czwartek, 30 sierpnia 2018

Nibynoc - Jay Kristoff

Szesnastoletnia Mia jest pomroczem - ma moc panowania nad cieniami, a w jej własnym mieszka kotokształtny cień imieniem Pan Życzliwy. Gdy jej ojciec został stracony za zdradę kraju, a matkę i malutkiego brata wtrącono do więzienia, dziewczynka cudem ocalała pod skrzydłami mężczyzny, który wprowadził ją na ścieżkę Paszczy - bogini nocy, potężnej, mimo że nad światem Nibynocy przez większą część roku nie zachodzą trzy słońca. Mia trafia do szkoły, która ma pomóc jej w zostaniu Ostrzem - mordercą idealnym, finezyjnym i bez reszty oddanym zakonowi. Tyle wiedziałam, sięgając po tę powieść: ot, kolejna młodzieżówka, opierająca się na motywie niepokornej bohaterki.


Generalnie bardzo szybko okazało się, że się pomyliłam - przynajmniej w swoich oczekiwaniach co do gatunku. To jest pełnoprawne, dorosłe fantasy, tylko pech chciał, że bohaterka ma te swoje szesnaście lat. Powiedzieć, że Nibynoc to książka dla młodzieży, ponieważ bohaterowie są nastolatkami, to trochę tak, jakby stwierdzić, że Gra o tron może być lekturą w czwartej klasie podstawówki, bo średnia wieku Starków to jakieś 11 lat. I nie chodzi tylko o to, że autor przemyca zbyt "dorosłe" treści (to też...), ale choćby o styl pisania.

Jest to moje drugie podejście do prozy Kristoffa - pierwszym byli Tancerze Burzy, jego debiut. I przyznam, że byłam w szoku, widząc, jaki postęp zrobił pod względem warsztatowym.  Nibynoc nie cierpi na rozwlekłe opisy i brak akcji, który potrafi człowieka zawiesić na kilkadziesiąt stron w Wojnach Lotosowych. Odniosłam co prawda wrażenie, że autor ucieka się do eksperymentów, szukając swojego literackiego ja: tak jak w Tancerzach była przesadna poetyzacja tekstu, tak tutaj mamy przedziwny, chwilami lekko głupawy systemie przypisów. Ale w ogólnym rozrachunku zmiana jest nadal na plus: Nibynoc czytało mi się dużo lepiej i dużo szybciej niż cykl o Yukiko. Język jest dynamiczny, ostry, chwilami wulgarny i idealnie wpasowuje się w realia.

Bo jeśli ktoś z Was, czytając o szkole dla wybitnie uzdolnionych przyszłych zabójców, miał wizję jakiegoś hardcorowego Hogwartu, to śpieszę wyjaśnić, że przy instytucji, do której trafiła Mia, Hogwart to żłobek z wysokim standardem opieki - nawet z Puszkiem na trzecim piętrze, Snapem i przyczajonym Voldim razem wziętymi. Zresztą sam Snape przy mistrzyni trucizn, Zabójczyni Pająków, okazuje się przyjemnym wujaszkiem... a przynajmniej jego egzaminy nie polegały na podawaniu uczniom śmiercionośnych wywarów i czekaniu, czy zdążą przygotować antidotum (jak nie, to cóż, selekcja naturalna, a jeden dodatkowy bezimienny grób w tę czy w tamtą różnicy nie robi). Gdy Mia próbuje cwaniakować na pierwszej lekcji w sali walk, rozzłoszczony nauczyciel ucina jej rękę. W łokciu. Bo tak.

Nauczyciele są pozbawieni skrupułów, uczniowie to psychopaci, trup się ściele, krew się leje, zdrada pogania zdradę i ogółem przez większą część książki jest strasznie niemiło. Ale mimo tych antypatycznych cech bohaterowie jakimś cudem budzą sporą sympatię i o dziwo wcale nie są przerysowani. Pan Życzliwy to oczywiście klasa sama w sobie, ale polubiłam nawet Mię - a przyznam, że z takimi niepokornymi dziewczątkami w fantastyce mam raczej problem, bo na ogół są strasznie pretensjonalne. Mia taka nie jest: wiedziona żądzą zemsty, niedoskonała i z krwią na rękach nadal jest wiarygodna, a jej tłumiona potrzeba normalności sprawia, że jeszcze większe wrażenie robią na czytelniku nawiązywane przez nią przyjaźnie i miłości.

Szkoda jedynie, że autor miał dużą potrzebę opisywania fizycznego aspektu tych drugich: nie mam nic przeciwko scenom erotycznym w powieściach, ale pięć stron opisu... aktu może jednak człowieka zmęczyć, zwłaszcza gdy jest on przedstawiany w bardzo, bardzo ginekologiczny sposób. Który, dodajmy, absolutnie nie współgra z przemycanymi tu i tam określeniami typu "jego ognista włócznia" (sic!). Chyba wolałabym jednak, żeby autor zszedł trochę z tonu, zwłaszcza że epatowanie pornografią wcale nie było tu takie niezbędne i stanowi mój główny zarzut względem Nibynocy.

Sam świat wykreowany przez Kristoffa jest naprawdę fajny i dopracowany. Ma bardzo wyczuwalny klimat, zwłaszcza w Bożogrobiu - mieście wzniesionym z kości martwego boga, stanowiącym stadium pośrednie między starożytnym Rzymem a renesansową Wenecją. I również dla tego klimatu wrócę jeszcze do kolejnego tomu serii, aby towarzyszyć Mii w realizacji jej wyszukanej zemsty, obejmującej zamordowanie najważniejszych osobistości w kraju. Zwłaszcza że po zaskakującym zakończeniu przypuszczam, że autor jeszcze niejedno trzyma w zanadrzu.



Tytuł: Nibynoc
Seria: Nibynoc #1
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 608

15 komentarzy:

  1. Muszę przyznać, że mnie zaciekawiłaś, mimo iż nie sięgam po ten gatunek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Okładka książki jest mi znajoma :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja siostra uwielbia takie klimaty

    OdpowiedzUsuń
  4. Kompletnie (no prawie) się nie zgadzam :P

    Dla mnie to jest ten przykład, kiedy autor od YA bardzo chciał napisać powieść dla dorosłych, ale nie bardzo wiedział, co takowe od YA odróżnia. No, w tych dla dorosłych to som seksy, i flaki, i krew. To nawrzucajmy ich, powinno wystarczyć. Nie, nie wystarczy. Bohaterowie niby tacy brutalni i po przejściach, a wciąż mają mentalność (i często problemy) przeciętnych współczesnych gimnazjalistów. Trochę mi ta książka przypomina czternastolatkę, która podkradła matce kosmetyki i umalowana próbuje się dostać na imprezę 18+...

    Poza tym, może i nauczyciele ucinają kończyny krnąbrnym uczennicom, ale tak naprawdę od razu wiadomo, że w gruncie rzeczy nic się bohaterce nie stanie...

    A w ogóle to mam o tym notkę, o: https://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2017/12/nibynoc-jay-kristoff.html

    Rozważam przeczytanie kolejnego tomu tylko ze względu na świat przedstawiony ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja tam widzę dużo punktów wspólnych w naszych recenzjach - brak umiaru w scenach erotycznych i żenujące poczucie humoru autora, które zauważam głównie w tych nieszczęsnych przypisach. :P Natomiast "YA przebrane za dorosłą powieść" to raczej określenie, które kojarzy mi się z techniką pisarską Sandersona - tutaj nie czułam w ogóle, że to młodzieżówka (ale ja nie zgadzam się z klasyfikacją Gry Endera jako młodzieżówki, więc może jestem dziwna ;)).

      Brutalni bohaterowie byli też w Szóstce wron, ale tam byli dla mnie niewiarygodni do swojej kategorii wiekowej. A tutaj byłam w stanie kupić wizję autora, mimo że pomysł ten sam (dzieciaki po przejściach).

      Swoją drogą, na wszelki wypadek czuję się w obowiązku napisać, że nie czytałam Twojej recenzji przed napisaniem swojej. Porównanie z Hogwartem stanowi więc absolutny zbieg okoliczności :D

      Usuń
    2. Z Sandersonem to jest taka sprawa, że część jego powieści z Cosmere to ja bym sama zaklasyfikowała jako młodzieżówki i to niczego nie udające ;) (na przykład trylogię o Zrodzonym z Mgły czy "Rozjemcę". Może "Elantris" też, ale nie jestem pewna) Za to reszta to po prostu fantastyka bez wskazania targetu (co sama lubię, bo mam wrażenie, że część autorów wciska w swoje powieści tę erotykę i przemoc wyłącznie po to, żeby zaakcentować, ze to nie YA. Przez co trochę zatraca się świadomość, że to nie jest jedyny wyznacznik tego, komu powieść jest dedykowana. Część czytelników już teraz wszystko, w czym nie latają flaki tudzież panny z gołym tyłkiem klasyfikuje jako YA :/).

      Też nie uważam "Gry Endera" za młodzieżówkę (choć ekranizacja już w sposób oczywisty targetowana jest do młodzieży).

      Dla mnie też byli bardziej wiarygodni niż w "Szóstce wron", ale doprawdy, to nie jest żadne osiągnięcie... (o tym też mam notkę XD https://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2016/12/szostka-wron-leigh-bardugo.html )

      A weś, ten Hogwart sam się nasuwa :P

      Usuń
  5. Zabieram się właśnie za cykl lotosowy, bo chciałabym zacząć przygodę z Kristoffem od „początku”, ale i na „Nibynoc” się czaję i wyczekuję, kiedy wreszcie nadejdzie jej czas. Co prawda już zaczynam się śmiać na samą myśl o scenach erotycznych, bo zwłaszcza te bardziej że się tak wyrażę szczegółowe zazwyczaj mnie mocno rozśmieszają;)

    Szkoda trochę, że pisarze mają tendencję do odmładzania swoich bohaterów. Ja rozumiem, książki to niby młodzieżowe, ale osiemnaście lat to nadal okres nastoletni, a jakoś tak lepiej brzmi. Z drugiej strony ostatnio nastolatki wydają się jakoś takie strasznie stare (w zachowaniu, w porównaniu z tym, co pamiętam z czasów, kiedy sama jedną z nich byłam), że może to i dobrze, że stają się głównymi bohaterami takich opowieści? Już sama nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem bardzo ciekawa, jak porównasz oba cykle. Pamiętajmy, że jestem mało azjatycka ;) wiec może i świat z wojen lotosowych trudniej mi docenić, ale będąc po pierwszych tomach obu serii zaryzykuję stwierdzenie, że jednak Nibynoc wygrywa.

      I generalnie na ogół się zgadzam z Twoim twierdzeniem -na przykład bohaterowie Buntowniczki z pustyni czy Szóstki wron byli na sile odmlodzeni i to bolało. Tutaj jakoś aż tak nie klulo mnie w oczy - tak jak pisałam, Mia jest znacznie wiarygodna na swój wiek w porównaniu z postaciami z tamtych serii. Wiec generalnie mogło być gorzej... A z tym, że dzieciaki dziś jakoś mało dziecinne, to się zgadzam w całej rozciągłości ;)

      Usuń
  6. Po "Wojnie lotosowej" (no, właśnie zaczęłam trzecią część) planuję właśnie przeczytać "Nibynoc". Nie jestem zdziwiona tym, że jest znacznie dojrzalsza, bo w wielu recenzjach zwracano uwagę m. in. właśnie na dużą brutalność i mrok. W każdym razie ufam twojemu zdaniu, więc myślę, że może mi się spodobać. :) Chociaż chyba poczekam trochę z lekturą, bo wygląda na to, że w oryginale finał trylogii ukaże się dopiero za rok, a co dopiero w Polsce... Tylko boję się trochę tej strony erotycznej, bo akurat mam alergię na słowo "włócznia" używane w takim kontekście. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Muszę sie za nia w koncu zabrać, bo tyle dobrych opinii słyszałam ;-) Az mam ochote rzucić aktualnie czytana książkę.

    Kasikowykurz.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam ostatnio pierwszy tom ''Wojny lotosowej'' i przyznam szczerze, że zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Zabierałam się do lektury tej powieści dwukrotnie i dopiero za trzecim razem udało mi się ją przeczytać. ''Nibynocy'' jeszcze nie zdołałam poznać, choć zamierzam przyjrzeć się bliżej temu utworowi w najbliższym czasie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Też sądziłam, że powieść kierowana jest głównie do młodzieży - 15, 16-latki bez problemu mogą po nią sięgać, a tu taki psikus ;P Opisy scen erotycznych kojarzyły mi się z harlequinami ;P Autor zdecydowanie powinien sobie je darować.
    Co ciekawe, jeśli chodzi o styl pisania Kristoffa, to ja miałam trochę odwrotnie - oczywiście nie biorąc pod uwagę tych scen łóżkowych ;) Aczkolwiek moim pierwszym spotkaniem z jego prozą była właśnie "Nibynoc", która niesamowicie mnie wynudziła. Później postanowiłam, że dam autorowi drugą szansę i sięgnęłam po "Tancerzy burzy" i było lepiej. Nie idealnie, bo książka miała swoje minusy, ale przynajmniej nie czułam znużenia.
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam "Nibynoc" już jakiś czas temu i dość mocno mnie zaskoczyła. Pamiętam, że łatwo wkręciłam się w akcję i nawet polubiłam bohaterów. Nie pamiętam zaś scen erotycznych, o których wspomniałaś... ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. "jakby stwierdzić, że Gra o tron może być lekturą w czwartej klasie podstawówki, bo średnia wieku Starków to jakieś 11 lat." - nie, nie podnoś mnie, ja se poleżę pod tym biurkiem xD
    Kocham "Nibynoc" i szczerze? Ja tam nie widzę zadnych wad, bo jestem taka zafascynowana ta historią, że jakiekolwiek głupoty mam głęboko w poważaniu xD
    Akurat kupiłam Bożogrobie, więc mam nadzieję, że drugi tom będzie równie dobry <3
    PS: Dla mnie te przypisy wygrały życie, ale co kto tam lubi, nie? :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Cykl o Yukiko przeczytalam blyskawicznie i bardzo mi się podobal. Dlatego ten autor ma u mnie kredyt zaufania :) a skoro piszesz, ze ta książka napisana jest jeszcze lepiej, to muszę po nia siegnac.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń