środa, 29 sierpnia 2018

Ojciec Chrzestny, czyli The Godfather: Imperium Corleone - ze stron na planszę

Choć sam Ojciec chrzestny trafił kiedyś do mojego zestawienia książek, które przegrały z własną ekranizacją, to jednak nie potrafię odmówić Puzo zasług w kwestii wytyczenia pewnych standardów w literaturze gangsterskiej. Planszowy Godfather od razu przykuł moją uwagę właśnie ze względu na ten wiecznie żywy w naszej kulturze motyw włoskiej mafii. Entuzjazm wzrósł dodatkowo, gdy przeczytałam zapewnienia o dużej dawce interakcji i emocjonującej rozgrywce... Zanim gra od Portal Games trafiła w moje ręce, miałam więc już wobec niej spore oczekiwania. Czy rozgrywka zdołała je spełnić, a sam tytuł oferuje coś wyjątkowego także dla fanów samego Ojca chrzestnego...? Zobaczmy.


Niezbędnik gangstera


Gra jest wydana... świetnie. Pudło jest ogromne i choć wydaje mi się, że jednak można byłoby pokusić się o większą oszczędność miejsca, to jednak w zamian dostajemy przemyślane wypraski na wszystkie elementy. Same komponenty stoją na wysokim poziomie, w szczególności bardzo przypadły nam do gustu naprawdę szczegółowe figurki (w porównaniu z nimi miniatury z Cyklad czy Inis wypadają jak ubodzy krewni ;)). Również elementy takie jak metalowe walizki, w których gracze będą chować potwierdzenia zrealizowanych zleceń i "wyprane" pieniądze, są bardzo efektowne.



Zauważyłam, że pod względem graficznym gra ma wielu przeciwników i faktycznie, postawiono tu raczej na oszczędny styl, który nie wszystkim musi odpowiadać. Mnie jednak oprawa wizualna gry odpowiada - co prawda wolałabym chyba, żeby grafiki na kartach zleceń były bardziej zróżnicowane (na każdej jest ten sam filmowy Don Corleone), ale już na przykład prostota graficzna planszy czy kart zasobów jak najbardziej mi odpowiada, a przy tym pasuje do klimatów lat 40. ubiegłego stulecia. Na wielki plus liczy się niesamowita wręcz czytelność ikonografii i wszelkich elementów gry.





Mafijne porachunki


Ta czytelność planszy i kart sprawia, że Godfather, mimo że trochę zasad ma, cechuje się niezwykle prostą, płynną rozgrywką - już umiarkowanie ograni gracze radzą sobie z tym tytułem bez problemów. Po jednorazowej lekturze instrukcji siedliśmy do gry i... wątpliwości pojawiły się tylko przy niektórych kartach Sojuszników (ich unikalne działania nie są zbyt dobrze opisane). Setup gry jest bardzo szybki - wykładamy stosowną liczbę kart zleceń i sojuszników na dany akt (w zależności od liczby graczy), przygotowujemy kafle budynków, rozdajemy każdemu graczowi figurki ich rodzin, znaczniki terenu i walizki w wybranym kolorze, rozdzielamy startowe karty i... możemy grać.



W czasie rozgrywki będziemy wysyłać naszych gangsterów i członków rodziny na odpowiednie pola, żeby je aktywować i zdobyć określone zasoby czy akcje do wykonania. Im więcej postaci w naszym kolorze będzie na danym terytorium, tym większe szanse mamy później na przejęcie kontroli na tym obszarze - jeśli tę kontrolę utrzymamy, będziemy na bieżąco odnosić korzyści z pól aktywowanych przez przeciwników. Będziemy też pozyskiwać sojuszników, dając im łapówki (w drodze ukrytej licytacji przez wszystkich graczy). Oprócz tego naszym zadaniem będzie realizacja zleceń od Dona Corleone, które przyniosą nam konkretny zysk w dolarach oraz pozwolą na podjęcie dodatkowych działań - na przykład na odstrzelenie figurek przeciwników i wrzucenie ich na dno rzeki Hudson...




Gra toczy się przez 4 akty (rundy), z których każdy ma pięć etapów:
- wyłożenie dodatkowego przedsiębiorstwa (budynku) do miasta - od teraz gracze będą mogli korzystać z dodatkowej opcji zdobycia zasobów;
- rodzinne interesy - czyli zasadnicza faza akcji (wysyłanie postaci na planszę, realizacja zleceń itd.);
- wojny terytorialne - ustalanie kontroli nad poszczególnymi terytoriami;
- łapówki - licytowanie przychylności neutralnych postaci w grze;
- haracz dla Dona - na koniec każdego aktu gracz może mieć na ręce tylko określoną liczbę kart: nadmiarowe należy odrzucić na odpowiednie stosy w ramach "płacenia haraczu Donowi".
Przebieg tury jest intuicyjny, a dodatkowo dobrze opisany bezpośrednio na planszy.



Zwycięzcą zostaje gracz, w którego walizce znalazło się na koniec gry najwięcej "wypranych" pieniędzy. Dodatkowe premie, w wysokości 5$, gracze otrzymują za każde terytorium, które kontrolują, a także za zrealizowane zlecenia (premię otrzymuje gracz, który zrealizował najwięcej zleceń danego typu).




Wrażenia


Pierwsze i najważniejsze: ależ ta gra ma "krótką kołderkę"! Chciałoby się zrobić masę rzeczy, a tu członków rodzin i gangsterów jest zawsze jakoś za mało, do tego prawie na pewno ktoś zablokuje nas na planszy, a dodatkowe ograniczenie liczby kart na ręce na koniec aktu sprawia, że chomikowanie zasobów na przyszłość zwyczajnie się nie opłaca (bo potem odrzucanie dóbr czy nawet pieniędzy w ramach haraczu jest naprawdę bolesne). Trzeba cały czas szukać optymalnych rozwiązać i pamiętać, że sam fakt, że zarobiliśmy daną kwotę za realizację zlecenia, nie oznacza jeszcze, że będzie się ona liczyła do naszych zasobów na koniec gry: "pranie" pieniędzy (chowanie ich do walizki) jest osobną akcją, więc nie wystarczy tylko zebrać kasę na ręce. 



Połączenie mechaniki worker placement z area control i elementem licytacyjnym składają się na udany mechanizm, który działa bez zgrzytów i wymaga sporego planowania z wyprzedzeniem. Choć zasady są naprawdę proste, to jednak gra potrafi naprawdę rozgrzać mózg, a chwilami wywołać nawet paraliż decyzyjny - zwłaszcza wtedy, gdy wiadomo, że nieubłaganie zbliża się koniec rozgrywki.




Skalowanie

Trochę obawiałam się o to, jak Godfather będzie się skalował - wiele gier, wykorzystujących mechanikę area control, działa w zasadzie tylko na większą liczbę graczy, a w dwie osoby w ogóle nie warto do nich siadać. W tym przypadku skalowanie pozytywnie mnie zaskoczyło - owszem, nieco większą frajdę i ostrzejszą rywalizację czułam grając w przynajmniej 3 osoby, ale nadal chętnie zagram w parze. 



W rozgrywce dwuosobowej dostajemy jednego gangstera więcej, a część okrągłych pól dla członków rodziny zostaje zablokowana, dzięki czemu wrażenie ciasnoty na planszy zostaje zachowane. Niektóre karty zleceń stają się wtedy nieco mniej atrakcyjne (np. te każące wszystkim przeciwnikom odrzucić po karcie z ręki, z których zagrywający zlecenie może zatrzymać jedną), jednak są to niuanse, które nie wpłynęły na naszą przyjemność z gry.




Interakcja

Och, tu można pisać dużo! Wiedziałam, że Godfather ma dużo interakcji - w końcu gra o mafijnej walce o wpływy w mieście nie powinna być równoległym pasjansem. Jednak ilość złośliwości i bezpośrednio negatywnych zagrań mnie zaskoczyła i zachwyciła wszystkich grających. Jest to o tyle niezwykłe, że w zasadzie mamy tu do czynienia z klasyczną grą euro: zbieramy jedne zasoby (karty), by zamienić je na inne zasoby (pieniądze). Ten typ gier rzadko cechuje się tak zaciętą rywalizacją, jakiej doświadczamy za sprawą Godfathera.




Interakcja przejawia się w zasadzie na każdym etapie gry, począwszy od zajmowania pól na planszy, przez walkę o kontrolę terytoriów i odbieranie przeciwnikom dominacji nad nimi, w licytacji o przychylność sojuszników, a przede wszystkim -  w kartach zleceń. Po spełnieniu warunku danego zlecenia otrzymujemy nie tylko przewidzianą w nim nagrodę finansową, ale też akcję specjalną. Duża ich część skierowana jest bezpośrednio przeciwko współgraczom: możemy im kazać im coś odrzucić, zabrać (nawet z walizki!), przesunąć ich figurki w mniej przydatne miejsca, a nawet zastrzelić ich gangsterów czy członków rodzin i wrzucić ich do rzeki Hudson (cudo!). Jednocześnie ewentualne egzekucje mają miejsce już po tym, jak gracz aktywował określone pole na planszy, więc choć mają wpływ na kontrolę terytoriów, to jednak nie psują grającemu całego misternego planu - jest to dobrze wyważone. 




Losowość

Udział losu jest niewielki i przejawia się w zasadzie tylko w doborze kart zleceń, które mają różny poziom trudności oraz różną opłacalność. Jednoczenie gracze mają spore możliwości manipulowania tymi kartami, poprzez większy wybór (zawsze pobieramy 2 karty, z których 1 odrzucamy) oraz możliwość odrzucania ich w trakcie gry. 



Drugi losowy aspekt dotyczy setupu - w każdej grze wchodzą inne budynki, które będziemy dokładać na planszę. Dotyczą one jednak w tej samej mierze każdego uczestnika, więc nie wpływają na losowość wyników końcowych, za to bez wątpienia decydują o regrywalności Godfathera. To spory plus - w zasadzie w każdej grze dostępne opcje będą się trochę różnić, wymuszając dostosowanie stylu rozgrywki i nie pozwalając na popadnięcie w schematy, co jest częstą bolączką gier opartych o mechanikę worker placement.




A jak to się ma do książki?


Wszystkie osoby, z którymi siadłam do Godfathera, były zgodne co do tego, że jest on grą niezwykle klimatyczną - przy czym klimat ten określiłabym mianem "gangsterskiego ze smaczkami z Ojca chrzestnego". Choć nie znajdziemy tu większych nawiązań fabularnych do książki czy filmu z Marlonem Brando, to jednak twórcy zadbali o sporo drobnych smaczków, takich jak znacznik pierwszego gracza w kształcie głowy konia w pościeli - są to motywy bardzo czytelne dla fanów tej historii.



Atmosfera rozdartego mafijnymi porachunkami Nowego Jorku z połowy ubiegłego wieku jest zachowana idealnie i odczuwalna szczególnie wtedy, gdy jednym ruchem zabijemy wszystkie figurki przeciwników i wrzucimy je do rzeki Hudson w betonowych bucikach. O dziwo, klimat podkreślają też figurki - w zasadzie mogłyby to być dowolne znaczniki, choćby drewniane kostki w kolorach graczy, ale dzięki bardziej wyrafinowanej formie po prostu w czasie gry myśli się o nich jako o "gangsterach". A to dużo!



Jeśli wczytamy się w instrukcję, która podaje szczegółowe opisy naszych "rodzin", biorących udział w grze, to tego klimatu możemy sami sobie stworzyć znacznie więcej. Zdecydowanie więc fani Ojca chrzestnego, czy to w jego literackiej odsłonie, czy w wersji filmowej, a także miłośnicy gangsterskiej tematyki w ogóle, powinni być usatysfakcjonowani. My byliśmy.





Podsumowując...


Nie mogę pozbyć się skojarzeń między Godfatherem a popularnym tytułem Lords of Waterdeep. Dodatkowe budynki pojawiające się na planszy, losowe misje, kontrolowanie budynków... to wszystko jest też w Godfatherze, tylko bardziej: rywalizacja jest bardziej zacięta, interakcja - większa, kołderka - krótsza. Nie myślałam, że to możliwe, ale Ojciec Chrzestny zdeklasował Lordsów w naszym osobistym rankingu: ujął nas szczególnie wysokim poziomem interakcji i większą potrzebą kombinowania, a także właśnie odczuwalnością klimatu (nie ukrywajmy, mimo ładnych grafik w LoW klimat Forgotten Realms wyczują tylko najwięksi fanatycy). 




Godfather wypada dobrze nie tylko w porównaniu do Lordsów: jest po prostu bardzo dobrą grą na własnych prawach i na pewno jeszcze wielokrotnie wróci u nas na stół. Sprawdzi się jako planszówka "drugiego kroku" (nie wyciągnęłabym jej raczej na pierwszy ogień do gry z osobami zupełnie nieznającymi nowoczesnych gier planszowych, ale później? czemu nie), a doświadczonym graczom zapewni niezłe wyzwanie intelektualne i rozgrywkę. Warunek jest jeden: wszyscy gracze muszą lubić mocną, negatywną interakcję, bo ruchy przeciwników potrafią sporo namieszać i mocno zmienić sytuację na planszy, co nie każdemu musi odpowiadać. 





Plusy:
+ bardzo dobre skalowanie;
+ piękne wykonanie (w szczególności figurki);
+ duża czytelność ikonografii;
+ proste zasady przy dużej ilości móżdżenia;
+ wyczuwalny klimat gangsterski;
+ bardzo wysoka interakcja jak na grę euro;
+ spora regrywalność w oparciu o karty zleceń i zmienny układ planszy.

Minusy:
- prostota grafik nie każdemu przypadnie do gustu;
- (potencjalnie) negatywna interakcja.




Tytuł: Godfather. Imperium Corleone
Autor: Eric M. Lang 
Ilustracje: Nicolas Fructus, Karl Kopinski, Richard Wright 
Wydawca: Portal Games 
Liczba graczy: 2-5 
Czas gry: 60-90 minut



Za egzemplarz recenzencki

dziękuję wydawnictwu Portal Games:
 Portal Games

5 komentarzy:

  1. Ale żeby tak zaraz lepiej niż Lordsi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie lepiej - a ja Lordsów lubię, bardzo lubię. Tyle że w Godfatherze jest dokładnie wszystko to, co lubię w Lordsach, ale "bardziej", a do tego dużo krótsza kołderka = większe emocje.

      Usuń
  2. To wszystko brzmi super i bardzo mnie zachęciłaś. Potem spojrzałam na cenę, która niestety mocno zniechęca... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecnie nówka najtaniej 179 zł. Fakt, sporo - taka przypadłość tytułów z dużą ilością "plastiku" - ALE w przypadku Godfathera przynajmniej miałam wrażenie, że wiem, co przychodzi za tę cenę. Obecnie wydawcy szaleją i tyle potrafi kosztować pudło, w którym znajdziemy planszę, karty i pół kilo drewnianych sześcianów - tu przynajmniej był efekt wow ;)

      Bo ładnie wygląda, nie? :D

      Usuń