środa, 24 stycznia 2018

Burka Miłości - Reyes Monforte



Bajka o głupiej Europejce 
i muzułmaninie, co nie był zły

Zdarzyło Wam się kiedyś, że czytaliście książkę tak złą, że opowiadaliście o niej wszystkim wkoło? Taką książką jest dla mnie Burka miłości. Aż się prosiła o napisanie recenzji, poznęcanie się nad autorką i bohaterką i ostrzeżenie ewentualnych zainteresowanych. Bo taki właśnie jest cel tego tekstu, o czym uczciwie ostrzegam.

Wszystkie książki autorki Reyes Monforte opisują oparte na faktach historie Europejek usidlonych przez szeroko pojętych muzułmanów. W Burce miłości mamy akurat młodą Hiszpankę Marię i jej afgańskiego męża Nasrada, mieszkających w Wielkiej Brytanii. Ich historia wyłamuje się nieco ze schematu – nie tylko Nasrad nie jest takim tyranem, jakim być powinien, ale też sama Maria jest tak niewiarygodnie głupia, że jestem pewna, że wpakowałaby się w kłopoty w dowolnym miejscu (i związku). Ale po kolei.



Afganistan po raz pierwszy
...czyli piekło z głupoty

Już pierwszy akapit książki stanowi zapowiedź tego, co później stanie się tylko bardziej widoczne – mamy mało bystrą Europejkę, która pakuje się w związek z człowiekiem, o którego ojczyźnie i kulturze nie wie… nic (i jest z tego dumna):

„(…) nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu i kpin na temat kraju, o którym pierwszy raz usłyszała. Wydawała z siebie nerwowy, zduszony chichot (…).- Wiesz co, Nasrad? Nic nie wiem o twoim kraju. Nawet nie wiem, gdzie leży, z czego wy tam żyjecie, co jadacie, co śpiewacie ani jak obchodzicie wasze święta. Ale to nieważne. (…) nic więcej nie chcę wiedzieć.”

Brzmi to jak recepta na koszmar. Przy tego typu różnicach kulturowych „nie chcę nic wiedzieć” nie jest najlepszą strategią. Maria jest jednak zdeterminowana, więc po dwóch latach para bierze ślub. Co ciekawe, niechęć bohaterki do poznania kultury męża nie rozszerza się na jego religię: sama prosi go o Koran, zaczyna też nosić hidżab. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kierowała nią chęć pochwalenia się w szarym Londynie „egzotycznym narzeczonym” .

W tego typu książkach muzułmański książę z bajki musi wywieźć swą brankę do dalekiego kraju, z którego nie będzie już dla niej powrotu. I faktycznie – pierwszy wylot do ojczyzny zaproponował Nasrad. Co gorsza, wskutek komplikacji ciążowych, na dwa miesiące przed terminem Maria rodzi w Afganistanie dziecko. Jednak gdy tylko dochodzi do siebie, wraz z mężem i synkiem wraca Londynu, a sam Afganistan nazywa „etapem definitywnie zakończonym”.


Afganistan po raz drugi
…czyli piekło na życzenie

Do tego momentu można zakładać, że Maria nie wiedziała, na co się pisze, wybierając się z mężem do jego ojczyzny. To jednak dopiero początek serii absurdalnych i samodestrukcyjnych zachowań kobiety. Trudno uwierzyć w jej naiwność, gdy po paru miesiącach dosłownie zmusza Nasrada, by zabrał ją ze sobą do Afganistanu, choć mąż ze wszystkich sił odwodzi ją od tego pomysłu:

„Wiesz, co się dzieje w Afganistanie. Od czasu naszego pobytu sytuacja jeszcze się pogorszyła. Lepiej poczekaj na mnie w Anglii.”

Cóż, Maria wie lepiej, pakuje synka, wypłaca wszystkie oszczędności i z uśmiechem wsiada na pokład samolotu do Pakistanu. I teraz zaczyna się prawdziwa zabawa.

W obawie że na granicy skonfiskują ich majątek, Maria i Nasrad wynajmują grupę chłopców, żeby przemycili do Afganistanu… wszystkie ich oszczędności, paszporty i bagaże. Brzmi logicznie, prawda? Oczywiście dzieciaki rozpłynęły się w powietrzu, a rodzina została uwięziona w Afganistanie bez dokumentów i środków do życia.

Na domiar złego sama Maria zachowuje się coraz bardziej absurdalnie. Choć po Londynie radośnie biegała w hidżabie, na środku kabulskiej ulicy strzela focha: nie założy burki,  jej dżinsy i top na ramiączkach są okay. To nic, że mogą ją aresztować albo zabić. Kiedy wreszcie daje się przekonać, najpierw histerycznie się śmieje, a potem płacze, że „nikt jej nie rozumie”. Cóż, ja też byłabym mało wyrozumiała, gdyby głupia, rozpieszczona Europejka robiła z mojej rodziny widowisko pod okiem talibów.

Dalej jest równie wesoło. Maria nie może pojąć, czemu na śniadanie nie dostaje magdalenek i kawy. I dlaczego nie ma prądu? Ani kanalizacji! No tak, Nasrad mówił jej o tym wszystkim, ale zakładała, że przesadza. Przecież ludzie tak nie żyją w dzisiejszych czasach! Co ciekawe, autorka i sama Maria zdają się nie pamiętać, że bohaterka jest w Afganistanie już po raz drugi…

Na dodatek Maria „nie mogła się z nikim podzielić swoimi udrękami”… przepraszam: mogła powiedzieć mężowi, ale tego zrobić nie chciała, żeby biedakowi nie było smutno. Więc milczy… i rozpacza, że zapracowany, rzadko bywający w domu mąż nie widzi, jak jej źle (pewnie jej nie kocha).

Dodajmy, że, mimo zachowań Marii, wspierał ją nie tylko mąż, ale też cała jego rodzina. Wyjątkiem była jedynie teściowa – ale, umówmy się, teściowe rodem z dowcipów to nie jest element społeczny charakterystyczny wyłącznie dla krajów muzułmańskich.


Afganistan po raz trzeci
…czyli jak (nie) dać się uratować

Gdy po dwóch latach męki Maria wpada w końcu na pomysł, by zadzwonić do rodziny w Hiszpanii (gratulujemy, w końcu nie było to oczywiste rozwiązanie!), jej siostra porusza niebo i ziemię, by wyciągnąć ją i dzieci z kabulskiego piekła. Nasrad musiał na razie tam pozostać, bo jego sytuacja jako potencjalnego uchodźcy była bardziej skomplikowana, przygotował więc żonę i dzieci do wyjazdu, ciesząc się, że dostają szansę na normalne życie.

I nagle Maria odzyskuje elektryczność, kanalizację, magdalenki i kawę. Opuszcza ją lęk przed śmiercią z rąk talibów. Happy end, powiecie? Jeszcze nie! Po paru tygodniach Maria, pełna wdzięczności za trud dziesiątek ludzi zaangażowanych w jej ewakuację… potajemnie kupuje bilety i wraca z dziećmi do Afganistanu. Stęskniła się za mężem.

Ponieważ sytuacja w Kabulu jakoś się nie poprawiła i nadal panuje tam nędza i terror, po paru miesiącach Maria w dramatycznym apelu w hiszpańskim „El Mundo” błaga, by ktoś „uratował życie” jej i dzieciom. Co najlepsze, chętnych nie brakuje…

Powstrzymam się przed dalszym przytaczaniem kwiatków, choć wypisałam ich blisko dwie strony: chętni (i samobójcy) odkryją je sami w czasie lektury i może założą własny ogródek burkowych absurdów. Powiem tylko, że po zakończeniu książki miałam poważną wątpliwość co do „wyjechali i żyli długo i szczęśliwie”… Bo w końcu całkiem możliwe, że niedługo znowu wrócą do Afganistanu.


Niewystarczająco zły mąż

W czasie lektury miałam wrażenie, że opisywanie piekła afgańskiej wioski to dla autorki za mało – usilnie starała się znaleźć jakieś negatywne cechy w mężu Marii. Choć Nasrad uparcie brał całą winę na siebie, autorka chwytała się każdej okazji, by przedstawić Afgańczyka w złym świetle. Na przykład, gdy Maria zostaje odnaleziona przez męża po tym, jak wyszła z restauracji „za kobietą w niebieskiej burce” i błąkała się po Kabulu:

„- Poznałem po butach, Mario. Oczywiście, że zorientowałem się tylko po obuwiu, a zresztą szłaś tym swoim kaczym chodem - zakpił z niej.”

Tak wykpić żonę! Biedna Maria cierpi! Moim zdaniem to i tak spokojna reakcja – można stracić cierpliwość, gdy pozbawiona instynktu samozachowawczego małżonka znowu próbuje dać się zabić. Następnym razem Nasrad posuwa się dalej i zaczyna na nią krzyczeć (co w Anglii się nie zdarzało!):

„- Idziesz czy mam cię siłą wyciągnąć? Można wiedzieć, co tam jeszcze robisz? - Po raz pierwszy w życiu Nasrad na nią krzyczał!”

To, że uniósł głos, bo jego żona w trakcie ewakuacji podczas nalotów bombowych postanowiła cofnąć się po… lusterko, bez którego przecież nie przeżyje, ewidentnie jest kwestią drugorzędną. Bo Maria cierpi (i będzie ten uniesiony głos przeżywać jeszcze parę dni)…


Jak zrobić idiotę z czytelnika

Już w momencie gdy Maria po raz drugi uparła się jechać do Afganistanu miałam ochotę odłożyć książkę. Gdy jednak udała się tam po raz trzeci, po pierwszej dramatycznej akcji ratunkowej, przekroczone zostały wszelkie granice – ja zaś nie mogłam odłożyć książki, bo głupota bohaterki zaczęła być fascynująca.

Nie mogłam nawet zrzucić winy na chorą wyobraźnię autorki, jak w przypadku podobnych zachowań bohaterki Arabskiej żony; w końcu tutaj mamy do czynienia z historią opartą na faktach! Ta kobieta naprawdę tak się zachowywała! Niestety, nie potrafię współczuć osobom, które nie uczą się na własnych błędach, jednocześnie wykazując zupełny brak szacunku względem innych ludzi.

Nie lubię też, kiedy robi się z czytelnika idiotę, a z taką próbą mamy tu do czynienia. Monforte tak desperacko próbuje wzbudzić wśród czytelników współczucie dla Marii, że nie waha się nawet przeczyć temu, co napisała wcześniej (w końcu po stu stronach czytelnik i tak zapomni). Na przykład, na początku sugeruje, że Maria uciekła do Londynu przez złe relacje z ojcem (czemu ciężko się dziwić, skoro po śmierci matki oddał ją najpierw do sierocińca, a potem do dziadków). Przez siedem lat bez wyrzutów sumienia nie dawała rodzinie znaku życia. Po kolejnych dwóch latach w Afganistanie odkryła jednak, że jej ojciec umarł…

„(…) i nikt jej nawet o tym nie zawiadomił. Nikt z rodziny nie raczył jej odszukać i poinformować, że tata, którego tak bardzo kochała i z którym łączyła ją głęboka więź, pomimo tysięcy dzielących ich kilometrów i odmiennego stylu życia, odszedł na zawsze.”

Zaraz, jaka głęboka więź? To ten sam ojciec, do którego nie odzywała się przez tyle lat, czy coś przeoczyłam? I jak mieli ją odnaleźć, skoro wyjechała do Afganistanu, nie informując o tym nikogo? Nie wiem, kto jest tu bardziej niestabilny i absurdalny: Maria, czy sama autorka?

Co gorsza, sposób pisania Monforte nie ułatwia przebrnięcia przez morze absurdów. Narracja co chwilę zmienia tempo: jedne zdarzenia są przedstawiane w dziennikarskim skrócie, inne rozdmuchiwane do granic grafomaństwa (szczególnie drastyczne opisy, w których autorka zdaje się lubować). Odnoszę wrażenie, że pisarka nie mogła zdecydować się, czy jej celem jest reportaż, czy powieść – w efekcie dostajemy napisaną prymitywnym, ubogim językiem hybrydę, która nie jest ani jednym, ani drugim, za to obfituje w niewiarygodne dialogi.

Moim zdaniem ta tytułowa „burka” to nie tylko symbol zniewolenia afgańskich kobiet – może stanowić też świetną alegorię zaślepienia na własne życzenie. W naszej kulturze kobiety zakładają burki światopoglądu: choć ich nie widać, to przez gęstą siateczkę na oczach ciężko dostrzec prawdę o otaczającym świecie. Główna bohaterka przywdziewa burkę jeszcze w Anglii – przez wąski otwór „burki miłości” widzi wyłącznie swojego idealnego mężczyznę.  Ale w ograniczeniu „burki” trwa też sama autorka, tak desperacko niechętna kulturze muzułmańskiej, że aż odmawia dostrzeżenia głupoty swojej bohaterki. I jest to równie przykre.


(A każdemu, kto chciałby przeczytać kawałek naprawdę dobrej prozy o Afganistanie i trudnym losie kobiet, polecam jak zwykle Tysiąc Wspaniałych Słońc albo moje nowsze odkrycie, Afgańską perłę.)




Tytuł: Burka miłości 
Autor: Reyes Monforte 
Wydawnictwo: WAM 
Liczba stron: 344 (o 344 za dużo)


13 komentarzy:

  1. "Głupota bohaterki zaczęła być fascynująca" - zrobił mi dzień ten tekst xd
    Tak myślę, że bohaterem, któremu należy współczuć w tej książce jest Nasrad, i to o nim powinna napisać autorka. Maria przebiła skalę żenady, irytacji i braku instynktu samozachowawczego.
    Świetny tekst!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że poprawiłam Ci humor :D
      I tak, generalnie cały czas współczułam Naradowi. Z jednej strony przez jego głupią żonę, a z drugiej strony przez autorkę powieści, która próbowała zrobić z niego Bóg wie jakie zło wcielone...

      Usuń
  2. Gratuluję, że dotarłaś do końca książki. Mnie od czytania o głupocie bohaterki robiło się słabo. Kto wydaje takie buble, toż to szkodliwe :/
    Book Beast Blog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, w ogóle nie powinno się takich rzeczy wydawać. Ale to jest coś, co kiedyś nazwałam "fenomenem rekina" - tak jak "Szczęki" budziły niezdrową fascynację, tak teraz ludzie boją się muzułmanów i całego Bliskiego Wschodu, więc zamiast poczytać i nadrobić braki, sięgają po takie gnioty, żeby móc się bezkarnie emocjonować ;)

      Usuń
  3. Uff, współczuję i równocześnie gratuluję wytrzymałości w dotarciu do końca książki. Książki nie czytałam i nie przeczytałabym pewnie nawet bez Twojej recenzji, ale teraz wiem już, że autorki należy unikać jak zarazy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taa, ja też będę wszystkich wkoło ostrzegać - innym powieściom Monforte na pewno nie dam już szansy, ale przeraża mnie to, ilu ona ma fanów!

      Usuń
  4. O matko i córko... podziwiam, że udało Ci się skończyć książkę. Co do głupoty bohaterki - nad niektórymi babami po prostu można ręce załamać. Swoją drogą od razu skojarzyła mi się "Biała Masajka". Też na faktach, a bohaterka i autorka w jendym też idiotka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed Białą Masajką uratowała mnie Mama -- przeczytała przede mną i ja już nie musiałam się męczyć ;) Tam zdaje się również styl mocno kulał...

      Usuń
    2. Tego już nie kojarzę. Z ciekawości wyszukałam tekst na blogu, wygląda na to, że czytałam książkę w styczniu 2012 r. ;)
      Za to przy okazji przypomniała mi się inna "perełka" pokazująca kobiecą naiwność graniczącą z głupotą - "Honor kobiety. Ofiara gwałtu uwięziona w Dubaju" Touria Tiouli. Też oparta na faktach, pozwolisz, że podrzucę link, będzie szybciej:
      http://www.kacikzksiazka.pl/2013/09/honor-kobiety-ofiara-gwatu-uwieziona-w.html

      Usuń
  5. Właśnie skończyłam Tysiąc wspaniałych słońc i jest to chyba najlepsza książka jaką czytałam w życiu. A skoro mamy taki podobny gust to sięgnę chętnie po Afgańską perłę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwaga - Hosseini uzależnia! "Tysiąc wspaniałych słońc" czytałam już 3 razy i choć doskonale pamiętam, to ciągle budzi te same emocje <3

      Afgańską perłę też polecam, no i Chłopca z latawcem Hosseiniego oczywiście :)

      Usuń
  6. Ja jak dotąd skusiłam się tylko na "Byłam służącą w arabskich pałacach" i po tej książce stwierdziłam, że mam dość. Nie dlatego, że była źle napisana. Wręcz przeciwnie, była świetna. Jednak te klimaty wywoływały we mnie zbyt dużo negatywnych emocji. Podziwiam Twoją determinację do czytania tej książki. Już z tych kilku fragmentów wiem, że zostawiłabym ją po pierwszym rozdziale :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przez bardzo długi okres miałam ochotę na zapoznanie się z twórczością pani Reyes Monforte. Boże, dzięki Cio, że trafiłam na tę recenzję. Teraz zdaje mi się, że ma być to idealna powieść z tezą . To, o czym piszesz na temat Marii sprawia, że wiem, że nie dałabym rady tej powieści.
    "Tysiąc wspaniałych sońc" - uwielbiam!
    Zapraszam do mnie!

    OdpowiedzUsuń