piątek, 9 sierpnia 2019

Upiór Południa - Maja Lidia Kossakowska


Kiedyś byłam orędowniczką Kossakowskiej - wierzyłam, że to dobra autorka, ba, jedna z lepszych na polskiej scenie fantastycznej. A potem sięgałam po kolejne jej powieści i coraz bardziej zmieniałam zdanie, bo nie można twierdzić, że ktoś jest genialnym pisarzem, bo napisał 3 dobre książki i -naście gniotów, prawda...? Mimo to jakiś sentyment pozostał i co jakiś czas sięgam po kolejne książki. I właśnie ostatnio trafiłam na Upiora Południa, który kiedyś wyszedł jako 4 osobne mikropowieści: Czerń, Pamięć Umarłych, Burzowe Kocię i Czas Mgieł.

Szybko okazało się, że są to teksty tak różne, że ciężko w ogóle potraktować Upiora jako pojedyncze dzieło. Dlatego dzisiejsza recenzja będzie miała specyficzną formę...



Czerń


Opętany wojną (cóż, dosłownie) korespondent wojenny polskiego pochodzenia porzuca domowe pielesze i piękną narzeczoną, by udać się do Afryki i zmierzyć z demonami, które nękają go we śnie. Wiecie - przyjaciel, którego spalili żywcem, pomordowani dziecięcy żołnierze, te klimaty. Jedzie, a znajduje tam... Wojnę. W sobie. Wszędzie.

Materiału i fabuły było na scenkę rodzajową, a wyszła z tego objętościowo mikropowieść. Jak to możliwe, spytacie? Ano tak: pomiędzy każdy pozornie fabularny pomysł wstawiamy 10 stron bełkotu, pełnego wulgaryzmów, krwi, wymiocin, przemocy, kopania ludzi w wystające z otwartych złamań kości, a to wszystko w upale, więc dodatkowo smród, brud i robactwo. Autentycznie mdliło mnie przy lekturze, a nigdy nie sądziłam, że jestem wrażliwa. Odrażająca, zbędna, bardzo, bardzo przesadzona przemoc - taka, wiecie, przemoc dla przemocy - która prowadziła do jednej, dobrej, zaskakującej sceny zakończenia. A do tego bełkot, narracja pierwszoosobowa składająca się głównie z pisania o tym samym, ale inaczej i w różnych stopniach wulgarności. Ugh.


Pamięć umarłych


Dziki Zachód. Samotny ojciec umierającej dziewczynki i szeryf w jednym musi stawić czoła epidemii podejrzanych śmierci - tu ktoś w nocy wyrwie ofierze serce, a potem będzie tylko bardziej kreatywnie i barwnie. Co mają ze sobą wspólnego ofiary, i czy jest w to zaangażowany miły, poszukiwany listem gończym bandyta, który z własnej woli grzecznie daje się zaprowadzić do celi i nie wychodzi z niej ani na chwilę?

Tu jest o wiele lepiej - słońce i kurz Dzikiego Zachodu tworzą świetny, westernowy klimat, a szeryfa da się lubić. Naprawdę interesuje nas to, co się stanie z nim i jego małą córeczką, Mary. Flaków trochę lata, ale nie do przesady, no i przynajmniej narracja wróciła na jakieś ludzkie tory. Atmosfera powieści jest niepokojąca, prawdziwy materiał na film z pogranicza westernu i horroru. 


Burzowe Kocię


Główny bohater, Troy, weteran z Iraku, leży w szpitalu w stanie wskazującym na duży kunszt lekarzy, w towarzystwie kumpla w śpiączce. Nie spodziewa się, że do wątpliwych atrakcji, do których należy czytanie widokówek od olewającej go rodziny, dołączy Burzowe Kocię - niepozorne stworzenie, które, jak samo zaznacza, co prawda się nie uśmiecha (bo to kot!), ale za to zabiera naszego bohatera do świata rodem z Alicji w Krainie Czarów, świata Opodal. Troy walczy więc z potworami, spotyka cały przekrój magicznych stworzeń i idzie skopać tyłek Złemu, który hoduje sobie własny, wypaczony Eden.

Tu po raz pierwszy naprawdę poznałam, że to Kossakowska. Burzowe Kocię to te same klimaty, do których autorka kiedyś mnie przyzwyczaiła - surrealizm, ożywione mity i religie, humor, bohater, który ratuje się przed załamaniem psychicznym głupimi żartami. Prawie zero flaków, bełkotu brak, za to ogromne dawki absurdu i zakończenie, z którym nie wiem, co zrobić i nie wiem, czy mi się podoba, ale na pewno jest ciekawe. Całkiem fajna historia.


Czas mgieł


Nataniel trafia do ośrodka psychiatrycznego. Takiego w środku lasu. Kilku pacjentów, jeden dziwniejszy od drugiego, lekarz jak z żurnala, który pokazuje kleksy z atramentu z okropnymi rzeczami, które potem okazują się całkiem nieokropne. I mgły. Bohater czeka na czas mgieł, którym wszyscy go straszą, i próbuje dojść do tego, co się właściwie dzieje i co skrywa jego walizka, co do której nie przypomina sobie, by ją pakował. Bo w ogóle niewiele sobie przypomina. A z ośrodka nie da się wyjść, bo wszystkie drogi prowadzą z powrotem...

Kojarzycie "Wyspę tajemnic" z Di Caprio? To jest taka mała wyspa tajemnic. Bardzo niepokojący, klaustrofobiczny klimat, nikt nic nie wie, a już najmniej sam bohater, który tworzy sobie kolejne wyjaśnienia, które potem walą się w gruzy. Trupów trochę jest, cierpienia psychicznego również, ale bez zbędnej przesady i epatowania okrucieństwem "bo tak". Przy okazji Kossakowska wchodzi w swoje klimaty, czyli rozważania o piekle, niebie i tym, co pomiędzy, ale nie mogę za dużo powiedzieć, bo zabijecie mnie za spoiler - a wierzcie mi, że zakończenie jest świetne!


Podsumowując...


Cztery teksty spina klamra, która wydaje się być trochę "na siłę" - dowiadujemy się, kim jest Upiór Południa i jakim cudem te cztery opowiadania, każde z innej bajki, trafiły do jednej serii. Bardzo niepokojąca puenta, z takich, co to wywołują gęsią skórkę i człowiek nie wie, co z sobą zrobić. Nie do końca jednak przekonująca pod względem czysto literackim, bo nie ukrywajmy, wrzucenie do jednego worka tak totalnie różnych pozycji jest... dziwne.

Gdybym kupowała kolejne tomy, gdy powieść wychodziła osobno... wróć: gdybym kupiła Czerń, to jestem pewna, że kolejnych tomów już bym nie kupiła. Ba, nie tknęłabym ich nawet dwumetrowym kijem. Pierwsza część serii jest bowiem tak zła, tak zła, że nie wiem, kiedy ostatnio czytałam coś tak złego, naprawdę. Ustawienie jej w tym miejscu jest mocno ryzykownym zabiegiem... bo dalej przecież nie jest źle.

Całe szczęście, że z recenzenckiego obowiązku, mimo obrzydzenia i przerażenia, przewracałam kolejne strony. Wszystkie trzy pozostałe teksty są dobre - i to obiektywnie, nie tylko w porównaniu z Czernią, bo to nie byłby żaden wyczyn. Te historie po prostu mają niezwykły, wyczuwalny klimat - każda inny - a do tego ciekawe zakończenia. Nie są to może najlepsze-powieści-jakie-czytałam-w-tym-roku, ale kawał solidnej fantastyki, którą mogę polecić. 

I tylko ta Czerń...




Tytuł: Upiór Południa 
Autor: Maja Lidia Kossakowska 
Wydawnictwo: Fabryka Słów 
Liczba stron: 742





Za egzemplarz recenzencki
dziękuję księgarni Tania Książka:

 Tania Książka
Sprawdźcie też inne nowości na stronie księgarni :)



9 komentarzy:

  1. Ech, Czerni prawie w ogóle nie pamiętam, natomiast nie sięgnęłam po niej po dalsze części. I mam z Kossakowską tak samo - zachwyciłam się Rudą sforą i... tylko nią. Seria o Aniołach już mnie dobiła i zniesmaczyła, porzuciłam po zdecydowanie za długim Siewcy. I teraz już nie mam zamiaru wracać do autorki, choć miałam dawno temu w planach jeszcze Grillbar galaktykę. Ale można okropnie się na tej twórczości naciąć...
    Obecnie z lekpszych pisarek z naszego podwórka polecam Agnieszkę Hałas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu się nie dziwię, że po Czerni nie poszłaś dalej :P
      Mnie podobała się Ruda sfora i uwielbiam opowiadania o aniołach (Żarna niebios). Siewcę jeszcze czytałam z przyjemnością, ale wszystkie kolejne to już była równia pochyła. Chyba mam dość.
      Pani Hałas jeszcze nie znam, ale co jakiś czas o niej słyszę. Pewnie czas nadrobić:)

      Usuń
  2. Jak lubię Kossakowską, tak do Upiora mnie nie ciągnęło, mimo że dwa tomy długo leżały na półce jeszcze w starym wydaniu. CHyba sięgnę tylko po Czas mgieł i Pamięć umarłych, pozostałe nie wydają mi się tak ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Źle na tym nie wyjdziesz, te opowiadania są obiektywnie najlepsze, choć do Kocięcia mam jeszcze sentyment za klimat. Jestem ciekawa, jak Ci się spodobają :)

      Usuń
  3. Jestem tak ciekawa tej czerni.. zła recenzja czasami bardziej zachęca niż dobra :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to prawda, ja też czasem sięgam żeby przekonać się na własnej skórze, czy to faktycznie takie zle jak pisza ;)

      Usuń
  4. Zastanawiałam się nad zakupem "Upiora...", ale chyba jednak odpuszczę. Szczególnie, że fanką opowiadań, to ja nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Próbowałam z Kossakowską i tak Siewcę Wiatrów czytam od... maja? I nie mogę... Zbiory opowiadań to kompletnie nie moja bajka, nie znoszę takiej formy i na palcach jednej ręki policzę te, które mi się podobały.

    OdpowiedzUsuń