środa, 10 października 2018

Wojen Lotosowych ciąg dalszy. Bratobójca - Jay Kristoff

(Uwaga: jest to recenzja II tomu Wojen Lotosowych. 
Siłą rzeczy mogę zdradzać jakieś fakty z tomu I, o którym pisałam tutaj.)

Pamiętacie moje marudzenie nad Tancerzami Burzy? Umierałam przez pół książki tylko po to, by potem dać się wciągnąć w wir wydarzeń i zakończyć lekturę ze sporą satysfakcją. Ogólne wrażenie było na tyle dobre, że byłam pewna, że będę chciała poznać dalszy przebieg Wojen Lotosowych. Trochę bałam się powrotu, biorąc pod uwagę, jak skutecznie mój mózg wypiera wszelkie nazwy własne nawiązujące do Dalekiego Wschodu (w 90% przypadków mam wrażenie, że japońskie imiona to losowo pomieszane sylaby). Na szczęście nie było tak źle, bo Kristoff stosuje świetny manewr, jakim jest otwarcie drugiego tomu krótkim przypomnieniem postaci i punktu w historii, w którym je zostawiliśmy - bez przeszkód odnalazłam się w świecie Wojen Lotosowych i mogłam dalej towarzyszyć Yukiko!



...która nadal miota się między osobistą żądzą zemsty a chęcią zbawiania narodów. Przy okazji jej dar przenikania daje jej się we znaki, co utrudnia jej funkcjonowanie i zmusza do częstszego sięgania po butelkę sake, niż ona sama chciałaby przyznać. Cóż jednak zrobić, jeśli nawet głos Buruu odbiera w swojej głowie z taką siłą, że doprowadza ją to niemal na krawędź szaleństwa... Nie tylko ona ma zresztą gorszy czas - Kin, który porzucił dla niej Gildię, ma spore problemy z aklimatyzacją we wrogim mu społeczeństwie Kage, a wierny tygrys gromu musi stawić czoła pewnym pierwotnym instynktom, przy okazji krzyżując naszej bohaterce plany i usuwając ją niechcący w najbardziej drażliwym momencie ze sceny politycznej Shimy.

Na której to scenie, dodajmy, dzieje się sporo. Po tym jak Yukiko zabiła szoguna samym spojrzeniem, świat Shimy stoi na krawędzi wojny domowej. Tym bardziej, że Daimyo Klanu Tygrysa chce objąć tron szoguna i odbudować upadłą dynastię, i nie zawaha się w tym celu nawet dać Gildii jeszcze większej władzy. A poza tym on również ma prywatną zemstę, której celem jest nie kto inny, ale właśnie Yukiko. Gdzieś w tym mętliku spisków i intryg spotkamy parę nowych postaci oraz sprawdzoną już gwardię starych bohaterów (świetny Akihito! i parę powrotów zza grobu gratis). 

To teraz powiedzcie mi, proszę, jakim cudem, skoro powyższy opis sugeruje, że w książce dużo się dzieje, to w praktyce jakby... nie dzieje się nic? Nie miałam co prawda tak dramatycznych momentów zawieszenia jak przy pierwszym tomie, ale nie da się ukryć, że Kristoff w Wojnach Lotosowych uskutecznia tak przerażające dłużyzny i przegadania, że człowiek pochłania 100, 200, 300 stron i nagle odkrywa, że fabularnie wcale nie posunął się do przodu. Pod tym względem Bratobójca cierpi na typowy syndrom "drugiego tomu" - taki etap przejściowy między mocnym otwarciem a (miejmy nadzieję) spektakularnym zakończeniem. Na szczęście warsztatowo jest lepiej niż w pierwszej części, więc Bratobójcę nadal czyta się szybko i z przyjemnością. 

Najbardziej spektakularnym elementem całej trylogii niezmiennie jest imponujący świat: skażone powietrze, przerażające choroby cywilizacyjne i górująca nad tym wszystkim Gildia, o której dowiadujemy się w tym tomie jeszcze paru przerażających szczegółów (dotyczących na przykład tego, skąd biorą się mali członkowie tej organizacji i co to znaczy sztucznożyciowiec). Dodatkowo w Bratobójcy dodatkowo część akcji przenosi się daleko poza granice cesarstwa, uchylając nieco rąbka tajemnicy odnośnie zwyczajów gaijinów - i choć świat inspirowany rosyjską kulturą to też nijak "moje klimaty", to odstawiając na bok osobiste preferencje kulturowe muszę przyznać, że lotosowa wizja Kristoffa to jeden z ciekawszych obrazów w literaturze młodzieżowej w ogóle. Cudo!

Jak widzicie, wrażenia mam praktycznie takie same jak w przypadku tomu pierwszego. Bohaterowie niczym nie zaskakują, choć zyskują odrobinę głębi, Gildia nadal przeraża, a świat na granicy ekologicznej katastrofy - robi wrażenie rozmachem. Jeśli są to elementy, które zachwyciły Was w Tancerzach Burzy, to również przy Bratobójcy nie poczujecie się rozczarowani i z pewnością bez żalu przymkniecie oko na niedociągnięcia warsztatowe. Ja w każdym razie jestem już w trakcie lektury Głoszącej kres i naprawdę ciekawi mnie, jak Kristoff zakończy tę historię.



Tytuł: Bratobójca 
Cykl: Wojny Lotosowe #2 (#1 tutaj
Autor: Jay Kristoff 
Wydawnictwo: Uroboros 
Liczba stron: 608




Za egzemplarz recenzencki
dziękuję wydawnictwu:

 Uroboros / Grupa Wydawnicza FOKSAL


3 komentarze:

  1. O moich wrażeniach na temat "Bratobójcy" pisałam na blogu, więc nie będę się za bardzo powtarzać, ale mamy trochę odmienne zdania na jego temat. Faktycznie wiele osób rozczarowuje się tym drugim tomem, a ja mimo wszystko myślę, że jest bardzo dobry; może to ma związek z tym, że najczęściej "nie zauważam", czy może raczej nie przeszkadza mi, że nie za wiele się dzieje w fabule. I mogę cieszyć się czytaniem. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi w sumie w drugim tomie przeszkadzało tylko stałe powtarzanie Yukiko dlaczego sięga do kieliszka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Okay, dobra, chyba muszę w końcu się zapoznać z Kristoffem. Od czego proponujesz zacząć? kasikowykurz

    OdpowiedzUsuń