czwartek, 31 maja 2018

5 książek, które przeczytałam dzięki mojej Mamie


Prosta sprawa - jestem molem książkowym tylko i wyłącznie dzięki mojej Mamie. I choć w pewnym momencie role się odwróciły i teraz ja podsuwam książki Jej, to jednak źródło mojej pasji jest jasne: to Mamusia cierpliwie czytała mi książeczki (ciągle te same, ulubione - zdaje się, że byłam dość męczącym dzieciakiem pod tym względem...), nauczyła mnie literek, żebym była bardziej samowystarczalna (to pewnie trochę w akcie desperacji - patrz poprzedni nawias), podsuwała mi niezliczone tytuły... a później cierpliwie wspierała moją pasję finansowo, gdy zaczęłam mieć potrzeby literackie, jakich nie zdołała zaspokoić domowa biblioteczka. 

Miał to być post na Dzień Matki, ale znowu wciągnęło mnie Prawdziwe Życie i niestety nie udało mi się wyrobić na czas. Na szczęście po święcie Mam nadchodzi Dzień Dziecka, który, jak sądzę, stanowi równie dobrą okazję, żeby powspominać i powiedzieć: Dziękuję!

Ograniczenie listy do tylko 5 pozycji było nie lada wezwaniem - wybrałam tylko te książki, które na danym etapie okazały się naprawdę bardzo, bardzo istotne (dodajmy, że w paru przypadkach "etap" nadal trwa).


1. Hrabia Monte Christo - Aleksander Dumas
Krótko: jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam w życiu (w pierwszym odruchu napisałam, że najlepsza, ale chyba nie mam takiej "najlepszej" książki ever - zawsze mam wrażenie, że inne są poszkodowane). Dzieło typu "takich już teraz nie robią": genialni bohaterowie, kopalnia cytatów, rewelacyjna fabuła, dopracowana w szczegółach intryga, której próżno szukać we współczesnej literaturze głównego nurtu. Co prawda musiałam postawić na swoim i zachęcana do Hrabiego przeczytałam najpierw Muszkieterów (żeby było po mojemu, a co), ale to właśnie Hrabia podbił moje serce na zawsze.


2. Ostatni brzeg - Nevil Shute
Dobra antyutopia zawsze w cenie, jak wiadomo. A Ostatni brzeg jest dobry i do tego mocno niestandardowy, bo w większości dystopicznych wizji mamy przeciwko czemu (lub o co) walczyć - a to na drodze stoi nam złowrogi reżim, a to post-apokaliptyczne promieniowanie, a to jakieś pokrętne potwory. Jest "wróg", jest mobilizacja, jest nadzieja. A co, jeśli wroga nie ma, i po prostu... czekamy na śmierć, która nadciąga wraz z chmurą po wojnie nuklearnej? Pesymistyczna, ciężka i jakoś tak smutno realistyczna wizja, z ciekawym spojrzeniem na społeczeństwo na krawędzi wymarcia i na zachowania ludzi, którzy chcieliby udawać, że jeszcze czeka na nich jakakolwiek przyszłość. Książka, którą bez wątpienia zapamiętam na resztę życia.


3. A lasy wiecznie śpiewają - Trygve Gulbranssen
Skandynawska saga rodzinna, którą - sądząc po stylu - powinna napisać kobieta, a jakimś cudem napisał ją facet ;) Idealna lektura na zimowe wieczory, bo trudno o lepszą atmosferę do czytania o mrocznej, śnieżnej północy, niż ta uzyskana pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Mimo nieco nadmiernie eksponowanego wątku religijno-dydaktycznego, A lasy wiecznie śpiewają to niesamowicie angażująca historia (moim zdaniem - rzadkość przy tego typu obyczajówkach) z niepowtarzalnym klimatem. Chyba zimą pokuszę się o powtórkę!


4. Ania z Zielonego Wzgórza - L.M. Montgomery
Wiele osób poznało Anię jako lekturę szkolną, mnie jednak jakoś ominęła w kanonie lektur. Była to jednak seria, która zawsze rzucała się w oczy - mamy takie niesamowicie stare wydanie, w żółtych, płóciennych okładkach, z pociemniałym ze starości, pachnącym papierem. Marzenie książkoholika. Pewnie sięgnęłabym po nią sama z siebie, ale to dzięki mojej Mamie rozpoczęłam lekturę w odpowiednim momencie swojego wczesno-nastoletniego życia i, oczywiście, nie poprzestałam na pierwszym tomie. Jakiś czas temu zresztą wspólnie z Mamą zrobiłyśmy sobie "powrót do przeszłości" za sprawą najnowszego serialu. Czasem nachodzi mnie ochota na powtórkę, ale szczerze mówiąc obawiam się, że z perspektywy czasu niestety nie odebrałabym jej tak dobrze. Zostanę więc chyba przy moich romantycznych, wyidealizowanych wspomnieniach o Ani i Gilbercie. 


5. seria o Tomku Wilmowskim - Alfred Szklarski
Jest to pewne osiągnięcie (zgadnijcie czyje), że w ogóle przeczytałam tę serię i że mi się podobała. W w 4 czy 5 klasie podstawówki moja polonistka zrobiła wszystko, aby mi ją obrzydzić: jako lekturę wyznaczono mi Tajemniczą wyprawę Tomka, która nie dość, że jest piątym tomem serii (ale za to biblioteka miała dużo egzemplarzy), to opowiada też najtrudniejszą i najmniej przygodową historię: zamiast łowienia dzikich zwierząt mamy poszukiwanie zesłańców politycznych na Syberii (no, nie ma chyba wielkich wątpliwości, co bardziej przypadnie do gustu 11-latce). Książkę przeczytałam z głębokim przeświadczeniem, że seria jest głupia i w sumie nie wiadomo, o co w niej chodzi. Dzięki mojej Mamie i jej niesamowitemu uporowi w powtarzaniu "zacznij od pierwszej części, zobaczysz, jakie to fajne" przeczytałam jednak całość. Dwa razy. I choć nie ukrywam, że raczej nie będę do przygód Tomka wracać, bo, podobnie jak w przypadku serii o Ani, boję się, że seria mogła się nieładnie zestarzeć, to jednak były to bardzo, bardzo ważne książki na tamtym etapie mojego życia i wiążę z nimi wiele ciepłych wspomnień.


A jak było u Was? Kto podsuwał Wam książki, kto zrobił z Was "moliki książkowe"? Czy u Was też książkoholizm okazał się dziedziczny?  A może macie jakieś szczególne wspomnienia w tym zakresie? :)


21 komentarzy:

  1. W rodzinie mojej mamy jest mnóstwo ksiazkoholikow gdy byłam mała to wiadomo mama dawała mi jakieś bajeczki ale po powieści sięgnęłam sama dopiero pod koniec podstawówki. Mama kazała mi przeczytać quo vadis zanim było moja lektura i pokochała te książkę czytałam ją nawet dwukrotnie :) jeśli chodzi o hrabiego to koniecznie muszę go przeczytać bo to w końcu klasyka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie generalnie czytają (i czytali) wszyscy, ale to właśnie moja Mama i jej decyzje miały największy wpływ na taki a nie inny rozwój tej pasji u mnie :) Moją pierwszą "powieścią" były prawdopodobnie Dzieci z Bullerbyn - też zresztą podsunięte przez Mamę. Żeby oczywiście nie było tak różowo, to niektóre tytuły poznałam dopiero po latach - Mama nie lubiła nigdy Muminków czy np. Piotrusia Pana, więc po prostu nie było ich w domu i nigdy nie podsunęła mi ich na przykład w bibliotece. Dlatego niektóre historie nadrabiałam po latach ;)

      A Hrabiego przeczytaj koniecznie. Nie tylko dlatego, że ma już status klasyki - po prostu dlatego, że to naprawdę dobra powieść! :)

      Usuń
    2. ach pamiętam dzieci z bullerbyn jedna z niewielu lektur ktore przeczytałam jako mała dziewczynka i którą byłam zachwycona :D
      Muminki kojarzą mi się bardzo źle, zawsze płakałam gdy ta bajka zaczynała lecieć w tv :/

      Usuń
    3. Widzisz, to Mama oszczędziła mi traumy potencjalnie, bo nawet bajki nie oglądałam w telewizji ;) Swoją drogą, wiele osób ma jakieś takie ciężkie wspomnienia z Muminkami, z tego co widzę :)
      Dzieci z Bullerbyn czytałam na okrągło. Kończyłam i zaczynałam od nowa (gdzieś w wieku 6-7 lat), więc znałam je na pamięć. W zeszłym roku zrobiłam sobie ekspresową powtórkę, ale okazało się, ze o ile np. Ronja, Córka Zbójnika jest nadal super, to akurat na Dzieci jestem obecnie za stara ;)

      Usuń
    4. Ja jestem akurat na świeżo po przeczytaniu "Dzieci z Bullerbyn", bo akurat córka miała to teraz jako lekturę :) Z dzieciństwa nie bardzo pamiętam, ale teraz była nawet znośna, choć bardzo dziecinna ;) Muminków też nigdy nie czytałam i nie lubiłam oglądać. A Anię uwielbiałam, ale teraz też bałabym się przeczytać, żeby nie zniszczyć sobie dobrych wspomnień ... Podobnie, korci mnie, żeby sięgnąć powtórnie po książki Musierowicz, ale boję się rozczarowania po latach .

      Usuń
  2. Sama się zrobiłam molikiem książkowym, bo dużo czasu miałam wolnego na zbyciu ;). Ech... Dobre czasy! To Trygve Gulbranssen brzmi intrygująco, chociaż zwykle sag nie tykam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Super post! Mi też mama dużo czytała jak byłam mała, chociaż to nie ona zrobiła ze mnie mola książkowego :D Czytanie książek polubiłam sama i to dużo później.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku, jaki piękny pomysł na wpis! Chyba się zestarzałam, bo od razu się wzruszyłam ;) No i trochę zazdroszczę, u mnie w rodzinie nikt nie czyta. Ale w sumie jest jedna książka, którą poznałam dzięki mamie - Księga tysiąca i jednej nocy. Mama czytała mi ją (tak, tak, tę wersję teoretycznie dla dorosłych) przed snem; do dziś jest to jedno z najbardziej niesamowitych dzieł, jakie kiedykolwiek poznałam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. U mnie również książki "podsyłała" mi mama. Jednak dość szybko nauczyła mnie czytać i zaczęłam korzystać i razem chodziłyśmy do miejskiej biblioteki. Ja wbiegałam po schodach dla części dla dzieci i tam książkowy świat otwierały przede mną bardzo miłe i obeznane panie bibliotekarki. Więc można powiedzieć, że miałam trochę więcej źródeł. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to nie było tak, że tylko mama ;) Tata też czyta, czytała Babcia, która z nami mieszkała, siłą rzeczy czytał i mój starszy brat (sporo starszy, więc też był męczony o czytanie mi ;)). Biblioteka dziecięca to była u nas osobna filia, uwielbiałam tam chodzić. Ale jednak "nie ma jak u mamy" ;)

      Usuń
  6. W moim przypadku parę książek podsunął mi brat, który jest też odpowiedzialny za moją miłość do fantastyki. W tej chwili on już nie czyta, a ja... sama wiesz. :) Za to, że czytam, odpowiedzialny jest też dziadek. Nigdy nie podsuwał mi książek, sam nie czytał, ale zawsze mnie do tego zachęcał i był dumny, że to robię. Obecnie jestem jedynym czytaczem w rodzinie... czasem mama weźmie ode mnie jakąś książkę, ale to od święta. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zainteresowały mnie "a lasy wiecznie śpiewają". U mnie było odwrotnie, to ja zaczęłam pewnego pięknego dnia znosić książki z bibliotek i podsuwać mamie i babci 😂

    OdpowiedzUsuń
  8. W mojej rodzinie czytają wszyscy, a najciekawsze jest to, że każdy ma swoją niszę, w której siedzi, i choć rzadko się one krzyżują, to jednak polecamy sobie niektóre książki na wzajem i jakimś dziwnym sposobem to działa:)

    Dzięki tacie sięgnęłam po klasyki sensacji, jak choćby "Igłę" Folletta, mama w czasach dziecinnych czytała mi baśnie z wszystkich stron świata i odkryła przede mną "Małą księżniczkę" i "Tajemniczy ogród" F.H.Burnett. Siostra podtyka mi tak różne różności, że trudno jeden przywołać:)

    Książki o przygodach Tomka przywołują jedne z najwspanialszych wspomnień z dzieciństwa, zaczytywałam się w nich na balkonie, mam taki obrazek w głowie. Ale dobrze napisałaś, strach trochę wziąć do rąk teraz, bo a nuż okaże się, że to jednak nie to, że obraz ich w głowie jest zupełnie inny niż w rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie czytaniem zaraziła w sumie babcia, trochę zafundowała mi przymus, ale tylko trochę, bo w gruncie rzeczy sama się przymusiłam. Pisałam kiedyś o tym u siebie na blogu.
    Jedną z książek, które mnie poruszyły była "Małgosia kontra Małgosia", potem Jeżycjada i wiele innych :) Ostatecznie dość szybko okazało się, że chyba od zawsze lubiłam czytać, ale robiłam to zbyt wolno i stanowiło to jakąś barierę (tak sądzę). Po przeczytaniu siedmiu książek w bardzo krótkim czasie (jedynie dwa tygodnie) i wówczas zaczęłam znacznie szybciej i sprawniej czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj jak miło sobie po wspominać czasy, kiedy to mama czytała bajeczki <3 bardzo dużo mi czytała, a ja byłam dobrym dzieckiem, nie wybrednym i każda książka mi odpowiadała. Jednak to nie mama zrobiła (chociaż pewnie miało to wpływ) na to, że teraz bardzo lubię i cenię sobie czas z książką :)
    Pozdrawiam i serdecznie zapraszam
    Stelladj.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. U mnie nikt w domu za bardzo nie czytał. To znaczy, mama czytała mi książeczki dla dzieci i baśnie, a sama kieeedyś czytała pojedyncze romanse, ale poza tym raczej samo mi to przyszło :) A "Anię" przeczytałam zaledwie parę miesięcy temu XD

    OdpowiedzUsuń
  12. znam tylko dwie książki z tych co wymieniałaś.
    ja uwielbiam czytać, ale na razie jestem na etapie erotyków i thrillerów.

    OdpowiedzUsuń
  13. Moje też.Dodałabym Dag,córka Kasi i Szklarski.Wracam do nich

    OdpowiedzUsuń
  14. Moja mama od dwóch lat poleca mi Hrabiego, ja też chcę go przeczytać, a... wciąż leży na półce.

    OdpowiedzUsuń
  15. Te mamy jednak wiedzą co dobre!! "Hrabia Monte Christo" to książka, która wywarła na mnie chyba największe wrażenie. Wciąż jestem pod wrażeniem Dumasa :)

    Pozdrawiam,
    ksiazkowa-przystan.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń