czwartek, 28 grudnia 2017

Obietnica krwi - McClellan


Obietnicę krwi przeczytałam jakieś dwa miesiące temu i od tego czasu obiecuję wszystkim wkoło publikację recenzji, która jakoś nie chciała się napisać. Nic, co udało mi się przelać na klawiaturę, nie oddawało mojego zachwytu tym tytułem - a jak tu ryzykować, że ktoś nie zdecyduje się na lekturę przez moją nie-dość-zachęcającą opinię?  To była odpowiedzialność, której nie mogłam podjąć :) Co, z drugiej strony, stanowi rekomendację samo w sobie...


Obietnica krwi otwiera trylogię „prochowych magów” i od razu rzuca czytelnika na głęboką wodę - nie dość, że historia zaczyna się od typowego trzęsienia ziemi (trafiamy na schody pałacu, w którym właśnie rozegrał się zamach stanu, mający obalić typowego złego monarchę), to jeszcze na dzień dobry musimy odnaleźć się w zagmatwanym świecie różnego typu magicznych umiejętności. Oprócz prochowych magów, śmiertelnie groźnych żołnierzy wykorzystujących moc prochu strzelniczego, mamy też Uprzywilejowanych, sięgających przez magiczne rękawice do innego wymiaru, oraz Zdolnych o indywidualnych umiejętnościach, takich jak pamięć absolutna czy życie bez snu (swoją drogą, talent bardzo przydatny dla moli książkowych, gdy wpadną na taką perełkę jak właśnie książka McClellana).

Narracja płynie wartkim strumieniem, a w zasadzie kilkoma - towarzyszymy marszałkowi polnemu Tamasowi przy wyrzynaniu szlachty, a potem ratowaniu świata przed chaosem, który sprowadza na niego żądny krwi motłoch, ale też jego synowi Tanielowi, wiecznie żyjącemu w cieniu ojca, i kilku innym postaciom, jak choćby inspektor Adamat, chroniący swoją rodzinę przed wciągnięciem przez wojenną zawieruchę. I choć powieść ma wybitnie wojskowy klimat, to jej ogromnym atutem są właśnie przemycane tu i ówdzie wątki zwykłych ludzi, takich jak wspomniany Adamat czy praczka Nina, próbująca chronić niedoszłego, kilkuletniego następcę tronu. Ta mozaika postaci i ich historii tworzy bardzo bogaty, szczegółowy obraz świata w obliczu wojny, z jej dramatami, które łatwo zmieniają się w statystykę, a przecież są nie mniej ważne niż te, które rozgrywają się na szafocie na oczach narodu. A do tego w losach świata zaczynają grzebać bogowie, co nigdy nie kończy się dobrze.

Okej, brzmi to jakoś podejrzanie patetycznie, ale wierzcie mi, McClellan daleki jest od taniego patosu. Jego postacie są niesztampowe i na wskroś żywe, mają bardzo wyraziste charaktery i, co więcej, po prostu nie da się ich nie lubić. I nie mówię tu wyłącznie o bohaterach pierwszoplanowych, ale też o tych tkwiących nonszalancko w ich cieniu, jak choćby mój ukochany Uprzywilejowany Borbador czy równie zachwycający Olem, wygadany adiutant Tamasa. Dzięki temu, że każdy z bohaterów jest tak charakterystyczny, nie czujemy znużenia  niezależnie od tego, z czyjej perspektywy oglądamy akurat wydarzenia (inaczej niż np. w świetnym Panu Lodowego Ogrodu Grzędowicza, gdzie co chwilę czekałam na powrót do moich ulubionych bohaterów); autor trzyma idealny balans.

Jeśli miałabym Obietnicę krwi do innego tytułu, to najbliższe skojarzenia budzi z przeczytanym przeze mnie na początku tego roku Ostatnim Imperium Brandona Sandersona, który był zresztą mentorem twórcy prochowych magów. Pomysł na świat, niepowtarzalny system magii i rozmach narracji jest dokładnie na tym samym poziomie - absolutne novum w fantastyce, które przywróciło mi wiarę w ten gatunek po kryzysie, jaki towarzyszył mi przez ostatnie lata. Na chwilę obecną w moim odczuciu McClellan bije jednak Sandersona na głowę ze względu na znacznie lepszą kreację postaci, które uważałam za najsłabszy punkt w Ostatnim Imperium - ale też po lekturze raptem dwóch dzieł żaden ze mnie ekspert w sprawie Sandersona, więc proszę się zbytnio nie oburzać.

Gdy do fascynującego pomysłu na świat i rewelacyjnych postaci dodamy świetny, żywy styl, wiarygodne dialogi i odrobinę ironii , to mamy przepis na sukces. A kucharz tu nie zawiódł i gotowe danie to prawdziwa uczta. I dopiero drugi tom to pełnoprawne, powalające na kolana danie główne, to dla mnie już Obietnica krwi stanowiła starter, który rozbudził apetyt na więcej i sprawił, że kolejne części dosłownie jednym tchem. Dla mnie ta historia stała się lekturą obowiązkową, którą obecnie wmuszam każdemu znajomemu miłośnikowi fantastyki. A co!


PS: Trylogia McClellana to też żywy dowód, jak ryzykowne jest tworzenie nowych nazw własnych dla swoich bohaterów czy miejsc: łatwo potem odkryć, że nasz pozornie niewinny i świetnie brzmiący zbitek sylab ma jakieś znaczenie w innym języku. A McClellan do „zbitków sylabowych” miał wybitnego pecha, bo niemal każde imię ma jakieś znaczenie w języku hebrajskim. I żeby to były jakieś normalne znaczenia, ale jak tu traktować poważnie bohaterów o imionach typu „Mydło”, „Czerwony”, „Mój boży szakal” czy „Jak-czasownik”? No jak...?! :)




Tytuł: Obietnica krwi
Seria: Trylogia Magów Prochowych (#1) 
Autor: Brian McClellan 
Wydawnictwo: Fabryka Słów 
Liczba stron: 676




19 komentarzy:

  1. Łączę się w miłości do Borbadora <3 Pod całym tekstem mogę się podpisać... oprócz tego fragmentu o Sandersonie ;P Sama teraz niecierpliwie czekam na kontynuację prochowych ;) Fajnie, że piszecie o tej serii, bo jest jak najbardziej warta poznania i może ktoś się skusi. U mnie to też jedno z odkryć tegorocznych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy, może dalsze przygody z Sandersonem mi zweryfikują podejście ;) starałam się być zachowawcza w moich twierdzeniach, żeby nie brzmiało radykalnie ;)
      Właśnie mam nadzieję, że przyczynię się do spopularyzowania tej serii. Strasznie się cieszę, że trafiłam na nią u Ciebie, bo pewnie sama bym ją przeoczyła...

      Usuń
    2. Zweryfikować Ci podejście może tylko i wyłącznie Droga królów. A jak i temu się nie uda, no to trudno, nie wszyscy przecież muszą zachwycać się tym samym ;)
      Miło czytać, że moje recki się przydają <3 :D

      Usuń
    3. No to pan S. sobie trochę poczeka, bo na razie konsekwentnie trzymam się tego, że ABŚ nie czytam, póki nie będzie tego trochę więcej ;) Ale powiem Ci, że dla mnie już Dusza cesarza była iskierką nadziei w temacie. Zresztą wrzucę na dniach recenzję ;)

      Usuń
  2. Nie słyszałam o tej książce, ale zainteresowałaś mnie tą pozycją. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i o to chodziło! :D Zdecydowanie za mało osób o niej słyszało :)

      Usuń
  3. "historia zaczyna się od typowego trzęsienia ziemi" - na to liczę, bo kupiłam ebooka. Jak mi się nie spodoba, to obie z Kirimą się nasłuchacie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też liczę, że Ci się spodoba :) i juz nie mogę się doczekać Twoich wrażeń. Nie krępuj się w wyzewnętrznianiu, jak już będziesz czytać :D

      Usuń
    2. Tak, my chętnie poczytamy <3 :D

      Usuń
  4. Już od dawna kusisz tym autorem, więc nie pozostaje mi nic innego, jak go poznać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Udało Ci się szalenie mnie zainteresować. To pierwsza recenzja tego tytułu jaką czytam i zaraz poszukam więcej. Lubię fantasy, ale ostatnio wszystko mnie zawodzi. Pozdrawiam i życzę miłego sylwesterowego wieczoru :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też długo rozczarowywalam się kolejnymi pozycjami fantasy. Nawet uwierzyłam już, że to, co dało się napisać w tym gatunku, już powstało. Wspomniany Sanderson i teraz McClellan przywracają mi wiarę :)

      Usuń
  6. Będzie czytanie, oj będzie *zaciera ręce z radości*

    W lutym mam nadzieję na bonowo-zakupowe prezenty urodzinowe, a dzięki Twojej recenzji już wiem, co kupię najpierw :)

    Taaak, nieszczęsne próby stworzenia po angielsku dziwnych nazw i imion, które w innym języku coś znaczą... Zawsze przypomina mi się Pratchett ze swoim Sto Lat, które przynajmniej nie brzmi źle, ale miał wyjątkowe szczęście w tym przypadku ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytaj, koniecznie :) Mam straszną nadzieję, że Ci się spodoba :)

      Ja też z lutego, swoją drogą. Mam urodziny w premierę nowej Kossakowskiej... albo odwrotnie ;), więc plan na zakupy urodzinowe już jest :D

      A ze 'Sto Lat' to nie było przypadkiem celowe? Tak mi się gdzieś obiło o uszy w jakichś wywiadach czy coś, że to pozostałość po wizycie w Polsce :)

      Usuń
    2. Gdy byłam na spotkaniu z Pratchettem w Polsce (dawno, dawno temu za czasów studenckich) mówił, że był to zupełny przypadek, ale teraz nie ma w Polsce spotkania, na którym by o to nie spytano :D

      Przybijam piątkę lutowej pannie ✋🏻

      Usuń
  7. Skoro tak bardzo polecasz to chyba nie można nie przeczytać :D Coś czuję, że może mi się spodobać :)
    Pozdrawiam i życzę wspaniałego roku 2018!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No polecam ze wszystkich sił, całą trylogię :D Oby przypadła Ci do gustu!
      I również życzę cudownego 2018 :)

      Usuń