piątek, 29 czerwca 2018

Szybko, zanim do Was dojdzie, że to nie ma sensu: The Call. Inwazja - Peadar Ó Guilin.


Po lekturze The Call. Wezwanie początkowo zarzekałam się, że ok, doceniam pomysł, ale swoje wycierpiałam przy lekturze i kontynuacji czytać nie będę. Ciekawość jednak zwyciężyła - w recenzji pierwszego tomu wyłożyłam moje zarzuty o niedoróbkach i nielogicznościach w fundamentalnych założeniach fabuły i świata stworzonego przez Ó Guilina, miałam więc nadzieję, że w drugim tomie autor trochę te luki załata. I może bardziej wykorzysta potencjał mitologii irlandzkiej.

O, głupia ja.

[Recenzja dotyczy II tomu powieści The Call. Jeśli nie czytałeś jeszcze pierwszego tomu, a zamierzasz, to z tekstu można wydedukować pewne spoilery. Jeśli jednak nie zamierzasz i tak sięgać po twór Ó Guilina, to i tak zapraszam do lektury recenzji - przynajmniej się pośmiejemy. Przez łzy.]


Znalazłam tylko jedną zmianę na lepsze w stosunku do The Call. Wezwanie: Nessa i jej towarzysze nie siedzą już w szkole, czekając na kolejne Wezwania, tylko kryją się po lasach przed potworami z Szaroziemi. Oznacza to, że  oszczędzono nam opisów patologicznych zachowań seksualnych młodzieży, które stanowiły osnowę wydarzeń pierwszego tomu. Fabularnie Inwazja startuje zaraz po zakończeniu Wezwania: Sidhe rozpoczynają otwarty atak na Irlandię, która po raz pierwszy tak bardzo zbliżyła się do Szaroziemi. Krwiożercze elfiaki nie ruszają jednak same do bitwy, tylko wysyłają co bardziej kreatywnie zmontowane istoty (już-nie-ludzkie).

Akcja biegnie dwutorowo: z jednej strony towarzyszmy oskarżonej o zdradę stanu Nessie (która nic nie straciła ze swojego marysuizmu, a nawet właśnie odkryła swoje specjalne moce i miota kulami ognia samym spojrzeniem), a z drugiej - polującemu na elfiaki Anto (który odkrywa gorszą stronę swojej natury i oddaje swoje wrażliwsze ja we władanie swego przerośniętego ramienia, jakkolwiek by to nie brzmiało).

Jak widać, nadal jest wesoło, choć jest to radość raczej histeryczna. Absurd goni absurd, a autor nawet nie próbuje tłumaczyć kompletnych błędów logicznych, o które potykałam się co drugi akapit. A ja naprawdę nie jestem czepialskim czytelnikiem, zwłaszcza w przypadku młodzieżówek jestem w stanie wybaczyć różne karkołomne pomysły twórcy, o ile tylko pokusi się on o podanie jakiegoś wyjaśnienia. Niech będzie nawet naciągane, ale niech będzie. Niech pokaże, że usiadł i chwilę pomyślał, czy to, co zrodziło się  w jego umyśle ma choć pozory sensu. A nie takie "miejmy nadzieję, że głąby nie zauważą", jakie uskutecznia Ó Guilin.

Inwazji autor ujawnia, że od odcięcia Irlandii i początków Wezwań, czyli porywania dzieciaków do świata baśni, minęło jakieś 25 lat. I musiało to być ćwierćwiecze cudów, bo jak wyjaśnić, że nagle ludzie całkiem zatracili umiejętność pozyskiwania prądu, nastolatki znają odkurzacze "ze starych filmów", bo w domu elektryczności nie było (ciekawe jak te filmy oglądali w takim razie), nawet latarki są na korbkę, bo przecież nikt już nie wie, jak zrobić baterie? Paliwo za to jest ewidentnie zasobem niewyczerpalnym. Jakim cudem całkowicie wyeliminowano na wyspie chrześcijaństwo? Jakim wreszcie cudem ludzie zdołali opanować język Sidhe w taki sposób, że 12-latek w szkole Nessy nie umie zadać pytania po angielsku, bo rodzice w domu mówią tylko w języku elfiaków (rodzice sami wezwani być nie mogli, chyba że zreprodukowali się potem w wieku lat 13)? No kurczę, coś trochę za szybko te zmiany zachodzą...

Do tego podstawą fabularną Inwazji jest pomysł wysyłania kryminalistów i zdrajców narodu do Szaroziemi. Kara jest, owszem, tylko nie wiem dla kogo: z każdego wysłanego człowieka Sidhe robią potwora, którego następnie wysyłają do "kolorowego świata", żeby zabijał Irlandczyków. I służby, o dziwo, doskonale zdają sobie z tego sprawę, więc z jednej strony walczą z inwazją zzombiaczonych ludzi zmienionych w maszyny do zabijania, a z drugiej... dostarczają Sidhe coraz to świeżą dostawę mięsa armatniego. Perpetuum mobile, proszę państwa. 25 lat bez przerwy. To już nie lepiej było im strzelić w głowę (i sobie też)? A nie, przepraszam, nie możemy, oszczędzamy amunicję, bo nowej nie potrafimy już zrobić. Aha. Sznury na stryczki też się pewnie skończyły. Toż to już nawet nie jest nielogiczne, tylko po prostu niesamowicie durne.

Historia jest szyta grubymi nićmi, zakończenie wybitnie niesatysfakcjonujące, zaś niektóre sytuacje (zwłaszcza kulminacyjne sceny pojedynku) ocierają się o taki absurd, że zastanawiałam się chwilami, czy autor czasem nie pisze parodii. Ale nie - to jest ewidentnie na poważnie. Jedyne, co ratuje tę książkę, to oryginalny pomysł i szybkie tempo lektury, narzucone prostym, dynamicznym stylem. I, parafrazując Króla Juliana, tak trzeba tę książkę przeczytać: szybko, szybko, zanim do Was dojdzie, że to wszystko nie ma sensu.



Tytuł: The Call. Inwazja
Seria: The Call (tom 1 tutaj)
Autor: Peadar Ó Guilin 
Wydawnictwo: Czwarta Strona 
Liczba stron: 379



Za możliwość wyprawy do Szaroziemi
dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona:

15 komentarzy:

  1. Czytałam pierwszy tom, ale w ogóle do mnie nie trafił. Dlatego po drugi nawet nie mam zamiaru sięgać.

    Bookeater Reality

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale się ubawiłam, świetna recenzja! :D
    Pierwszy tom nie za bardzo mnie do siebie przekonał. Pomysł świetny, ale wykonanie jakieś takie.. nijakie. Ale wszystkim się tak podobał, że pewnie się nie znam :D
    Po kontynuację planuję sięgną z ciekawości, może te absurdy nie zlasują mi mózgu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, pomysł był całkiem odświeżający. Jeśli Ty się nie znasz, to i ja ;) zawsze to raźniej ;)
      Uważaj, mój przypadek dowiódł, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła ;)

      Usuń
  3. Nie czytałam pierwszego tomu i nie zamierzam, ale przeczytałam recenzję, żeby się pośmiać. To wszystko brzmi bardziej smutno i frustrująco, niż śmiesznie, ale bywają i takie książki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nie wszystkie takie książki robią furorę! :)
      Generalnie starałam się nie dać się sfrustrować tym bezsensom. Pomagały dyskusje z Wiedźmą (przez którą przeczytałam tom I w ogóle), jak o tym mówiłam, to zaczynało balansować na granicy absurdu i robiło się zabawnie ;) To nie są rzeczy, nad którymi da się przejść do porządku dziennego, jeśli tylko człowiek czyta z minimum uwagi...

      Usuń
    2. A to akurat uwaga w punkt. :D Dlatego do książek, które są wszędzie trzeba podchodzić bardzo ostrożnie. :P

      Usuń
  4. Haha ostatnie zdanie twojej recenzji bardzo mnie rozbawilo, wydaje mi się że oddałaś istotę tej książki ;>
    Taka absurdalna fabuła mnie nie bawi, więc nie przeczytam, na rynku jest wiele lepiej napisanych książek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to bez wątpienia... również na tle wielu obecnie wydawanych młodzieżowek fantasy ta wypada blado. Czytam teraz Mroczny duet i przepaść jest kolosalna.

      Usuń
  5. Ja po kilku pierwszych recenzjach "The Call" stwierdziłam, że lepiej tę książkę omijać szerokim łukiem. :D Że też dałaś się namówić i przeczytałaś tom II. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasem mam takie zapędy samobójcze (jak się tu potem dziwić, że komiksy paragrafowe przechodzę za 3-4 razem, bo najpierw daję się zabić na kilka sposobów...?) ;) Naprawdę byłam ciekawa, czy jakoś wybrnie z tego pomysłu i do tego zamknie konstrukcyjnie świat. A że ciekawość to pierwszy stopień do piekła (albo Szaroziemi, w tym przypadku ;))... no :D Dobrze, że długie nie było ;)

      Usuń
  6. Uwielbiam, po prostu uwielbiam takie gnębiące pisarzy/książki wpisy! Ja wiem, że powinniśmy pisać o książkach, które warto przeczytać, które lubimy, które są arcydziełami, bla bla bla, ale niech pierwszy rzuci ciepłą bułeczką ten, kto nie miał radochy z czytania tekstu tak strasznie znęcającego się nad książkąXD

    Podziwiam samozaparcie, dzięki któremu udało Ci się dotrzeć do końca tego "arcydzieła"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ostatnio masz używanie u mnie, co? :D Najpierw miażdżyłam Kossakowską co recenzję, teraz to... :D Ale fakt, takie recenzje pisze się przyjemnie i... łatwo, dużo łatwiej, niż w przypadku książek, które były po prostu nijakie albo zaledwie "ok".

      Usuń
  7. Czyli to jeden z tych przypadków kiedy ładna okładka jest zdradliwa :D Moją uwagę przykuł już tytuł Twojej recenzji, a potem już zupełnie nie mogłam się oderwać :D Masz świetny styl :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, okładka przykuwa wzrok [zwłaszcza że się rozkłada i ma grafiki z miejsc, które znam ;) jak widać na nagłówkowym obrazku tu i w recenzji 1 tomu]. Ale wnętrze... no cóż, negatywny przykład na to, żeby nie sądzić książki po okładce ;)

      Usuń