środa, 27 czerwca 2018

Dom bez okien - Nadia Hashimi



Bohaterkę Domu bez okien, Zibę, matkę czworga dzieci, poznajemy, gdy leży obok zakrwawionej siekiery i trupa męża z rozłupaną czaszką. Podwórko jest puste; sytuacja jest jasna, co na afgańskiej wsi grozi samosądem, przed którym Zibę ratuje jedynie aresztowanie. Kobieta trafia do Czil Mahtab, więzienia dla kobiet, gdzie oczekuje na proces, a jej obrony podejmuje się Jusuf - młody amerykański prawnik afgańskiego pochodzenia. Sęk w tym, że Ziba nie chce współpracować, utrudniając jeszcze swoją sytuację. Jak dowiemy się z czasem - ma ku temu powody. 


Tajemnica, którą skrywa Ziba, stanowi największą zaletę tej powieści. Mamy tu w zasadzie do czynienia ze swoistym fenomenem - czytelnik już na początku przyjmuje, że to główna bohaterka zamordowała męża, i z czasem coraz chętniej przyznaje temu czynowi słuszność... a potem odkrywa, że nic nie jest takie, jak mogło się wydawać. Ciężko powiedzieć coś więcej bez zdradzania istotnych elementów fabuły; uwierzcie więc na słowo, że Hashimi niemal do końca powieści trzymała w rękawie karty, które obróciły całą moją misterną dedukcję do góry nogami i spięły powieść piękną, choć wstrząsającą klamrą.

Oprócz niejasnych motywów i okoliczności zbrodni, Ziba ma dodatkowy sekret: podobnie jak jej matka, dysponuje pewnym rodzajem magicznej mocy, zdolnej rozwiązywać problemy i choroby za pośrednictwem stosowania amuletów i guseł. Jest to, niestety, najsłabszy element fabularny powieści. I choć być może miał on na celu po prostu ukazanie, że kobiety w desperacji uciekają się do najbardziej desperackich prób, aby ratować własne życie i honor, to jednak "moc" Ziby jest trochę za duża i wprowadza niepotrzebne wrażenie naciągania i infantylności do skądinąd ciekawej powieści.

Niestety, książkę czyta się ciężko - i to bynajmniej nie ze względu na poważną tematykę. Jest to głównie wina bardzo sztucznego, niezgrabnego stylu tłumaczki - niektóre zdania wprost zgrzytają w zębach przy lekturze, nawet wtedy, gdy teoretycznie nie zawierają żadnych konkretnych błędów, które można byłoby wytknąć. Do tego dochodzą niepoprawne kolokacje (typu "przywiodło mu to na pamięć") i dziwny dobór słów, wynikający z kalek językowych (typu "on zrujnował dziewczynkę" - w kontekście fizycznym i emocjonalnym). Cały tekst wymagałby tutaj wygładzenia; być może dzięki temu nieco odżyłyby także potwornie sztywne, nienaturalne dialogi.

Ale nie wszystko można zrzucić na tłumacza - sama konstrukcja powieści pozostawia trochę do życzenia. Z jakiegoś powodu autorka uparła się, żeby przy okazji wprowadzania nowych postaci streszczać ich życiorys. Dosłownie - dostajemy historię danego bohatera od momentu, gdy wolał klocki od misiów, jakby to było naprawdę istotne. Owszem, takie zabiegi dają fajne, szerokie spojrzenie na bohaterów powieści, ale raczej wtedy, gdy wspomnienia są albo istotne, albo przynajmniej przemycane w naturalny sposób, to tu, to tam, w dialogach, w retrospekcjach. Tutaj jest to jakieś totalnie bez polotu i strasznie zaburzało mi płynność narracji.

Jest to zdecydowanie najbardziej gorzka z dotychczasowych książek Hashimi. Próżno szukać tu miłości do ojczyzny, która przebijała ze stron Afgańskiej perły czy nawet Kiedy księżycjest nisko. Widać zresztą, że w tym przypadku głównym celem autorki było naświetlenie sytuacji kobiet w świetle afgańskiego prawodawstwa. To się udało - w mocny, obrazowy sposób.  Historie współwięźniarek Ziby poruszają, bo człowiekowi z zachodniego kręgu kulturowego ciężko pozostać obojętnym wobec prawa, które pozwala skazać kobietę na dożywocie za próbę ucieczki od męża, który znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie, albo za samo niepoparte dowodami oskarżenie o seks przedmałżeński. Jest to swoisty, literacki hołd, oddany setkom, jeśli nie tysiącom kobiet, o których historiach świat nigdy nie usłyszy i które nigdy nie spotkają na swojej drodze młodego, idealistycznego Jusufa.  

Sęk w tym, że w swojej debiutanckiej Afgańskiej perle Hashimi przekazała równie ważne przesłanie, zachowując przy okazji świetny styl (ok... był też inny tłumacz) oraz dużo bardziej przemyślaną formę: nie tak rozwlekłą, dużo bardziej angażującą emocjonalnie. Rzadko się zdarza, że właśnie pierwsza powieść autora stanowi najlepszą książkę w jego dorobku, ale niestety - choć Dom bez okien jest bez wątpienia dobrą książką (szczególnie biorąc pod uwagę, że w tematyce "los kobiet w islamie" wydawane są większością totalne gnioty), to jednak plasuje się daleko w tyle za pierwszą powieścią autorki.




Tytuł: Dom bez okien
Autor: Nadia Hashimi
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 496





Za egzemplarz recenzencki
dziękuję wydawnictwu:
 Wydawnictwo Kobiece


4 komentarze:

  1. Opis fabuły mnie zaciekawił ale ta moc głównej bohaterki zdaje się tu naprawdę nie pasować. No i to tłumaczenie o którym wspominasz... Lepiej jak siegne po debiut autorki skoro jest o wiele lepszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "moc" zdecydowanie mi się gryzła - dodatkowo chwilami miałam wrażenie, że autorka nie wiedziała, jak zamknąć niektóre wątki happy endem, więc powplatała "czary". Strasznie naiwne to było - moze miało pokazać, że tylko ingerencja sił wyższych moze pomóc kobietom w tamtym regionie swiata...?

      Usuń
  2. Nauczona doświadczeniem zakładam, że jednak to tłumaczenie mogło znacznie obniżyć przyjemność z czytania tej książki. Nie czytałam jednak ani jednej książki Hashimi, więc może też być tak, że po prostu tematyka była zbyt ciężka, by nadać lekturze płynności i lekkości, która obecna była w recenzowanej przez Ciebie pierwszej jej książce.

    Sięgnę najpierw po debiut, bo brzmi interesująco, a potem zobaczymy, może i na tę książkę przyjdzie czas:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Perle też tematyka była przytłaczająca - również dotyczyła praw i sytuacji kobiet, a dodatkowo poruszała motyw bacza pusz, o którym większość osób nie wie... także chyba nie zrzucałabym tu winy na tematykę. Po prostu sposób prowadzenia narracji był jakiś taki niezgrabny. Odnosiłam wrażenie, że autorka miała pomysł, ale chciała go bardzo, bardzo szybko zrealizować i nie starczyło tu czasu na taką ładną konstrukcję, jak w debiucie - takie trochę "sprzeda się na fali sukcesu". A tłumaczenie wpłynęło na pewno, to inna sprawa.
      Do debiutu zachęcam :) "Afgańska perła" to - zaraz po Hosseinim i jego "Chłopcu z latawcem" (który jest genialny i polecam go zawsze i wszędzie) czy "Tysiącu wspaniałych słońc - najlepsza powieść z tego regionu świata, jaką czytalam. A czytałam o Afganistanie DUŻO.

      Usuń