niedziela, 10 grudnia 2017

Był sobie pies na święta, czyli: Psiego najlepszego - W. Bruce Cameron


Psiego najlepszego to moje drugie podejście do psiej prozy Camerona. Choć reklamowane jest jako Był sobie pies na święta, w przeciwieństwie do Misji na czterech łapach / Był sobie pies, tutaj nie spoglądamy na świat z perspektywy czworonoga, choć psia rodzina pełni w książce kluczową rolę. Mało tego, tak naprawdę nie jest to książka o psach, tylko... romans. Ale taki ciepły, przyjemny, że nie będąc fanką tego gatunku (mało powiedziane) i tak czerpałam niemałą przyjemność z lektury. 


Główny bohater, Josh, przypadkiem zostaje właścicielem swojego pierwszego psa w życiu. I to w dramatycznych okolicznościach: jego sąsiad podrzuca mu ciężarną suczkę, Lucy. Wkrótce potem oboje zostają rodziną zastępczą dla porzuconego na mrozie miotu pięciu puchatych szczeniaków, a przerażony Josh zwraca się z prośbą o pomoc do miejscowego schroniska. Gdy odwiedza go Kerri, pracowniczka psiego przytułku, czytelnik już wie, że między tymi dwojgiem musi zaiskrzyć. I wie też, że nie będzie tak łatwo, bo Kerri to dziewczyna po przejściach, a Josh od pół roku nie potrafi ogarnąć się po poprzednim związku. Do tego szczeniaki rosną, a kanadyjskie prawo nie pozwala na trzymanie tylu psów w ramach jednego gospodarstwa domowego... a jak tu je oddać?

Podejście Josha do Lucy i maluchów jest... urocze. I słodkie: w końcu wizja potężnego, poważnego mężczyzny, śpiewającego szczeniakom własne wersje kolęd jako kołysanki, to coś absolutnie kosmicznego. Co ważne, psi element jest tu świetnie dopracowany, zachowania psów są wiarygodne i pozbawione niepotrzebnej antropomorfizacji, a autor postarał się dodatkowo, żeby każdy pies miał swój własny charakter - nie tylko Lucy, ale też każda z pięciu puchatych kuleczek. Widać, że psy nie były tu tylko pustym pretekstem dla połączenia dwójki głównych bohaterów.

Dużo mniej wiarygodni od Lucy i jej dzieci są niestety Josh i Kerri. Ja rozumiem miłość od pierwszego wejrzenia, ale nie wierzę, że widząc obcego gościa po raz drugi, jakakolwiek dziewczyna zacznie go wypytywać o to, jak zginęła jego była ukochana. Jeszcze mniej prawdopodobne jest to, że facet w odpowiedzi zacznie rozklejać się i zwierzać ze wszystkiego, o czym przez ostatnie pół roku nie poinformował nawet najbliższej rodziny. A tu bach, dzieje się i jedno i drugie, prawdopodobnie po to, by przyśpieszyć trochę akcję (wiadomo, że szczeniaki rosną szybko i nasi zakochani muszą zdążyć pokochać się na amen, zanim wyadoptują maluchy do nowych domów). Wątek romantyczny jest więc banalny i przewidywalny do bólu...

...ale z drugiej strony, ten banał, nagromadzenie szczęśliwych zbiegów okoliczności i wzruszająco-cukierkowe zakończenie jakoś wcale nie przeszkadzają, bo świetnie wpisują się w przedświąteczną atmosferę. Czegóż innego można się spodziewać po takiej bożonarodzeniowej bajce dla dorosłych, do tego z psiakiem na okładce? Sięgałam po tę książkę z góry godząc się na taką ewentualność i muszę przyznać, że wieczory, które spędziłam pod grubym kocem, z gorącą herbatą i przy Psiego najlepszego, zaliczam do bardzo udanych: lekka lektura, napisana sprawnie i z widocznym uczuciem, jak to u Camerona, faktycznie, okazała się idealną lekturą na święta.

I jeszcze jedno: autor ma u mnie dodatkowy plus za zwrócenie uwagi na temat  żywienia psów. Znam masę "miłośników zwierząt", którzy karmią czworonogi supermarketowym pedigree czy innym whiskasem. Spędziłam znaczną część życia próbując im wytłumaczyć, czemu jest to wybitnie kiepski pomysł, ale rzadko z jakimkolwiek skutkiem. Cameron pisze otwarcie - to, że masz na przodzie opakowania ładny rysunek pieska, a z tyłu podane właściwe proporcje białka, tłuszczu i włókna, to jeszcze nic nie znaczy, bo jak zmielisz skórzane buty z garścią słomy, to procentowo wyjdzie Ci to samo. I choć zaraz potem następuje najbardziej perfidny product placement karmy dla psów w historii literatury, to jednak doceniam ten zabieg i trzymam kciuki, żeby otworzył on oczy co niektórym właścicielom.

Psiego najlepszego to idealna książka na teraz - mroźny, zimowy klimat opisywanego górskiego miasteczka i ciepła, budząca uśmiech historia, przesycona miłością do psiej rodzinki po przejściach, powinny sprawdzić się dla każdego psiarza, który lubi takie obyczajowo-romansowe klimaty. A jeśli nie lubi, to cóż... Lucy i jej piątka dzieci z pewnością i tak sprawią, że lektura będzie bardzo przyjemna. 




Tytuł: Psiego najlepszego
Autor: W. Bruce Cameron
Tłumaczenie: Edyta Świerczyńska
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 296






Za Psiego najlepszego
dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu:

 Wydawnictwo Kobiece

18 komentarzy:

  1. Słyszałam wiele pozytywnych opinii o tej książce i bardzo chcę ją przeczytać. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może chodź do sąsiedniego postu konkursowego, będzie fajnie ;)

      Usuń
  2. Sama okładka mnie zauroczyła. Muszę sobie ją w końcu sprawić. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że jesteś w klimacie. ;) W tym roku zapewne nie sięgnę, ale może na przyszłe BN kto wie. ;) :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkąd wyprowadziłam się z domu i przyjeżdżam na święta, to nie mogę się ich doczekać i klimat łapię bardzo łatwo ;)

      Usuń
  4. uwielbiam książki o piesełach, dlatego nie zwracałam uwagi na niedociągnięcia tej książki, ciesząc się panującą tam atmosferą i pieskami <3 urocza historia! pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uwielbiam, ale... Uznałam, że muszę uczciwie ostrzec ;) choć przyznaję, że duuużo można tej książce wybaczyć dzięki tej psiej rodzince :)

      Usuń
  5. Miałam czytać na święta, ale nie wiem, czy mi się uda. Mam ochotę na bardziej ponure książki albo klasyczne fantasy :) O tym, że Pedigree to zło słyszałam już w zoologicznym i sama staram się nie kupować. Fajnie, że autor też zwraca na to uwagę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze możesz złożyć mi życzenia i wygrać ją w konkursie. Wtedy będzie motywacja :D choć mroczne ani klasyczne fantasy to to nie jest. W sumie nie wiem, czy jakaś książka jest bardziej odległa od tej definicji - może po ponurej tematyce będziesz potrzebowała akurat takiej pozytywnej, psiej odskoczni :)

      I też mnie cieszy, że taki "dydaktyczny" element się tu pojawia. Mój pierwszy kot karmy supermarketowe odchorował (fakt, po 7 latach... ale wtedy było już za późno na jakiekolwiek sensowne działania i choć dożył 16 lat, to nerek mu nie naprawiliśmy), więc jestem wrażliwa na ten temat ;)

      Usuń
  6. Książka w planach czytelniczych, zarówno moich, jak i dzieci. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A już masz? ;) Bo jak nie, to zapraszam do konkursu ;)

      Usuń
  7. Dla mnie ta pozycja jest stanowczo za słodka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obiektywnie - dla mnie też ;) ale te pieski jakoś pomogły w przełknięciu ;)

      Usuń
  8. Co ciekawe, Pedigree ostatnio stało się jednak trochę lepszą karmą, niż była, a że jest wszędzie to np. psie smaczki od nich czasem fajnie kupić. W każdym razie... no ja na razie Camerona nie chce, i tak mam sporą kolejkę, a chciałoby się pójść w końcu do biblioteki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej bazuje na zbożach, mięsa jest połowę mniej niż kukurydzy i pszenicy, a jednak pies nie kura ;) Smaczki fakt, mają często naprawdę fajne.

      Na Camerona trzeba mieć nastrój. W przeciwnym razie taka ilość lukru i słodyczy grozi mdłościami ;)

      Usuń
  9. Mnie ciut rozczarowała. "Był sobie pies" bardzo mi się podobał, a tutaj widać było pewne niedopracowanie bohaterów, o którym zresztą wspominasz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bohaterowie zdecydowanie niedopracowani i niewiarygodni, ale tylko ci ludzcy, więc osobiście skupiałam się na psach. Fakt, Był sobie pies wypada w tym momencie lepiej, choć tam ludzie też mnie załamywali, ale perspektywa miała więcej sensu ;)

      Usuń