wtorek, 6 marca 2018

Metro 2033 - Dmitry Glukhovsky


Skończyłam! Po prawie półrocznej, pełnej męki literackiej podróży z Artemem przez tunele pod Moskwą, w końcu zamknęłam okładkę Metra 2033 Glukhovsky'ego. I nie zaprzeczam, że zrobiłam to z pewną ulgą, bo była to droga wyboista i zwodnicza, obiecująca cuda, a potem bez ostrzeżenia rzucająca kłody pod nogi. I... nadal nie wiem, co tak naprawdę powinnam o tej książce myśleć. 


„Jak w tej starej baśni, wymagano od niego, żeby poszedł tam, nie wiadomo gdzie, przyniósł to, nie wiadomo co, i za to obiecano mu cudowne wybawienie, nie mówiąc nawet jakie ono będzie.”

Sama idea nie jest może przełomowa: mamy nastolatka, Artema, który mieszka wraz z przybranym ojcem na WOGN-ie - jednej ze stacji postapokaliptycznego, moskiewskiego metra, nawiedzanej przez zombiakopodobne stwory. Chłopak dostaje misję - ma udać się na drugi koniec metra, aby odkryć tajemnicę, mogącą ocalić mieszkańców WOGN-u i reszty niestabilnego systemu, w którym ludzkość próbuje przetrwać po wojnie atomowej. Mamy więc typową historię drogi, okraszoną dodatkowo motywem wybrańca, coraz wyraźniejszym w miarę jak Artem mija kolejne stacje.

Ale brak odkrywczego pomysłu nie przeszkadza, bo Metro 2033 ma... klimat. I mówię to jako osoba, która niekoniecznie jest wielką zwolenniczką post-apo: tutaj duszna, klaustrofobiczna atmosfera podziemnych tuneli metra jest niesamowicie wyczuwalna i wiarygodna. Sztuczne światło, wszechobecny brud, herbata z grzyba, warunki, których nawet największy optymista nie nazwałby humanitarnymi i czający się na każdym kroku psychopaci, gotowi stworzyć jeśli nie własny ustrój polityczny, to chociaż nową religię. Czytasz i myślisz: kurczę, to faktycznie tak musiałoby wyglądać. I oby nigdy do tego nie doszło. 

„Jeden nabój – jedna śmierć. Czyjeś zabrane życie. Sto gramów herbaty – pięć ludzkich żywotów. Kawałek kiełbasy? Proszę, zupełnie niedrogo: całych piętnaście trupów. Skórzana kurtka dobrej jakości, dzisiaj w promocji, zamiast trzystu tylko dwieście pięćdziesiąt, oszczędzacie życie pięćdziesięciu ludzi.”

Ogromnym atutem jest tutaj też warstwa filozoficzna - i znowu, mówię to jako osoba, która nadmiernego filozofowania w fantastyce nie lubi. Tutaj jest to wyważone, a przede wszystkim solidnie oparte fabularnie. Kolejne stacje, mijane przez Artema, stanowią genialny psychologicznie przekrój przez społeczeństwo w dobie kryzysu. Bo zawsze znajdą się cwaniacy, chętni stworzyć sobie nową religię, żeby zracjonalizować rzeczywistość, która przekracza ludzkie pojęcie, a także ci, którzy upadek społeczeństwa wykorzystają do stworzenia rządów tyranii.

Glukhovsky bierze na warsztat wszystko: religię i religijność, czas, śmierć, prawa naturalne, wojnę. Rozkłada je na części pierwsze i zostawia potem czytelnika z opadniętą szczęką, zmuszonego do poskładania sobie wszystkiego od nowa. Nic tu nie jest pretensjonalne, jest tylko bezpośrednia, brutalna rzeczywistość, odarta przez autora z jakichkolwiek konwenansów tak, jak mieszkańcy metra zostali pozbawieni swojego człowieczeństwa. I pod tym względem Metro 2033 ociera się o geniusz. 

No dobra - mamy świetny klimat, genialne przemyślenia, refleksje i kopalnię cytatów na każdą okazję. To czemu sztandarowe dzieło Glukhovsky'ego zabrało mi pół roku z życia? Ano, proszę państwa, bo tego się nie dało czytać. Po prostu. Nie wiem, z czym mamy tu do czynienia - ze złym stylem autora (przywodzącym mi na myśl młodzieżowki z przełomu lat 80.-90.), z kiepskim przekładem, z kalkami z rosyjskiego (nie znam, zgaduję), czy może już brakiem redakcji i korekty? Obstawiam, że problem leży we wszystkim po trochu: dawno nie trafiłam na książkę, którą czytałoby się tak topornie. Poniżej parę smaczków na uzasadnienie mojej opinii:

„(...) - niepewnie, jakby próbując smaku tego słowa, czując jak nieprzyjemnie i dziwnie było mu zwracać się do takiego typa na ty, zaczął Artem.

„Artem nagle pojął, gdzie potwory uwiły sobie gniazdo, i dlaczego w pobliżu wyjścia z WOGN-u nie było żadnego żywego stworzenia, w tym widać i czarnych.”
 

„Swoją ostatnią tyradę Artem starał się wypowiedzieć z sarkazmem, ale przekonujące wykonanie, leżąc na podłodze ze związanymi rękami i nogami, okazało się niełatwe.”

Oprócz braków w stylu przeszkadzały mi też luki w kreacji samego metra. To jest fantastyka, wiem, ale niewiele przyjdzie komukolwiek ze świetnego klimatu, kiedy podstawy funkcjonowania świata kuleją - chce mi ktoś wytłumaczyć, jak oni tam funkcjonowali, skoro byli odcięci od powierzchni śluzami? Glukhovsky pisze o filtrach itd., ale z całym szacunkiem, tysiące osób zgromadzone w tunelu metra, radośnie palące w nim ogniska, pozbawiłyby się tlenu w ciągu najdalej tygodnia.

Nie lepiej jest z bohaterami - w zasadzie żaden nie jest jakoś sensownie nakreślony, to raczej kolekcja archetypów. Tej tendencji wymyka się tylko główny bohater, ale ten z kolei sprawia wrażenie totalnie nieprzemyślanego - z jednej strony spontaniczny dzieciak, z drugiej zbawca narodu, a jeszcze z trzeciej Pan „Nie Powiem O Tym, Bo Może Mi Się Wydaje” (i nic to, że kolejne wydarzenia pokazują, że jego przemilczenia co najwyżej owocują kolejnymi ofiarami i dramatami). Artem był dla mnie niewiarygodny i totalnie nie budził we mnie cieplejszych uczuć.

„Boże, jaki piękny świat zniszczyliśmy...”

Podsumowując, w przypadku Metra 2033 mamy do czynienia z tragiczną w skutkach mieszanką: potencjał jest znaczny, mamy dobry pomysł, świetny klimat, a do tego sam autor naprawdę ma coś do powiedzenia. Niestety, mocno przeciętne wykonanie i literackie niedoróbki nie pozwalają w pełni cieszyć się tą opowieścią. Książkę skończyłam czytać w lutym, ale to już mój solidny kandydat na literackie rozczarowanie roku... I nawet nie wiecie, jak mi przykro.






Tytuł: Metro 2033 
Autor: Dmitry Glukhovsky 
Wydawnictwo: Insignis 
Liczba stron: 592


17 komentarzy:

  1. Czytałam tę książkę jakoś w 2015 i wtedy po prostu mi siadła - to było moje pierwsze post-apo i po prostu mnie kupiło xd Ale im więcej widzę teraz opini, tym większe mam wrażenie, że teraz nie odebrałabym książki tak pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To lepiej nie wracaj do tej lektury, bo możesz się niepotrzebnie rozczarować ;) Myślę, że parę lat temu (zanim zrobiłam się taka wybredna co do stylu) książka mogłaby mi znacznie bardziej przypaść do gustu, ale trafiłam na nią teraz...

      Usuń
  2. Niestety to nie moje klimaty. Fantastyki póki co skutecznie unikam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może warto się przełamać? ;) W tym gatunku też są perełki, nawet jeśli akurat Metra wybitnie do nic nie zaliczę ;)

      Usuń
  3. Ojej, żeby aż rozczarowanie roku? W końcu trochę pozytywów się znalazło. Chociaż może nie powinnam się wypowiadać na ten temat, bo "Metro 2033" porzuciłam po przeczytaniu z 20 stron... Tak jak stwierdziłaś, tego nie dało się czytać. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez te pozytywy rozczarowanie gorzej boli ;) bo widać, że ta książka mogła być czymś naprawdę świetnym. Swoją drogą, dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam takie wrażenia - bo gdzie nie trafię, to same zachwyty...

      Usuń
  4. Na razie odpuszczam sobie lekturę tej książki. Niby kusi ten niepowtarzalny klimat i filozoficzne wstawki, ale skoro czyta się to tak topornie, to chyba bym nie wytrzymała do końca. Co prawda czytam książki napisane trochę bardziej wymagającym językiem, ale bez przesady.
    Pozdrawiam ♡♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielu osobom się jednak podoba, więc może z czasem zaryzykujesz i trafisz do tej grupy po drugiej stronie barykady :) I tu nie chodzi o to, że język jest wymagający - raczej o to, że jest tak totalnie niedopracowany i odległy od tego, co jestem w stanie uznać za dobry styl, że po prostu męczyłam się czytając.

      Usuń
  5. Zgadzam się z całym Twoim tekstem, ale jednak u mnie Metro 2033 zebrało znacznie lepszą ocenę, bo bardziej doceniam klimat i warstwę filozoficzną, niż narzekam na trudność w czytaniu. Nie była to łatwa lektura i nie ze względu na jej ambitność, tylko właśnie sposób, w jaki została napisana. Ale jednak... podobała mi się. Chociaż znacznie lepiej trafiło do mnie Futu.Re, ale tam problem ze stylem jest taki sam. Chyba najlepiej napisany jest Tekst z tego, co do tej pory od Głuchowskiego czytałam. :) Szkoda, że książka jest u Ciebie kandydatem do rozczarowania roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz kiedyś ustaliłyśmy, że im bardziej mi się coś podoba, tym bardziej bolą mnie niedociągnięcia (vide: Sanderson i Ostatnie Imperium, które trafiło do mnie na listę top5 fantastyki, a po recenzji połowa osób uznała, że przez sposób nakreślania postaci ksiązka mi się nie podoba :P). Tutaj kupił mnie klimat - co zdarza sie rzadko w historiach post-apo, jeszcze z takim zombiakowatym elementem - ale niestety, "tego się nie da czytać", no. I zgadzam się, że to nie chodzi o to, że książka jest napisana ambitnie - bo nie jest, ambitne są pomysły, ale styl jest... no kurczę, większością prymitywny. Zdarzały się perełki i fragmenty jakby spod ręki innego pisarza, ale generalnie bardziej to wyglądało na wprawkę literacką jakiegoś debiutanta. A wyjaśnianie świata na zasadzie "to teraz wam powiemy, jak było" to chyba najgorszy sposób odsłaniania przed czytelnikiem tajemnicy, na jaki trafiłam od wielu lat - chwilami czułam się, jakbym czytała podręcznik do historii.

      Tak czy inaczej, cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę, bo nie mogę powiedzieć, że tego żałuję. Żałuję jedynie tego, czym mogła się stać, a co skopał Autor ;)

      Usuń
    2. Tak, pamiętam. Co do Sandersona to sama wszak po recenzji byłam pewna, że Ci się nie podobało. :P No aż tak złego wrażenia po Metrze ja nie mam, a ta książka to faktycznie debiut autora. Z tego co pamiętam napisał ją jak miał koło 18 lat i wrzucał ją w internet, gdzie każdy mógł przeczytać i zasugerować poprawki. To trochę się nie dziwie, że tak wyszło. :) Ale tak jak mówię, przy Futu.Re jest trochę podobnie. Może się pośpieszyłam oceniając, że problem w tych dwóch książkach jest taki sam, bo kurczę nie pamiętam już za dobrze, ale faktem jest, że Futu.Re czytało mi się znacznie lepiej, choć tam te dłużyzny też były.

      Usuń
  6. Szkoda, że się rozczarowalas. Ja tę książkę mam na mojej liście must-read, ale nie mam pojęcia kiedy będę miała na nią ochotę, bo w tym momencie w ogólnie nie ciągnie mnie do tego post-apo. Aczkolwiek sam pomysł wydaje się być ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, sam pomysł jest fajny - zwłaszcza pod względem klimatu, bo oczywiście idea "wybrańca" sensu stricto nie jest niczym odkrywczym. Na pewno nie żałuję, że przeczytałam - żałuję tylko, że ksiązka zmarnowała potencjał :(

      Usuń
  7. Ja się skupiłam na klimacie i "przefrunęłam" przez książkę.
    Szkoda, że mimo tych plusów i których pisałaś, całość Cię rozczarowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Frunąć mi nie pozwalał ten kaprawy styl nooo ;) Tak sobie myślę, że może audiobook sprawdziłby się lepiej w tym konkretnym przypadku...

      Usuń
  8. U mnie Metro nadal czeka i nie może się doczekać. Nie przepadam za post-apo, a jeszcze te niedociągnięcia warsztatu literackiego tudzież problemy przekładu... chyba jeszcze czas Metra nie nadszedł ^^;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie jestem jakąś wielką fanką post-apo, czy to w książkach, filmach czy grach, ale tutaj naprawdę doceniam klimat. Tylko inne elementy nie pozwalają mi z czystym sumieniem polecić Metra, zwłaszcza jesli sama nie jesteś jeszcze zdecydowana :)

      Usuń