czwartek, 7 lutego 2019

Głosząca Kres + podsumowanie trylogii Wojen Lotosowych - Jay Kristoff


Wiecie co jest trudniejsze od napisania recenzji drugiego tomu? Recenzowanie tomu trzeciego. Bo przecież to tak naprawdę tylko więcej tego, co już dobrze znamy. Styl na ogół istotnie się nie zmieni, a o fabule strach pisać, bo jednak takie teksty mogą za dużo zdradzić. Dlatego wybaczcie mi zachowawcze podejście do Głoszącej Kres - ot, wracamy do Yukiko, która z Buruu u boku dalej walczy o... wszystko po trochu. O koniec Gildii Lotosowej i jej zbrodniczych praktyk. O lepszy świat. O to, żeby ten świat w ogóle istniał, zanim lotos zniszczy wszystko. I o osobistą zemstę.


Głosząca Kres powoli domyka wątki poszczególnych postaci i, co ważne, sprawia, że niektóre z nich w ogóle nabierają sensu (Hana), a inne przyprawiają o zawrót głowy (Kin, Yoshi). Widać, że Kristoff miał bardzo konkretną wizję tej historii i konsekwentnie prowadził ją do celu, nie szczędząc czytelnikowi zaskoczeń - bo największą zaletą ostatniej części Wojen Lotosowych są właśnie zwroty akcji. Nic nie musi być takie, jak się wydaje. Czyny poszczególnych postaci wydają się łatwe do osądzenia, a potem okazuje się, że znaliśmy tylko jedną perspektywę i nagle trzeba zrewidować wszystko. I takie akcje towarzyszą nam aż do końca.

I, ach, ten koniec. Zakończenie Głoszącej Kres to arcydzieło. Majstersztyk. Gdzieś w tyle głowy kołatała mi myśl, że to się do końca dobrze skończyć nie może, ale to, co wymyślił Kristoff, naprawdę porusza i nie zostawia obojętnym. Jest po prostu piękne. Wzruszające, powiedziałabym (a ja się rzadko wzruszam), i to w taki ładny sposób, bez zbędnego patosu (co mnie zdziwiło). Tym samym dostajemy idealne zwieńczenie... mocno nieidealnej serii.

W podsumowaniu 2018 roku trafiła do zestawienia najlepszych książek młodzieżowych, a jednocześnie do zestawienia książek najgorszych (w kategorii "rozczarowanie", ale jednak). Jak to możliwe? Otóż mamy tu rewelacyjny świat, niesamowicie wyrazisty, takie post-apo w klimatach steampunkowej feudalnej Japonii - specyficzny, niezwykle poruszający zestaw. Przez pierwsze dwa tomy Kristoff odsłonił już większość kart dotyczących Gildii, ale wizja świata zdominowanego przez lotosowców porusza tak samo aż po ostatnie strony Głoszącej Kres. Jeśli miałabym porównać rozmach i szczegółową wizję świata przedstawionego przez Kristoffa z jakimkolwiek innym twórcą fantastycznym, to do głowy przychodzą mi tylko światy Sandersona, a to nie lada komplement. 

Skąd więc rozczarowanie? Bo jak na książkę ze zwrotami akcji, to tej akcji jest jakoś mało. Mówiąc wprost: czytam, czytam, strony uciekają setkami, a ja mam wrażenie, że jesteśmy w tym samym punkcie. Nic się nie dzieje. Co z tego, że jest ładnie, poetycko, jak ja zaczynam czuć, że się duszę, jakbym sama zaciągnęła się tym nieszczęsnym lotosem? Mimo że gnała mnie chęć poznania, jak to wszystko się skończy, to co chwilę traciłam rozpęd. W bólach dobrnęłam do końca tej książki, którą... będę polecać każdemu. Która zostanie ze mną na zawsze. I której na pewno już nigdy więcej nie przeczytam.




Tytuł: Głosząca Kres 
Cykl: Wojny Lotosowe, t. 3 (tom 1, tom 2
Autor: Jay Kristoff 
Wydawnictwo: Uroboros 
Liczba stron: 608





Za egzemplarz recenzencki
dziękuję wydawnictwu:

 Uroboros / Grupa Wydawnicza FOKSAL

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Tak myślałam, że jednak większość odbierze inaczej niż ja... xD

      Usuń
  2. Chcesz mi powiedzieć, że muszę czekać do trzeciego tomu, żeby dowiedzieć się, o co chodzi z Hanem?! Bożeeeee. Ja mam podobnie z pierwszą częścią - rozbudziła ciekawość bardzo, ale coś tam nie stykało i coś było nie tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojj, chyba dawno czytałaś ;) i jeśli znasz tylko pierwszą część, to nie możesz się niecierpliwić o co chodzi z Haną (tak, Haną, nie Hanem ;)), bo ona się pojawia dopiero w połowie drugiego tomu ;) A na pytanie, czy warto, to już musisz sobie sama odpowiedzieć...

      Usuń
  3. Ja nie przeżyłam rozczarowania przy Głoszącej kres, a przy Bratobójcy, który moim zdaniem jest najgorszą częścią trylogii, bo właśnie było mało akcji! Natomiast finał strasznie mi się podobał i w ogóle kocham tę książkę i ten świat i w ogóle <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy Bratobójcy cierpiałam wcześniej, ale fakt, tam to w ogóle była stagnacja. Co ciekawe, przy drugiej serii Kristoffa (Bożogrobie) w ogóle problemu z narracją nie mam, więc albo gość bardzo eksperymentuje ze stylem, albo po prostu się wyrobił.

      Podpisuję się pod finałem, jak zresztą zrobiłam to już w recenzji - zakończenie to majstersztyk, ależ to ładne było <3 I świat też kocham. Książkę mniej ;)

      Usuń
  4. Dla mnie cała ta seria jest za bardzo przewidywalna. Jasne jest kilka zaskoczeń, ale autor w wielu przypadkach zbyt jawnie pisze i można się zorientować dużo wcześniej, jak się skończą poszczególne wątki. Poza tym "Bratobójca" to nieporozumienie w porównaniu z pierwszą częścią. Cały wątek Yukiko jest beznadziejny. Sam pomysł na połączenie feudalnej Japonii ze steampunkiem świetny, ale wykonanie momentami mogło być lepsze.
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja "sztachnęłam się po całości lotosem" i odebrałam nieco inaczej całą trylogię. ;) Ale w tym cały urok książek. :D

    OdpowiedzUsuń