piątek, 9 listopada 2018

Triumf Endymiona - Dan Simmons


Simmons to dla mnie autor wyjątkowy i odpowiedzialny za naprawdę przełomowe momenty w moim czytelniczym życiu. Jego Hyperion sprawił, że na nowo otworzyłam się na s-f, a teraz czaję się na jego... horror, który niedługo będzie miał premierę (a ja przecież nie czytam horrorów!). Ma u mnie ogromny kredyt zaufania i po dwóch tomach poświęconych Hyperionowi nie miałam nawet cienia wątpliwości, że sięgnę też po kolejne części serii, aż do ostatniego Triumfu Endymiona. Tego przekonania nie zachwiał nawet fakt, że poprzedzający go Endymion w pewnym stopniu mnie rozczarował.


W Triumfie Endymiona wracamy do Raula i Enei w cztery lata po wydarzeniach, które rozegrały się w Endymionie (a dobre trzy stulecia po wydarzeniach z Hyperiona). Sytuacja pozornie się nie zmieniła - Kościół Katolicki i jego zbrojne ramię, Pax, nadal rządzą światem ludzi, a ich dyktatura, umocniona przez dające możliwość zmartwychwstania ciała krzyżokształty, wydaje się nieunikniona. Organizacja nadal poluje na Eneę, Tę, Która Naucza, a która teraz jest już młodą kobietą, gotową do aktywnego podjęcia swojej roli Mesjasza. Tymczasem Raul wyrusza w misję, ścigany przez mordercze roboty Paxu i przywróconego do łask Kościoła ojca-kapitana de Soyę. 

Ekipa z poprzedniego tomu jest, jak widać, w komplecie, i nadal stanowi ogromną zaletę serii, dowodząc kunsztu Simmonsa w kwestii konstruowania bohaterów. Małe zastrzeżenia można mieć jedynie do samej Enei, która w tym tomie przemawiała do mnie dużo mniej, niż w poprzednim. Paradoksalnie, spora dawka metafizyki, filozofii i religii, którą dodano do tej postaci, zamiast dodać jej głębi, tak naprawdę odarła ją z tajemniczości. (Nie mówiąc już o tym, że wizja naszej nastoletniej pani Mesjasz była tu dość naciągana - a szkoda, bo dotąd simmonsowe dywagacje na temat futurystycznego Kościoła były bardzo spójne i intrygujące).

Nie zmieniła się za to znana z Endymiona dwuliniowa konstrukcja powieści: jako równowagę dla kronikarsko-gawędziarskich popisów Raula otrzymujemy relacje z misji de Soyi i sytuacji w Watykanie. Oba nurty narracyjne są wyważone - nie wiem, jak Simmons to robi, ale zawsze przerywa opowiadanie dokładnie tam, gdzie trzeba, budując napięcie i jednocześnie nie wywołując frustracji u czytelnika. No i nadal czaruje słowem: uwielbiam jego styl i język, który sprawia, że kolejne strony wprost się pochłania.

A jest tu co pochłaniać, bo Triumf Endymiona liczy sobie, nie bagatela, blisko 800 stron. Żaden z wcześniejszych tomów nie był tak obszerny i choć początkowo cieszyłam się, że szykuje się dłuższa uczta literacka, z żalem muszę stwierdzić, że objętość Triumfu ciężko uznać za zaletę. Momentami historia staje się przegadana - szczególnie fragmenty w narracji Raula dłużyły się potwornie, zwłaszcza gdy autor po raz kolejny kazał mu rozwodzić się nad tymi samymi faktami. Tak, wiem, że siedzi w kapsule i czeka na nieuchronną śmierć - panie Simmons, powiedział pan to na początku poprzedniego tomu, a potem powtórzył jeszcze kilkanaście razy; naprawdę nie muszę tego czytać co rozdział! Może miało to pokazać stan psychiczny Raula - nie wiem, ale niewątpliwie nie wyszło powieści na dobre. Po raz pierwszy od początku serii zaczęłam tracić rozpęd.

Jeśli przyjąć, że liczy się to, jak mężczyzna kończy, a nie jak zaczyna, to niestety Simmons "szału nie zrobił": lekko naciągana fabuła i przegadana narracja to zdecydowanie nie jest coś, do czego autor przyzwyczaił nas w tej serii. Triumf Endymiona jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem tej serii i tym bardziej pogłębia przepaść między dwoma tomami poświęconymi Hyperionowi (które uwielbiam), a tym, co dostajemy w kontynuacji. 

Cóż, fani Hyperiona bez wątpienia dobrną do końca serii, a tych, którzy po mojej recenzji zaczęli się wahać nad rozpoczęciem tej przygody, śpieszę zapewnić, że warto sięgnąć po te książki tak czy inaczej. Nawet jeśli Endymion i Triumf pozostają w cieniu pierwszych dwóch części, nadal stanowią jedne z najlepszych powieści s-f, jakie kiedykolwiek powstały. Dla fanów gatunku - pozycja obowiązkowa. Dla tych, którzy myślą, że s-f nie lubią - też. Macie spore szanse, że nagle zmienicie zdanie.




Tytuł: Triumf Endymiona
Seria: Hyperion #4 (recenzja #1 i #2)
Autor: Dan Simmons
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 784




Za książkę dziękuję 
wydawnictwu MAG:
 wydawnictwo MAG





11 komentarzy:

  1. Mam ją na liście i pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to te cudowne okładki! Robią wrażenie. Trochę przeraża mnie ta objętość, ale mimo wszystko chętnie je kiedyś przeczytam :D
    kasikowykurz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, to nowe wydanie od MAGa miażdży. I ma lepsze tłumaczenie (myślałam że nie przestawię się z Chyżwara na Dzierzbę, ale ta druga nazwa jednak znacznie lepiej pasuje)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Yay <3 W takich chwilach zawsze trochę zazdroszczę - tyle dobra jeszcze przed Tobą :D To niesamowita seria :)

      Usuń
  3. Czyli mamy właściwie podobne zdanie o Endymionie i jego upadku, co mnie cieszy, bo jak czytałam na LC recenzje z samymi superlatywami, to się zaczęłam zastanawiać, co jest ze mną nie tak :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę do tego wrócić. Żadna książka dawno nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak Hyperion i doskonale cię rozumiem, bo wszystkie tytuły Simmonsa brałabym w ciemno. Muszę odłożyć fundusze na cały cykl, ach!

    mrs-cholera.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Ech, wszyscy mówią, że najsłabszy, a ja właśnie mam tę cegłę przed sobą... Domyślam się, że nie będzie tak dobrze, jak w znakomitym i bezkonkurencyjnym Hyperionie, ale ni kurde... Może mi się uda nabrać rozpędu w lekturze i na tym będę lecieć.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tylko przeleciałam wzrokiem, żeby sobie czegoś nie zaspojlerować, bo Endymiona jeszcze nie czytałam, ale kurczę, szkoda. I tak przeczytam, nie odpuszczę, przeczytam wszystko, co napisał Dan Simmons, ale jednak serduszko boli. Chociaż może będę w tej grupie, którym Endymiony przypadną do gustu, kto wie. :) I gratuluję współpracy z Magiem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starałam się bez spoilerów, ale wiadomo, kontynuacja kontynuacji - coś tam pewnie zdradza. Jest szansa, że będziesz zachwycona - dużo osób przecież nie narzeka... W sumie gdyby nie fakt, że Hyperion tak mega wysoko zawiesił poprzeczkę, to Endymiony by się broniły same w sobie. A tak... no cóż ;)
      I też przeczytam od Simmonsa wszystko co mi wpadnie w ręce :D

      Usuń
  7. A ja dopiero zaczynam przygodę z Hyperionem i już się jaram. :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Książka zdecydowanie w moim guście :)

    OdpowiedzUsuń