wtorek, 30 marca 2021

Krolewski wyscig

Uwaga, zacznijmy z grubej rury: oto jeden z ciekawszych tytułów wyścigowych, jakie kiedykolwiek miałam w rękach. Ot, niby taka gierka familijna,  grafiki sugerują, że wręcz dla dzieci... co w takim razie tak do mnie przemówiło i czy Królewski wyścig sprawdzi się też wśród starszych graczy?

Co w pudełku?

W pudełku znajdziemy kilka modułów, z których budujemy planszę, a w zasadzie - tor naszego wyścigu. Lubię takie rozwiązania, bo pozwalają na pewne urozmaicenie poszczególnych rozgrywek. Do tego dochodzą customowe kości i garść drewnianych znaczników, które musimy odpowiednio okleić naklejkami (to oczywiście do zrobienia jedynie przed pierwszą rozgrywką). Komponenty są wykonane starannie i są porządnej jakości. Grafiki nie przemawiają do mnie w stu procentach pod względem stylu, ale to wyłącznie kwestia gustu - gra jest czytelna i spójna wizualnie, a wiem, że ten komiksowy sznyt ma też swoich fanów.


Jak to działa?

Cóż, cel, jak to w grach wyścigowych, jest jeden - dotrzeć na metę. Przewodzimy swojemu klanowi, biorącemu udział w organizowanym raz na 100 lat "Królewskim wyścigu". Tych klanów w grze jest 4 - startują wszystkie, niezależnie od liczby graczy, którzy faktycznie siadają do rozgrywki (wtedy po prostu niektóre klany są neutralne) - i każdy z nich wystawia w zawodach 4 przedstawicieli. 

Modułowa trasa wyścigu. Aż się prosi o dodatki!

W grze mamy dostępnych 6 akcji, którym odpowiada 6 ścianek kostek. W swoim ruchu musimy wykonać wszystkie możliwe do wykonania akcje, a także jednokrotnie przerzucić dowolną liczbę kości, z których nie byliśmy zadowoleni (ale wiadomo, jak to z kośćmi bywa - nie ma pewności, że wypadnie nam coś lepszego). 


Akcje pozwalają na:

- ruch w stronę mety (akcja pozwala jednak na wzięcie z danego pola dowolnej dostępnej liczby pionków, również należących do przeciwników, i rozłożenie ich po jednym na kolejnych wolnych polach);

- dogonienie najbliższego przeciwnika na trasie;

- usypianie / wybudzenie jednego zawodnika (uśpiony zawodnik nie może się poruszać!);

- przeskok do najbliższego jeziora (na planszy są zawsze 3) lub wyjście z jeziora;

- zabranie wybranemu przeciwnikowi żetonu zwycięstwa;

- skopiowanie akcji z innej kości (przy zachowaniu zasady, że żadnej akcji nie możemy zrobić w jednej turze więcej niż dwa razy).

Gra kończy się, gdy wszystkie pola na mecie zostaną zajęte (lub, w wariancie dwuosobowym, gdy jeden z graczy przeprowadzi na metę wszystkich czterech swoich zawodników). Zależnie od miejsca na mecie przyznawane są punkty - od 13 do 7 - jednak kolejność ukończenia wyścigu nie decyduje o zwycięstwie. Wygraną gwarantują punkty - te z mety, ale również te zdobyte przez pionki, które wyścigu nie ukończyły (poszczególne sekcje trasy mają swoją wartość) oraz te z żetonów wyścigu (które możemy sobie na bieżąco kraść).



Wrażenia

Och, jakie to... wredne! Tak, Królewski wyścig to nie jakieś radosne przebieżki na placu zabaw, tylko pozbawiona skrupułów negatywna interakcja w najczystszej formie. Owszem, co jakiś czas przypadkiem komuś pomożemy, przesuwając go w stronę mety (ale tylko po to, żeby samemu przesunąć się dalej), ale prawda jest taka, że większość działań,  jakie podejmiemy przez całą rozgrywkę, będą jednak nastawione na dokopanie przeciwnikowi.  Co więcej, obowiązuje tu zasada na miarę warcabowego "za niebicie tracisz życie", bo musimy wykonać wszystkie możliwe akcje - nie ma więc miejsca na sentymenty.

Ten goblin może za chwilę opuścić jezioro...

Czy to dobrze? Cóż, jeśli ktoś, tak jak my, lubi negatywną interakcję, to będzie zachwycony. Postawienie mechaniki na takich fundamentach gwarantuje ogromne emocje w czasie rozgrywki - wiadomo, jeśli ukradniemy komuś żeton punktów, albo uśpimy lub wrzucimy do jeziora jednego z jego bohaterów, to możemy spodziewać się odwetu. Wydaje mi się, że właśnie ze względu na to, że negatywna interakcja jest podstawą Królewskiego wyścigu, to nie boli ona aż tak mocno. Nie ma tu psucia strategii, w której realizację ktoś włożył ileś tur i jeszcze więcej serca, a nagle zostaje z niczym - nie, to raczej takie dogryzanie sobie nawzajem na bieżąco.

A skoro już o strategii mowa, to ile jej jest w prostej kościance? Zadziwiająco dużo! Zróżnicowanie akcji na kościach, a przede wszystkim fakt, że naprawdę dużo zależy nie od tego, co wyrzucimy, a od tego, w jakiej kolejności zagramy nasze akcje, sprawia, że jest tu odpowiednio dużo przestrzeni na kombinowanie. Czasem umiejętnie wykorzystany rzut pozwala nam w jednym ruchu przebyć spory kawałek planszy, bo na jednym polu mogą stać maksymalnie cztery pionki. Jeśli nasz pionek znaleźć się na nim jako piąty zawodnik, to przeskakuje zajęte pola i zajmuje miejsce bardziej z przodu. 


...za to lisek sobie nie pogra, póki się nie obudzi ;)



Tak naprawdę więc do zabawy wystarczy umiejętność liczenia do czterech ;) cztery pionki na pole, cztery akcje do wykorzystania w określonej kolejności... Oczywiście, umiejętność analizy sytuacji na planszy na te kilka akcji do przodu tez się przydaje, ale w praktyce oznacza to, ze do Królewskiego wyścigu można usiąść nawet z dzieckiem. I przegrać. Nie dlatego, że gra jest losowa (choć troszeczkę jest, oczywiście), ale dlatego, że oferuje tak eleganckie, proste zasady, pozwalające na wyrównaną zabawę.



Czy to oznacza, że dorośli nie będą się tak dobrze bawić? Wręcz przeciwnie.  Pamiętajmy tylko, że to tak naprawdę 15-20 minutowy fillerek, a nie ogromny mózgożerny tytuł. I dobrze! Ostatnio u nas takie krótkie rozgrywki są na wagę złota, a każda partia w Królewski wyścig to źródło prawdziwej satysfakcji. I rzadko na jednej partii się kończy... Polecam gorąco każdemu, komu niestraszne emocje i odrobina "rodzinnego" wbijania sobie noża w plecy!



Tytuł
: Królewski wyścig 
Autor: Eric Claverie 
Ilustracje: Jiahui Eva Gao 
Wydawnictwo: Muduko
Czas gry: 15-25 minut (realnie!)
Liczba graczy: 2-4

 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muduko:




2 komentarze:

  1. To chyba jedna z ładniejszych planszówek, jakie miałam okazje oglądac!

    OdpowiedzUsuń
  2. Te grafiki są cudne! A wredność tej gry zupełnie nie pasuje do tych "słodkich mordek". Nie ma bata, musimy w końcu zagrać, bo mam wrażenie, że już nawet znam zasady :D

    OdpowiedzUsuń