które tłumaczymy w 5 minut nawet najbardziej opornym i nieplanszówkowym osobom. Na początek każdy wybiera swój kolor, po czym bierze odpowiadającą mu planszetkę gracza i fragmenty wieżowców. Przed każdą rundą gracz wybiera ze swoich klocków od 4 do 8 elementów (zależnie od liczby graczy) i bierze na rękę 4 karty miast. 

Następnie gracze kolejno zagrywają jedną kartę i wystawiają budynek na wskazanym przez nią miejscu; karty nie wolno obracać, więc wskazana na niej lokalizacja wieżowca będzie inna zależnie od perspektywy gracza. Dlatego też istotne jest, żeby każdy z grających siedział po innej stronie planszy. Nowy fragment wieżowca stawiamy więc na wskazanym przez kartę miejscu w dowolnej z 6 dzielnic, przy czym możemy go postawić na pustym miejscu, bądź na innym znajdującym się tym klocku (suma naszych elementów musi być równa lub większa od sumy elementów klocków przeciwnika, którego wieżowiec zamierzamy zakryć - nie możesz mieć mniej pięter, niż inni). 



W praktyce zasady są niezwykle proste i po kilku ruchach będą wykonywane intuicyjnie. Z mojego doświadczenia wynika, że jedyne, o czym można zapomnieć, to zasady punktacji. Są one jednak przedstawione na planszy w formie graficznej przypominajki, więc każdy może sobie odświeżyć w dowolnej chwili. A punktujemy na końcu rundy za:
- najwyższy wieżowiec na planszy (jesteśmy właścicielami budynku, jeśli to nasz kolor znajduje się na szczycie) + 3 pkt;
- przewagę w danej dzielnicy + 2 pkt;
- każdy posiadany budynek na planszy + 1 pkt.



O zmianach w wariancie 2-osobowym piszę w sekcji Skalowanie.

Wrażenia


Interakcja

...to kwintesencja Manhattanu. Ta gra to czysta forma interakcji, i to takiej najbardziej paskudnej, bo każdym naszym ruchem próbujemy ugrać coś kosztem przeciwnika. Spotkałam się z komentarzami, że ktoś, kto umieścił na pudełku te roześmiane osoby nigdy nie grał w Manhattan, bo wiedziałby, że gracze przy tej grze się nie cieszą, tylko mają ochotę przywalić przeciwnikowi. Cóż, my się cieszyliśmy, ale ja mam grupy, które bardzo lubią negatywną interakcję - nic nie daje takiej radości, jak wbicie noża w plecy przeciwnika, prawda? Jeśli podchodzicie do planszówek podobnie, to pewnie będziecie zadowoleni. Ostrożnie jednak przy grze z maluchami i osobami, które potrafią nad planszą strzelić focha...



Skalowanie

...bardzo mnie zaskoczyło - pozytywnie. Pierwsza partia, jaką zagraliśmy w tę grę, była rozgrywką dwuosobową. Broniłam się przed tym jak mogłam, bo miałam przeświadczenie, że co jak co, ale area control na 2 osoby dobrze chodzić nie może. Obawiałam się, że wpłynie to negatywnie na odbiór gry, jednak szanowny małżonek nalegał, więc spróbowaliśmy. Oboje byliśmy zachwyceni - na dwie osoby każdy z graczy kontroluje dwa kolory, które jednocześnie się nie sumują (każdy punktuje osobno, a suma obu wyników to wynik gracza). Wymusza to poniekąd podział planszy na pół, i o każdą z tych połówek walczymy osobno. 

No dobra - a teraz o fragmencie na szaro możecie zapomnieć, bo wynikał z naszej niewłaściwej interpretacji zasad. A nawet nie z niewłaściwej interpretacji, tylko z zasad wybitnie źle i powierzchownie przedstawionych w instrukcji - ogromny minus! Otóż poprawne rozegranie partii dwuosobowej zakłada, że z każdego koloru wybieramy na początku rundy po 4 fragmenty wieżowców, ale potem traktujemy je tak, jakby były jednego koloru. W praktyce muszę jednak stwierdzić, że nasza "wersja" bardziej mi odpowiadała - na przykład mniej odczuwałam w niej losowość - więc prawdopodobnie stanie się naszą regularną "home rule".

Jednakże w obu wariantach rozgrywka jest niezwykle zacięta i w niczym nie ustępuje grze w 3 czy 4 osoby, więc moja ocena odnośnie skalowania pozostaje niezmieniona.


Losowość

...jest zauważalna, ale moim zdaniem nie daje się zbytnio we znaki. Dużo zależy od dociągu kart, ale na ogół zawsze udaje nam się jakoś sensownie wykorzystać to, co przychodzi na rękę. Owszem, sporadycznie zdarzy się partia, w której jednemu z graczy karty jakoś lepiej "podejdą", ale są to sytuacje dość rzadkie i większością każdy z graczy ma podobne szanse na kombinowanie.



Podsumowując...


Mam w zasadzie tylko dwa zarzuty, oba dotyczące oprawy wizualnej gry. Po pierwsze, nie wiem skąd pomysł na zamianę Manhattanu w jakąś hawajską wyspę, czy co to tam ma być - kompletnie nie pasuje to ani do tytułu, ani do tematu (wszak budujemy wieżowce), ani do klimatu (gra nie stała się wcale bardziej rodzinna). Są to jednak kwestie czysto wizualne, więc - skoro wiele "brzydkich" gier broni się mechaniką - absurdalnie cukierkowa oprawa Manhattanu nie wpływa na wrażenia z gry.

Drugim problemem były dla mnie wysokości poszczególnych elementów wieżowców. Kiedy ułożymy je na planszetce, wszystko jest jasne, ale już przy ustawionych pionowo na planszy budynkach miałam problem z oceną faktycznej liczby pięter w danym kolorze. Przydałyby się jakieś rowki czy inne oznaczenia na elementach, żeby można było to określić na pierwszy rzut oka. 




Po dość sceptycznych recenzjach Manhattanu, które pojawiały się w sieci, obawiałam się, że gra rozczaruje i mnie. Niepotrzebnie - okazało się, że mechanicznie gra nadal się broni, wszystko tu działa jak należy. Oferuje rozgrywkę niezwykle lekką, przez co może się wydawać, że trudno oszacować jej target: rodzina z dziećmi raczej w to nie pogra ze względu na wszechobecną złośliwość i konfrontacyjny charakter, a "poważni" gracze mogą uznać lekkość rozgrywki za wadę. Dla mnie jednak jest to świetne, gatewayowe area control, które jednak daje sporą satysfakcję z wygranej. Na pewno jeszcze wróci u nas na stół nawet w bardziej "ogranych" grupach, które, jak pokazały kolejne partie, doceniły stosunkowo krótki czas gry i niemalże imprezowe tempo rozgrywki.

Plusy
+ porządne wykonanie; 
+ proste zasady; 
+ dynamiczna rozgrywka; 
+ wysoka interakcja (uwaga - dla niektórych może być to minus!); 
+ stosunkowo krótki czas rozgrywki. 

Minusy
- niejasno opisane zasady gry we dwoje; 
- trudne do oszacowania na pierwszy rzut oka wysokości wieżowców.

Tytuł: Manhattan 
Autor: Andreas Seyfarth 
Wydawnictwo: Foxgames 
Czas gry: 45 minut 
Liczba graczy: 2-4



Za egzemplarz do testów
dziękuję wydawnictwu Foxgames:


9 komentarzy:

  1. O co w sumie chodzi z tą negatywna interakcją? To dobrze?
    Kasikowykurz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A lubisz? Jak lubisz, to dobrze. Jak nie lubisz, to trochę gorzej ;) Niektórzy wolą bardzo "złośliwe" gry, inni wolą spokojne układanie "pasjansa" na planszy.

      Usuń
  2. Gra wydaje się ciekawa, lubię takie proste gry, szczególnie że mam wśród znajomych osoby, które nie przepadają za planszówkami i przekonują je tylko te, które się szybko tłumaczy :D Jednak trochę odstrasza ta interakcja - ja to się bardzo denerwuję jak ktoś wygrywa moim kosztem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to Manhattan może dać się we znaki, bo to jednak czysta forma interakcji i cały czas ugrywamy coś kosztem innych. Z drugiej strony, mam wrażenie, że w takich "pojedynkowych" grach złośliwości nieco mniej bolą, bo to kwintesencja gry - trochę jak (oczywiście ciężko to porównać) w szachach, ciężko się obrazić za zbijanie pionków ;)

      Usuń
  3. Uwielbiam planszówki, chętnie spróbuje tej konkretnej, mega fajny blog.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja tak samo uwielbiam planszówki i grałbym non stop jakbym miał czas.Tylko że tego czasu jest bardzo mało.

    OdpowiedzUsuń