środa, 20 czerwca 2018

Rozjemca - Brandon Sanderson


Brandon Sanderson to dla mnie swoisty fenomen. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma w fantastyce drugiego pisarza z taką (czy raczej: taaaaaaką) wyobraźnią. Każda powieść, choćby w mikro rozmiarach czy dedykowana dla dzieci, to nowy świat i system magiczny, całkowicie wyłamujący się z jakichkolwiek schematów i zostawiający czytelnika z ustami rozdziawionymi z zachwytu. Przeczytany przeze mnie niedawno Rozjemca nie jest tu żadnym wyjątkiem od reguły.


Świat, w którym żyją Siri i Vivenna, córki króla górskiego państewka Idris, napędzany jest rodzajem siły duchowej - mocy zwanej Biochromą, opartej na Oddechach, którymi dysponuje każdy człowiek, a które można sobie przekazywać. Im więcej Oddechów posiada jeden człowiek, tym potężniejszą mocą dysponuje: może ożywiać przedmioty czy martwe istoty i sprawować nad nimi kontrolę. I dostrzega Kolory. Kolory zachwycają w tej wizji Sandersona nawet bardziej niż samoa idea przekazywania Oddechu - stanowią podstawę świata i jego religii (jednej opartej na feerii barw, a drugiej, jak można się domyślić, na ich całkowitej negacji w otoczeniu człowieka) i sprawiają, że cała historia jest niesamowicie wręcz plastyczna. 

Najbardziej skoncentrowaną mocą Oddechów dysponuje Król-Bóg, Susebron, nominalny władca Hallandren, o którym w Idris mówi się, że jest potworem i Powracającym, czyli człowiekiem przywróconym z zaświatów za sprawą Biochromy. To właśnie jego ma poślubić Vivenna, by spełnić warunki kontraktu między oboma krajami... a przynajmniej taki był plan, póki jej ojciec nie zdecydował się na wyznaczenie do tej roli mniej lubianej córki, Siri. W efekcie fabuła biegnie dwutorowo: towarzyszymy zarówno świeżo poślubionej małżonce Króla-Boga, jak i jej siostrze, która rusza do Hallandren, by znaleźć w świecie nowe miejsce dla siebie.  

Rozjemca roztoczył przede mną kolejną oszałamiającą wizję, całkowicie spełniając pokładane w Sandersonie nadzieje. Zachwyciły mnie też nieco filozoficzne treści, które autor przemycał, w szczególności wspomniany już aspekt religii i Kolorów, odsłaniający absurdy wszelkich konfliktów religijnych, w których każda ze stron uzurpuje sobie prawo do jedynej słusznej racji. Do tego dochodzi jeszcze problematyka władzy, dążenia do celu po trupach (czasem dosłownie), dylematy imigracyjne, równouprawnienie społeczne... Dużo? Dużo, a jednocześnie całkiem bezpretensjonalnie. Dzięki temu mamy historię nie tylko kolorową (to też dosłownie) i napisaną z rozmachem, ale też satysfakcjonująco głęboką.

Wizja świata jest więc na miarę Sandersona. A jak jest z postaciami? Też są "na miarę Sandersona"... niestety. Nie dość, że mamy te same schematy charakteru (pozostając w klimatach Ostatniego Imperium: Siri = Vin, Vasher = Kelsier, czy /spoiler/ Susebron = Elend), to jeszcze bohaterowie sprawiają wrażenie, jakby wyjęto ich wprost z młodzieżówki. Również styl Sandersona jest "młodzieżowy" i ma w sobie coś rażąco infantylnego, co nie znika nawet wtedy, gdy opisuje wojny czy sceny erotyczne. Nie stanowi to niby zarzutu samo w sobie, bo przecież po młodzieżówki sięgam wcale nie tak rzadko, ale jednak tutaj pojawia się dysonans: mamy na pozór "dojrzałą" fantastykę, tylko w jakiejś takiej niepasującej oprawie.

Jest to jednak jedyna rysa na skądinąd świetnym obrazie. Jeśli szablonowe postacie i styl, który jest raczej poprawnym rzemiosłem niż dowodem geniuszu, to cena, jaką muszę zapłacić za pełne rozmachu historie i wizję świata, która rzuca na kolana i sprawia, że zbieram szczękę z podłogi, to niech tak będzie. Uznam to za ryzyko wpisane w przygody z Sandersonem. Bo satysfakcja z lektury jego powieści jest ogromna i Rozjemca nie jest tu wyjątkiem. I tylko troszkę żal, że mogło być jeszcze lepiej...



Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 672


14 komentarzy:

  1. Zgodzę się z Tobą. Dojrzałam do stwierdzenia, że książki Sandersona mają w sobie coś z młodzieżówek. Ostatnio mi się to rzuciło w oczy przy okazji Elantris. Niby wszystko super, naprawdę mega świat i pomysł, byłam totalnie zachwycona, ale jakieś takie młodzieżówkowe to i trochę infantylne, zwłaszcza w dialogach.
    Rozjemca plasuje się u mnie gdzieś przy końcu Sandersonowej twórczości, ale i tak bardzo lubię tę książkę. Relacja Siri i jej męża była całkiem urocza. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, wreszcie nie będę taka osamotniona ;) Może ten infantylizm kłuje w oczy właśnie dlatego, że pomysł i świat są tak dopracowane? Bo w przeciwnym razie ten dysonans nie byłby tak duży, gdyby i realia potraktował 'młodzieżówkowo'.

      To jest główny powód, dla którego Prochowi magowie wygrali dla mnie literacko z dowolną książką Sandersona, o czym pisałam: świat też jest "wow", system magii jest "wow", ale jednocześnie nie kosztem postaci i bez młodzieżówkowego zacięcia...

      I tak, Siri / Susebron to strrrasznie uroczy duet był :)

      Usuń
    2. Może tak. A może Anna ma racje i to po prostu kwestia tłumaczenia. Jestem w stanie w to uwierzyć po ostatnim tomie ABŚ... trzeba byłoby sprawdzić na własnej skórze.

      Dla mnie Prochowi są jednak gorsi, ale tutaj patrzę głównie pod kątem ABŚ i w ogóle całej idei Cosmere. Trzeba mieć łeb żeby coś takiego wymyślić. :) Więc świat jest "wow", system magii "wow", ale u Sandersona to "wow" jest kilka razy bardziej, nawet jeśli Prochowi nie mają tego młodzieżówkowego zacięcia i bohaterowie tak nie rażą infantylnością.
      Zresztą u Sandersona wszystko jest bardziej zawiłe, niż u Prochowych. ABŚ... <333 W ogóle uważam ABŚ za najbardziej dorosłą serię Sandersona, więc koniecznie ją kiedyś sprawdź, bo przeze mnie jednak ABŚ głównie przemawia, a Ty nie czytałaś i nie możemy porównać. :) :D

      Usuń
    3. No wlasnie, caly czas ABS... ktorego na razie nie czytam i się nie wypowiem ;) ale ani Ostatnie Imperium, ani Rozjemca nie był póki co bardziej zawiły niż Prochowi. I oczywiście, że kiedyś sprawdzę tę serię, ale trzymam się wersji, że najpierw musi napisać z 5 tomów, bo nie lubię czekać na kolejne i przerywać lektury, a to są za duże kobyły żeby przy każdej premierze czytać całą serię od początku dla odświeżenia :D

      Ostatnie Imperium i Rozjemca to dwóch różnych tłumaczy, a problem ten sam... więc może to specyfika języka po prostu...? Polskiego, albo Sandersonowego właśnie...

      Usuń
    4. Ale przyjmuję wyzwanie, zweryfikuję ten język osobiście. Elantris poleci już w oryginale ;)

      Usuń
    5. Pamiętam, jak "Z mgły zrodzony" rzucił mi się w oczy. Skomentowałam wtedy gdzieś, że okładka fajna, ale cuchnie mi to młodzieżówką, więc no chyba nie do końca chcę? Dostałam odpowiedź - NIE, NIE! To absolutnie nie młodzieżówka. Przeczytałam wszystkie tomy serii i... nie mogę się zgodzić. Wprawdzie to bardzo ambitna (zwłaszcza, jak na taką literaturę), ale w moich oczach - młodzieżowa seria.

      Usuń
    6. A ja nie wiem, dziewczyny, co Wy z tą młodzieżówkowością u Sandersona. Młodzieżówką to była seria o Mścicielach czy jak im tam, pod względem języka i postaci. „Rozjemca” zwłaszcza mało taki był pod względem treści, choć motyw Siri i Susebrona rzeczywiście miał coś cukierkowo słodkiego w sobie (z czym zresztą nie mam żadnego problemu, bo byli ujmujący i przesłodcy razemXD). Ale jak wiadomo, nie jestem obiektywna nic a nic😁

      Usuń
    7. Mnie w tej chwili chodzi głównie o język, bo tak jak Ewelina pisze, jest dysonans między rozbudowanym, dopracowanym światem a jego oprawą. I najbardziej mnie to bolało w Elantris, o którym Ty z kolei piszesz, że nie zdzierżyłaś po polsku, a po angielsku było okej. Więc to może naprawdę kwestia tłumaczenia. :P Kurczę, też bym podjęła wyzwanie i przeczytała go po angielsku, ale nie wiem, czy znajdę czas i czy dam radę. :(

      Usuń
    8. Wiem, o co Ci chodzi z językiem, bo rzeczywiście nie należy Sanderson do tych pisarzy, którzy potrafią oczarować pięknym językiem, który na długo zapada w pamięć i powoduje zachwyt nad samymi słowami, bardziej nawet niż tym, co opisują. Tu się zgodzę w stu procentach. Jeśli kiedyś będziesz miała okazję, spróbuj przynajmniej na paru rozdziałach, tam jak mowię, mi wystarczył rozdział, dwa z Elantris, żeby tę różnice odczuć 😅

      Usuń
  2. No popatrz, a ja tej szablonowosci zupełnie nie czuję! Dla mnie Siri jest tak rożna od Vin, jak słońce od księżyca, przede wszystkim pod względem charakteru. Właściwie jedyne, co je łączy, to wewnętrzna siła i zaparcie w dążeniu do celu. Ale wiadomo, każdy odbiera książkę inaczej;)

    Ponownie stwierdzam, że czytać należy Sandersona po angielsku, bo tam jego język tak nie razi^^;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Vin to tak naprawdę wypadkowa Siri + Vivenny, ale już tak się nie chciałam rozdrabniać ;) Charakterologicznie i pod względem tła są różnice, ale już sposób mówienia i sposób opisywania jej przez autora... No nie wiem, mi to jakoś strasznie wtórne się wydawało i wybitnie w schemacie "drobna, niewysoka nastolatka trafia nagle w obce miejsce w sam środek konfliktu, którego nie ogarnia". Vin miała więcej czasu na rozwój (choć akurat ten rozwój był dyskusyjny, bo z każdym tomem miałam wrażenie, że się dziewczę uwstecznia :P) i jej postać się zmieniała, tutaj historia jest znacznie krótsza, więc i inaczej to wypadało.

      Jak dotąd najbardziej ze schematów wyłamała się Dusza cesarza (Z tego, co czytałam, oczywiście)... no i Alcatraz ;)

      Do angielskich wersji przymierzam się, dotąd w oryginale czytałam właśnie tylko jego Alcatraza. Mówisz, że nie razi? Jestem w stanie uwierzyć, nawet "The Call" w oryginale nie jest tak paskudne jak po polsku, angielski po prostu więcej wybacza ;)

      Usuń
    2. Największą różnicę czułam w przypadku „Elantris”, po polsku nie dałam rady przebrnąć przez pierwsze rozdziały i wtedy zdecydowałam się na wersje angielską. I kurcze, jakbym inną książkę czytała! Mam wrażenie, że w przypadku Sandersona bardzo da się odczuć, że zasób słów w języku polskim jest dużo mniejszy niż w angielskim. To naprawdę wiele ujmuje naszej wersji, zarówno pod względem barwności świata, jak i humoru. Ciekawa jestem, czy będziesz miała podobne odczucia;)

      No nie wiem, dla mnie nadal to zupełnie różne postaci, ale cóż, może po prostu czytałam o nich w większym odstępie czasowym i dlatego zupełnie mi się ze sobą nie kojarzą:)

      Usuń
  3. Ja już chyba kiedyś pisałam, że uważam Sandersona za świetnego światotwórcę, ale przeciętnego pisarza?...

    Poza tym to chyba była najgorsza z jego książek, jakie miałam okazję przeczytać - postacie kartonowe chyba bardziej od najbardziej kartonowych bohaterów "Z mgły zrodzonego", przegadane jak w sumie wszystkie jego dłuższe formy, magia też o dziwo jakoś nie zrobiła na mnie wrażenia (chociaż powinna, bo to było nie było moje klimaty)... Tylko moja słabość do motywu "Pięknej i Bestii" pozwoliła mi przeczytać tę książkę (no dobra, bóg z kryzysem tożsamości też był niezły, najciekawsza postać w całym tym kramie)... No i fakt, że dostałam ją do recenzji ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeszcze nie czytałam nic Sandersona, ciągle planuję i ciągle mi nie po drodze :(

    OdpowiedzUsuń