piątek, 20 lipca 2018

Wojny Lotosowe I: Tancerze Burzy - Jay Kristoff


Nie przepadam za dalekowschodnimi klimatami. Nie jestem też szczególną fanką steampunku. A jednak łączący w sobie te dwa motywy Tancerze Burzy przyciągali mnie jak magnes - po prostu musiałam po tę książkę sięgnąć, choć tak naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać tak po samej powieści, jak i autorze. Na szczęście po raz kolejny okazało się, że w literaturze czasem warto ryzykować...


Lotos musi kwitnąć

Tancerze Burzy zabierają czytelnika w podróż na Szimę - wyspę wzorowaną na feudalnej Japonii, której głównym filarem gospodarki jest lotos: roślina będąca dla lokalnej ludzkości źródłem wszystkiego, od herbaty, przez paliwo napędowe, na narkotykach kończąc. Dynamiczny rozwój technologii został osiągnięty za ogromną cenę: niebo, po którym suną kopcące maszyny, jest czerwone od zasnuwających je toksycznych oparów, skażone powietrze niszczy płuca i zabija biedotę, niemogącą pozwolić sobie na drogie aparaty oddechowe, a zwierzęta można zobaczyć co najwyżej na obrazkach w starych książkach.

I w tym zniszczonym świecie nastoletnia Yukiko i jej ojciec Masuro - ostatni myśliwy w świecie bez zwierząt - dostają od szoguna misję złapania arashitory: pół-tygrysa, pół-orła, syna boga burzy i przede wszystkim istoty, która najprawdopodobniej wcale nie istnieje. Na statku towarzyszy im członek Gildii, bezwzględnej organizacji parareligijnej, która pilnuje porządku w kraju za pośrednictwem swoich przerażających, zakutych w mosiężne, owadopodobne pancerze przedstawicieli, których twarzy nikt nigdy nie widział.

Steampunkowy klimat w oparciu o uprawę rośliny kwitnącej z eko-przesłaniem w tle - brzmi groźnie, ale szybko okazuje się, że wizja świata jest jednym z najbardziej wyrazistych i zapadających w pamięć motywów w Tancerzach Burzy. Skoro istnieje literatura post-apokaliptyczna, to tu mamy wizję pre-apokaliptyczną: patrzcie, co się stanie, kiedy za późno się zorientujemy, że nasza radosna działalność niszczy środowisko. Bo wrażenie, że zaraz stanie się coś naprawdę złego, towarzyszy mrocznej wizji Kristoffa przez cały czas. Co ciekawe, jednocześnie autor uniknął nachalnego dydaktyzmu i ekopropagandy, pozostawiając problem do rozważenia samemu czytelnikowi.


Tygrys i ludzie

Morderczej mocy lotosu przeciwstawiony jest tygrys burzy. Ucieleśnienie grzmotu, dzikości i piękna, a także nienawiści do ludzi, którzy zniszczyli jego świat. Yukiko nazywa zwierzę Buruu i nawiązuje z nim niezwykłą więź dzięki darowi przenikania - umiejętności, za którą mogłaby spłonąć na stosach Gildii, za to bardzo użytecznej przy budowaniu relacji z arashistorą. 

Sama Yukiko cierpi niestety na syndrom "nastolatki stworzonej przez pisarza płci męskiej w oparciu o jego >wizję<, jaka nastolatka być powinna", ale to niestety powszechna przypadłość, więc trzeba jej to wybaczyć. Nawet jeśli zachowania "siedzę na krawędzi i wkurzam się, że wiatr przykleja mi włosy do twarzy, ale się nie uczeszę, bo wszyscy muszą widzieć, że mam focha" jakoś średnio pasują do dziewczyny, która po stracie matki i brata przeżyła przyspieszony kurs dorastania u boku ojca uzależnionego od wszystkich używek świata. 

Sęk w tym, że Yukiko, mimo popełnianych przez nią błędów i kolosalnego pecha, który towarzyszy jej decyzjom, po prostu da się lubić, a kolejno odsłaniane fakty z jej wcześniejszego życia dodatkowo dodają jej głębi. Jest to zresztą stwierdzenie prawdziwe dla każdej postaci - większość bohaterów Kristoffa przejawia decyzje i zachowania, które stanowią logiczny wynik ich wcześniejszych doświadczeń, co pokazuje, jak starannie autor sobie wszystko przemyślał. Łatwo tu o niesprawiedliwe osądy, które weryfikują dopiero późniejsze wydarzenia - nie ustrzegła się przed nimi główna bohaterka, nie ustrzeże się i czytelnik. Ale to dobrze, bo niejednoznaczne postacie to kolejny z mocnych punktów tej historii.


Złe dobrego początki

Genialny świat, ciekawi bohaterowie, niespotykany i nienachalny wątek eko, a do tego dalekowschodnia mitologia okazały się połączeniem nad wyraz udanym. To teraz spróbujcie uwierzyć, że o mały włos w ogóle bym tej książki nie przeczytała. Pierwsze 60 to była męka. Czytałam akapit, potem czytałam go jeszcze raz, ale słowa nie przekuwały się na wizję. Akcja parła przed siebie niemrawo, opornie, co drugie zdanie zgrzytało w zębach. Zostawiłam. Sięgnęłam po oryginał, bo może tłumacz. Gdzie tam - po angielsku też się nie dało. Natłok słów japońskich, które chyba miały pokazać, jak bardzo autor przygotował się do tworzenia powieści, a których apogeum przypada właśnie na sam początek książki, też nie pomagał. 

Na szczęście po jakichś 70 stronach wszystko ożyło: język nabrał płynności, japonizmy zanikły, pojawiła się akcja, a ja wyrwałam się z niemocy czytelniczej. Po tym przełomie książkę dosłownie pochłonęłam (nie przesadzając - lektura pozostałych 360 stron zajęła mi dokładnie tyle czasu, co pierwszych 60). Nie oznacza to, że Tancerze Burzy okazali się nagle arcydziełem warsztatowym, ale po topornych początkach lektura idzie już płynnie, a niezaprzeczalne plusy zdołały wynagrodzić z nawiązką wszelkie braki. Gdybyście więc natknęli się na podobną trudność na początku lektury, to zaciśnijcie zęby i dajcie jej szansę - bo warto!


Ważne jak się kończy

Dworskie intrygi, nieoczywiste decyzje, "wyższe cele" i zemsta - a w środku tego szesnastoletnia dziewczynka z nożem. Mogło się to zakończyć kiczowato i tendencyjnie, ale autor po raz kolejny dowiódł, że potrafi zachować umiar. Nawet wtedy, gdy wplata wątek romantyczny, a umiar w tych kwestiach to w młodzieżówkach prawdziwy skarb i rzadkość do tego.

Do tego zakończenie rzuca na kolana - po prostu. Gdzieś w trzech czwartych lektury Kristoff okazał się mistrzem nagłych zwrotów akcji, nie oszczędza też swoich bohaterów, rzucając im kłody pod nogi nawet (a może zwłaszcza) wtedy, gdy wszystko w końcu wydaje się układać. Nie da się pozostać obojętnym wobec tak dramatycznych wydarzeń, zwłaszcza że czytelnik zauważa rysy na pozornie idealnych planach wcześniej, niż mogą tego dokonać sami bohaterowie. Dzięki temu przeciętna z początku historia przeobraziła się w niesamowicie angażującą opowieść - już nie mogę doczekać się kontynuacji...



Tytuł: Tancerze Burzy
Seria: Wojny Lotosowe
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: Uroboros (GW Foksal)
Liczba stron: 445



Za egzemplarz recenzencki
dziękuję wydawnictwu:


 Uroboros / Grupa Wydawnicza FOKSAL

24 komentarze:

  1. Mnie wciągnęła ksiazka od samego początku :) jakos autor musiał nas wprowadzic w ten świat, jednak czytało mi się bez bólu. Japonizmow faktycznie z poczatku jest za duzo, mnie nie przeszkadzaly, ale wiem ze nie kazdemu pasują. Ale ksiazka swietna! A druga czesc jeszcze lepsza :) u mnie na blogu jest jej recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest wiele sposobów na przedstawienie świata, które sprawdzają się nawet lepiej, na przykład stopniowe odsłanianie kart (zresztą Kristoff tutaj też je praktykował, wiele prawd o Gildii czy produkcji lotosu poznajemy przecież niemalże pod koniec) - ale to oczywiście tylko moje zdanie :) Nie mam problemów z długimi opisami, brakiem dialogów itd., często sięgam po tak pisane książki, ale tutaj... no, po prostu źle się to czytało. Liczę się z tym, że to debiut autora i może początki były szczególnie ciężkie, tylko czemu tego nie przejrzał później? ;)
      Na drugą już się czaję... :)

      Usuń
  2. W tym tomie najbardziej spodobała mi się relacja Yukiko i Buruu, zaś w drugim akcja mocno się rozkręca, dochodzą też nowi bohaterowie i autor zaczyna pisać niczym Dan Brown! Cała seria jest bardzo przyjemna i warta przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, kusisz, a ja nadal nie mam drugiego tomu pod ręką... :)

      Usuń
  3. Bardzo ciekawa książka. Sięgnę na pewno do tej trylogii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałabym tę ksiązkę, wygląda ciekawie :)
    http://recenzentka-doskonala.blogspot.com/2018/07/dziennik-przetrwania-lato-utkane-z.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Eh! A ja dalej nie umiem się przekonać do tej książki! W końcu muszę to zmienić.

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę, że Twoja recenzja jest taka sama jak książka o której piszesz. :D Z początku myślałem, że jest to negatywna opinia, ale po chwili zrozumiałem, że jednak Ci się spodobało. :) Sam nie wiem, co mam myśleć o tej książce. Wcześniej myślałem, że kiedyś ją przeczytam, teraz znów nie wiem, czy powinienem... Lubię być wciągnięty w historię od pierwszych stron i przeciwieństwo przeszkadza mi w pozytywnej opinii... Mimo że ja z kolei uwielbiam motyw dalekowschodni (zarówno mitologiczny jak i ten bardziej współczesny), jak i steampunkowy (trochę mniej niż poprzedni, ale lubię), to nie jestem przekonany do połączenia ich obu razem...

    Ps. Świetna recenzja. <3 Uwielbiam Twojego bloga. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę taki był cel - bo początki naprawdę były bolesne i musiałam, po prostu musiałam wszystkich ostrzec, żeby się nie zniechęcali za szybko ;) Zastanawiam się, czy Kristoff jednak nie zyskuje po angielsku - te rozdziały, które przeczytałam w oryginale, miały jakby bardziej dynamiczny język. Jeśli lubisz dalekowschodnie tematy, to myślę, że warto zaryzykować - połączenie ze steampunkiem wyszło tu akurat niezwykle zgrabnie.

      Dziękuję bardzo za miłe słowa! :)

      Usuń
  7. To książka wręcz stworzona dla mnie! A przynajmniej tak się wydaje. Co prawda obawiałam się trochę tego języka i wplatanych japonizmów, ale skoro po kilkudziesięciu stronach one zanikają, to dobrze. Cała reszta-ten niesamowity świat, zwroty akcji, intrygi dworskie oraz obiecujące zakończenie to coś, co przemawia do mnie jak pudełko ciasteczek. Muszę mieć tę książkę!
    Pozdrawiam ❤

    OdpowiedzUsuń
  8. Cała seria czeka jeszcze u mnie na półce, a ja wprost się nie mogę doczekać lektury :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęściara - przynajmniej nie będziesz musiała robić długich przerw :) ja niestety 2 i 3 tomu (jeszcze) nie mam i teraz nie mogę się doczekać :D

      Usuń
  9. Nie czytałam jeszcze, ale zachęca mnie swoim tematem i nawiązaniami do Dalekiego Wschodu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jeśli lubisz te dalekowschodnie klimaty, to zdecydowanie to pozycja dla Ciebie :)

      Usuń
  10. Mimo całego swojego zafiksowania na punkcie Japonii jakoś mnie do tego nie ciągnie, nawet jeśli zachęcasz. A japonizmów w książkach wciskanych absolutnie wszędzie i na siłę totalnie nie trawię. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostrzegam, że niedługo mam nadzieję sięgnąć po kolejne tomy i jeśli utrzymają poziom, to będę zachęcać jeszcze bardziej ;)

      E tam, przebrnęłaś przez Wojnę i pokój, gdzie co drugi dialog po francusku i rusycyzmy kwitną, to i japonizmy by Cię nie zabiły... chyba ;)

      Usuń
  11. Mam dość! Po powrocie z następnej Japonii siadam i zamawiam całą trylogię! Wszyscy się zachwycają, Ty się zachwycasz, a wiem, jaki masz stosunek do dalekowschodnich klimatów, muszę się zachwycić i ja:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, aż się dziwię, że tak długo wytrzymałaś! ;) Ja nie mam uprzedzeń (mam nadzieję) do klimatów bliskowschodnich, tylko jestem w tej kwestii bardzo wybredna xD

      Usuń
  12. Cieszę się, że po tych 70 stronach historia Cię wciągnęła. :D
    Powiem Ci, że tom II podobał mi się nawet bardziej, a III również wymiata. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie jeszcze nie mam, ale z pewnością to nadrobię ;)

      Usuń
  13. Ja zawsze męczę do końca. Choćby nie wiem co.
    A nie znam tej książki.
    Ale ppznam. Wkrótce.

    OdpowiedzUsuń