wtorek, 7 sierpnia 2018

Podsumowanie lipca


Podsumowanie miesiąca tym razem ze sporym opóźnieniem, wrzucone zresztą bardziej z poczucia obowiązku niż szczególnych chęci, więc forma będzie skrótowa. Mimo że miesiąc był udany, to jednak przełom lipca i sierpnia okazał się dla naszej rodziny bardzo ciężki - po 10 latach straciłam najlepszą przyjaciółkę, jaką kiedykolwiek mogłam mieć.


Przeczytane

7 pozycji, w tym 2 komiksy i 2 powieści po angielsku, co jest wynikiem bardzo mnie satysfakcjonującym. Zresztą lektury też trafiły się całkiem niezłe.

Powieści 

Od najlepszej. Wszystkie mają recenzje (recenzja Duchów rebelii pojawi się pewnie jutro), więc tym razem oszczędzę sobie dłuższych opisów.

1. Hero at the fall, czyli Duchy rebelii - Alwyn Hamilton
2. Our dark duet, czyli Mroczny duet - Victoria Schwab - recenzja
3. Tancerze burzy - Jay Kristoff - recenzja
4. Toń - Marta Kisiel - recenzja
5. Mój przyjaciel kot - Britt Collins - recenzja




Komiksy paragrafowe

1. Mystery - recenzja
2. Zombie - recenzja




Amber


Amberek była ze mną prawie 1/3 mojego życia, a już na pewno całe moje życie dorosłe. Była psem idealnym: inteligentnym, grzecznym, sprytnym, przytulaśnym, delikatnym. 


Psem, który najpierw "pytał", czy może wejść do łóżka i nigdy nie wchodził do aneksu kuchennego: "co pies robi w kuchni?" skutkowało spojrzeniem w dół, w celu sprawdzenia, czy łapy naprawdę są już za progiem, a potem było wycofywanie się z zawstydzoną miną. Psem, który nie znał smyczy, o którym ludzie na osiedlu szeptali "o, to ten taki grzeczny, zobacz co teraz zrobi!". 


Została wychowana przez kota i potem sama wychowała Muszu (choć pozwoliła sobie wejść na głowę). Przez to chyba trochę sama wierzyła, że jest kotem, więc myła sobie uszy polizaną łapą i mruczała przy drapaniu po grzbiecie. Wiedziała, że Muszu to Muszu, więc na hasło "gdzie jest kotek" szukała jakiegoś innego, bo przecież "kot" to takie coś, co biega za płotem, a nie ten jej. 




Była nie do zdarcia przy aportowaniu patyków - prędzej odpadłoby mi ramię, niż Amber straciłaby zainteresowanie. Cały czas była skupiona na człowieku. Prawdopodobnie była też jedynym psem, który potrzebował dwóch lat na nauczenie się pływać, za to robiła to z takim urokiem, że wszyscy płakali (ze śmiechu) :) 




Walczyła z nieznaną chorobą przez półtora roku - po pierwszych paru miesiącach zdawało się, że osiągnęliśmy stabilizację i przez ostatni rok choroba w zasadzie dawała o sobie zapomnieć. W upały zaatakowała ze wzmożoną siłą i musiałyśmy się pożegnać.




Zabrzmi to strasznie, ale byłam na pogrzebach ludzi, na których płakało mniej osób, niż gdy umierała Amber*. Jak powiedział mój mąż - "nigdy nie znałem takiego psa". Jak powiedziała moja przyjaciółka - "bo wiesz, jej się nie dało nie kochać, jak już się ją zobaczyło". No, bo się nie dało.




Jest pusto, jest smutno, jest źle. Ale dziękuję Ci za te 10 lat, mój psi aniołku. Mam ogrom wspomnień, które zostaną. I nie mogłabym mieć lepszego przyjaciela.




* Drogi czytelniku - jeśli zamierzasz teraz napisać mi, że psy nie umierają, tylko zdychają, to błagam Cię, daruj sobie, bo będę usuwać takie komentarze bez wdawania się w dyskusje. 




12 komentarzy:

  1. No bo przecież zwierzęta zdychają!!oneone!one!!1! Nie no, tak na serio, też uważam, że zwierzęta umierają. Jakby nie patrzeć, to zazwyczaj one okazują nam więcej miłości i wsparcia, niżeli ludzie, także zasługują na to, by używać to określenie wtedy, gdy żegnają się z nami na zawsze. Zdechnąć to może ktoś, kto nie powinien się mianować człowiekiem. Takie jest moje zdanie. A co do utraty najlepszego przyjaciela, to doskonale rozumiem Twój ból. Ten, kto nigdy nie miał zwierzęcia za przyjaciela nie dowie się, jak boli sama myśl, że możemy go stracić, a co dopiero, gdy czarny scenariusz ujrzy światło dzienne. Ja po śmierci kota, którego kiedyś uratowałam przed zamarznięciem, potrafiłam płakać przez pół roku. PÓŁ ROKU! Nawet teraz czuję, jak łzy napływają mi do oczu, bo ciężko mi zapomnieć o tym wdzięcznym futrzaku, który uwielbiał się do mnie przytulać... Dobra, stop, bo naprawdę zacznę wyć! Tak czy inaczej, współczuję utraty przyjaciela i nie będę cię karmić słowami: Wkrótce to minie. Osłabnie ból, ale nie minie. Niezbyt pocieszające, prawda?
    Dobra, bo się tutaj rozpisałam, a jeszcze wspominałaś o przeczytanych książkach i komiksach. Ja z tej listy znam jedynie „Mroczny duet”, który bardzo przypadł mi do gustu. A „Toń” planuję nadrobić! :)
    Pozdrawiam!
    DEMONICZNE KSIĄŻKI

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie minie. Pożegnałam już jednego psa i jednego kota, żal nadal gdzieś tam tkwi.
      A co do odwiecznego "zdychają/umierają" - polski jest jednym z niewielu języków, które stosują takie ordynarne, krzywdzące rozróżnienie...

      Usuń
    2. Ja pożegnałam dwa psy, kilka kotów, szczura i kilka chomików, także doskonale wiem, że każda śmierć zostawia kolec w sercu, który się wrasta i nie da się go już wyciągnąć.
      Wiesz, ciężko mi to mówić, ale język polski w ogóle jest dziwny.

      Usuń
  2. Ogromnie Ci współczuję. Trzy lata temu zmarła moja sunia, która była ze mną od dziecka. Niby widziałam, że ona już stara, już ledwo daje radę, ale to i tak był szok i tony wylanych łez. A jaki pusty dom był potem... Dopiero po roku zdecydowaliśmy się na kolejnego psa, który wypełnił tę pustkę, ale o Mice dalej się pamięta. Rodzice do tej pory potrafią się przejęzyczyć i na obecnego psa wołać jej imieniem... sąsiedzi tak samo. Taka chwila zakłopotania wtedy następuje i każdy czym prędzej wraca do swoich zajęć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiem, że na kolejnego psa będę musiała poczekać kilka lat (Amber po śmierci Mandora wzięłam niemal natychmiast). Muszę trochę ochłonąć, ale przede wszystkim mam teraz w życiu za dużo zmian i wizję przeprowadzki za granicę na głowie, że po prostu branie kolejnego zwierzęcia byłoby nieodpowiedzialne. Będzie pusto :(

      Usuń
  3. Bardzo, bardzo współczuję! Aż mi łzy popłynęły po policzkach, jak czytałam Twoje wspomnienia o Amber. Sama nigdy zwierzęcego towarzysza nie miałam, ale moja współlokatorka ma Kłaczka, kotkę, którą pokochałam całym sercem, i gdy wyobrażę sobie, że miałoby jej nie być, to aż oddechu z przerażenia nie mogę złapać. Dlatego wyobrażam sobie, jak wielki ból i uczucie straty Ci teraz towarzyszy. Amber miała na pewno z Tobą cudowne, pełne radości życie i choć teraz jest ciężko, wierzę, że z czasem wspomnienia o niej będą mniej bolesne, a bardziej sentymentalne i radosne.
    Trzymaj się cieplutko! *przytula*

    OdpowiedzUsuń
  4. Z całego serca Ci współczuję. Tej straty... straty nie tylko Przyjaciela ale również członka rodziny :( Kiedy czyta sie takie wpisy człowiek w oczach ma łzy a w sercu ogromną pustkę. Twoje wspomnienia o Amber są piękne i cenne - pielegnuj je i noś w sercu przez całe zycie. Psa nigdy nie miałam ale miałam królika, który był ze mną przez ponad 9 lat. Odszedł ponad 5 lat temu ale ciągle o nim pamiętam o tych wszystkich cudownych chwilach spędzonych razem i tym jakim był nie tylko Przyjacielem... I mimo iż to już tyle czasu wiem, że nie chcę mieć już króliczka. Nadal kiedy Go wspominam mam w oczach łzy, nawet teraz. I tak smutno mi kiedy czytam Twoją historię i o Amber :( Łączę się w bólu...

    Nigdy nie mówiłam, nie mówię i nie powiem, że pies, kot, rybka, królik, chomik.. zdycha... Przyjaciele nie zdychają. Członkowie naszych rodzin również a Oni właśnie są naszymi Przyjaciółmi, członkami rodzin, Kimś dla nas bardzo waznym...

    OdpowiedzUsuń
  5. Strasznie Ci współczuję. Sama mam dwa koty i nie wyobrażam sobie, co musisz czuć, gdy pożegnałaś tak ukochanego pupila... Oby już nie cierpiała po drugiej stronie Tęczowego Mostu :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Przypomniał mi się teraz fragment "Psiego najlepszego": "Nie możesz ich zatrzymać, bo ... no cóż, bo nie możesz. Nikt nie może, nie tak długo, jak byśmy tego chcieli. I musimy cieszyć się nimi, dopóki możemy, a potem trzeba iść dalej. Tego właśnie uczą nas psy, że trzeba żyć tu i teraz, a potem zacząć kolejną piękną przygodę."
    Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Strasznie mi przykro. :( Ale sądząc po tym, co napisałaś, Amber miała dobre życie i na pewno spotkało ją w nim dużo miłości. Czas leczy rany. Sama jakiś czas temu pożegnałam się z przyjacielem, co prawda to był kot, a mimo wszystko myślę, że psy bardziej przywiązują się do ludzi, ale po części rozumiem, co przechodzisz i mogę tylko powiedzieć, że na każdego przychodzi czas, jednak wspomnienia pozostają.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja straciłam psa prawie dziesięć lat temu i nawet teraz, kiedy go wspominam mam łzy w oczach. To najlepsi przyjaciele człowieka. Wierni do samego końca. Mój pies również zmarł na nieznaną chorobę i to jeszcze dość szybko. Było wszystko ok, a tu nagle zaniemógł, przestał chodzić. Zawieźliśmy go szybko do weterynarza, ale było za późno. Mimo 13 lat był żywiołowy, sprawny, a tu nagle tak gwałtowny koniec :( Kocham zwierzęta, ale teraz po tamtym przeżyciu do tej pory nie zdecydowałam się na kolejnego pupila. Wiem, że mówi się, że nowe zwierzątko ukoiło by ból po wcześniejszym, ale szczerze mówiąc nie chce przeżywać tego ponownie.
    I nie znoszę słowa "zdychać". Jest straszne :/ Jeśli ktoś się nim posługuje w odniesieniu do jakiekolwiek istoty żyjącej, to jest dla mnie bez serca.
    Trzymaj się cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Ogromnie Ci współczuję. Śmierć najbliższych przyjaciół - członków rodziny - jest straszna i bardzo bolesna. Pielęgnuj te piękne wspomnienia, bo są cenne, a Amber na zawsze pozostanie w Twoim serduchu.

    Trzymaj się cieplutko. :*

    OdpowiedzUsuń