wtorek, 5 marca 2019

Bramy Światłości, tom III - Maja Lidia Kossakowska

Daimon (?) ze świecącym mieczem (Orkowie są blisko!), w lenonkach, z odwróconym pentagramem i światełkiem z simsów na głową. Tragizm okładki idealnie obrazuje to, co stało się z tą serią.

Pamiętacie jeszcze recenzje pierwszego oraz drugiego tomu Bram Światłości? Takich pokładów jadu, złośliwości i krytyki często u mnie na blogu nie znajdziecie ;) Ta recenzja z założenia powinna wyglądać tak samo, bo w ostatniej części cyklu nie nastąpił żaden spektakularny przełom. Tym razem jednak dałam sobie czas na ochłonięcie po lekturze, więc zamiast emocjonalnej fali skarg i zażaleń będzie bardziej obiektywnie.

Choć nadal jest źle. Bardzo.



[Poniższy tekst to krótkie podsumowanie wrażeń z III tomu Bram Światłości. 
Nie zdradza żadnych istotnych szczegółów fabularnych. 
Jeśli jeszcze nie czytałeś Bram Światłości, to cóż... możesz bez ryzyka przeczytać poniższy tekst, ale książkę sobie daruj dla własnego dobra.

Jeśli w ogóle nie znasz Zastępów Anielskich, ale czujesz się zaintrygowany, to zerknij na recenzję rewelacyjnych Żaren Niebios i zobacz, jak pięknie się to wszystko zaczęło.]



Przede wszystkim mamy tu kontynuację wszystkich problemów, które zaistniały w pierwszych częściach Bram Światłości:
- absurdalne przeskoki narracyjne (pojawiająca się ni z tego, ni z owego narracja w drugiej osobie w czasie teraźniejszym, albo, o zgrozo, w drugiej osobie LICZBY MNOGIEJ, również w czasie teraźniejszym);
- prymitywny humor, dawka infantylizmu, która powali nawet największego wielbiciela Aniołków Kossakowskiej i mnóstwo idiotycznych tekstów (Anioł Zagłady mówiący "Spoko, koleś"? Wrrr.);
- rozwleczony, pozbawiony jakiejkolwiek akcji styl, przeładowany za to "strumieniami świadomości" i refleksjami bohaterów, składającymi się głównie z powtarzania tej samej myśli na sto sposobów (nawet nie wiecie, jak barwnie można przedstawić jedno proste "ależ ja jestem naiwna", jeśli ma się do dyspozycji 3 strony w druku);
- tragicznie poprowadzone postacie.

Szczególnie boli ostatni punkt, bo ja bohaterów Zastępów Anielskich szczerze uwielbiałam. Degrengoladę intelektualną zaczęli zaliczać już w Zbieraczu Burz, a przecież w Siewcy Wiatru i w Żarnach Niebios byli rewelacyjni. Jakim cudem ze sporej grupy postaci, z którymi zżyłam się i które pokochałam, nie zachowała się ani jedna? I nie, nie mamy tu do czynienia z żadnym anielskim pomorem, po prostu panowie stracili wszelkie cechy osobowości, które były w nich ciekawe. No nie ukrywajmy, duch wyłażący z kociej mumii nie uratuje tu sytuacji (choć Nefer bardzo się starał), gdy wszyscy archaniołowie zachowują się, jakby nagle przedawkowali trawkę z Fatimy czy co tam obecnie najlepiej się sprzedaje w Limbo.

W stosunku do poprzednich dwóch części jest o tyle lepiej, że nie ma tu jednego "wątku wiodącego" - w pierwszym tomie mieliśmy mitologię hinduską, w drugim aztecką, więc bałam się, że czeka nas jeszcze ze trzydzieści tomów, żeby autorka mogła popisać się wiedzą w zakresie wierzeń dawnych ludów. Nic z tych rzeczy, tu na szczęście odpuściła. Mało tego, wraz z porzuceniem konwencji typu "Daimon sam w Dżungli" i "Daimon w Powieści Drogi" pojawiły się zalążki sensownej fabuły, a samo zakończenie stanowi zdecydowanie najmocniejszy punkt książki. Wszystko ładnie się tu splata w tak lubianym przez Kossakowską motywie, w myśl którego Świetliści, Głębianie i ludzie wcale tak bardzo się nie różnią, zwłaszcza gdy do gry wchodzą kwestie równouprawnienia, pychy i żądzy władzy. 

To mogła nie być zła książka, gdyby miała, dajmy już z zapasem na radosną twórczość autorki, jakieś 600 stron. A całe Bramy mają tych stron, bagatela, ponad 1600. Daje to tysiąc stron chromolenia o niczym, literackiego bełkotu, festiwalu przekombinowanych porównań, wyjątków z opracowań Mitologii Świata i żadnej, ale to totalnie żadnej fabuły.

Nieprawdą jest, że nieważne jak się zaczyna, tylko jak się kończy. Bramy Światłości zostały zamordowane i choć oddały ostatni oddech w ładnym stylu, to niesmak jednak pozostanie na zawsze. 






Tytuł: Bramy Światłości, t. III
Seria: Zastępy Anielskie #7 (recenzje: #1#2#3&4, #5, #6
Autor: Maja Lidia Kossakowska 
Wydawnictwo: Fabryka Słów 
Liczba stron: 512


5 komentarzy:

  1. Boże, a ja tkwię w dalszym ciągu w drugim tomie i nie potrafię się zabrać. Twoja recenzja mnie w ogóle nie pociesza i nie podnosi na duchu, że dalej będzie lepiej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a jak podoba Ci sie Piołun w drugim tomie? Bo dla mnie w pewnym momencie stracił cały swój urok :(

      Usuń
  2. Wydaje mi się, że gdyby z całej historii wyjąć drugi tom, to całość by się jeszcze jakoś broniła - trzeci tom czytało mi się znacznie szybciej niż dwa poprzednie, akcja była znacznie sprawniej prowadzona, podobało mi się zakończenie rozwleczonego i niemiłosiernie nudnego wątku Aspaniasza i wątek Nefera. Ale i tak chciałabym zawyć za Tobą - co się stało z tymi bohaterami, których tak lubiłam? Mam nadzieję, że Kossakowska już do nich nie powróci, bo ta równia pochyła musi się kiedyś skończyć ;)

    OdpowiedzUsuń