poniedziałek, 27 listopada 2017

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce - Anna Badkhen


Oka. Ok. Okan. Trzy nazwy - strasznie dużo jak na jedną wioskę, której formalnie nie ma. Istnieniu zagubionego w środku afgańskiej pustyni skupiska domów i ludzi przeczą nie tylko lokalne władze, ale nawet Google Earth. A jednak Oka istnieje. Nawet teraz dzieci umierają w niej z przedawkowania opium, podawanego im w celu uspokojenia i oszukania głodu przez pozbawione pokarmu, naćpane matki. Brzmi potwornie? Jasne, łatwo takie zachowanie piętnować... póki nie uświadomimy sobie, że w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu opium jest łatwiej dostępne i znacznie tańsze niż ryż.

Oka to wioska marzycieli. Każdy marzy tu o lepszym życiu, o opuszczeniu niegościnnego Hindukuszu. O znalezieniu pracy w wielkim mieście. O miłości. O mleku dla niemowlęcia, żeby nie zasiliło jedynie bezdusznych statystyk tragicznie wysokiej śmiertelności niemowląt. Jednocześnie w głębi duszy każdy wie, że nigdy nie zgromadzi funduszy, pozwalających na realizację tych marzeń i choćby kupno biletu do stolicy. I nawet nie próbuje, bo nadzieja w tym miejscu umarła jako pierwsza. Zresztą w Oce mieszkańcom nie grożą  urywające kończyny miny, zamachy ani zawierucha wojny. Póki świat o nich nie pamięta, są bezpieczni.

Gdybym miała powiedzieć, o jakim kraju przeczytałam w życiu najwięcej książek, to bez wątpienia odpowiedź brzmiałaby: o Afganistanie. Tak jakoś wyszło - nawet jeden z moich ulubionych pisarzy, Khaled Hosseini, jest Afgańczykiem. Czytałam więc o wojnie, o handlu ludźmi, o dominacji Talibów, o złym traktowaniu kobiet (które mają dużo gorzej niż kobiety arabskie). I żadna, naprawdę żadna z przeczytanych dotąd przeze mnie pozycji nie okazała się tak dołująca i pozbawiona nadziei, jak Cztery pory roku w afgańskiej wiosce.

"Tutaj czas, rozdrobniony smutek, niepoliczalny i niemiarodajny niczym piasek, stoi w miejscu i zarazem biegnie tak szybko, że nikt nie potrafi go zmierzyć. Nikt poza tkaczkami dywanów." 

Bo tkanie dywanów nadaje wiosce indywidualny rytm życia. Za mozolnie tkany przez cały rok dywan, wykonywany w tej samej technologii co w czasach, gdy dotarł tu Aleksander Wielki, tkaczka dostanie do czterystu dolarów, które następnie staną się źródłem utrzymania wielopokoleniowej rodziny na większą część nadchodzącego roku. Potem nastanie głód, oszukiwany opiatami. W międzyczasie dzieło jej rąk zostanie sprzedane na Zachodzie jako arcydzieło rękodzielnictwa. Za kilka tysięcy dolarów. 

To jedna z tych książek, które czyta się, bo nie można się od nich oderwać, ale raczej nie dla przyjemności - bo i czerpanie jakiejś przyjemności z tak depresyjnego obrazu świata, jaki wyłania się z narracji dziennikarki Anny Badkhen, wydaje się wręcz nie na miejscu. Narracja płynie powoli, zupełnie tak, jak życie w Oce, wyznaczane skromnymi porami zbiorów po okresie deszczu, śpiewem piasku na wydmach, narodzinami dzieci, które uzależniły się od opium już w fazie prenatalnej, i aranżowanych małżeństw nastolatków, których wymienia się w ramach posagu starszego rodzeństwa. 

Podobnie jak opisywane przez nią tkaczki, Badkhen umiejętnie splotła losy mieszkańców Oki w jeden wielki dywan, który dzięki jej słowom przywędrował aż do nas, aby pokazać wygodnym ludziom Zachodu, że świat nie kończy się na czubku ich nosa. Nie jest to typowy tekst reporterski - jest na to zbyt emocjonalny, momentami brutalny, a chwilę potem - zaskakująco liryczny. Powiedziałabym raczej, że Cztery pory roku w afgańskiej wiosce to mezalians literatury pięknej z reportażem: taka mozaika chwil i obrazów ludzi, które autorka zdołała uchwycić, stając się częścią tej wyizolowanej społeczności przez kolejne miesiące.

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce to jeden z tych reportaży, przy których kręcę z niedowierzaniem głową i otwieram szeroko oczy za każdym razem, kiedy z kolejną falą ludzkich dramatów dociera do mnie fakt, że to dzieje się teraz. To nie dzieje się dawno, dawno temu w jakiejś odległej galaktyce, tylko w chwili, gdy czytacie te słowa. Mocny, dobry tekst, który pozwala docenić to, co się ma... i załamać się własną niemocą zmiany świata, który tej zmiany potrzebuje już, tu, natychmiast.




Tytuł: Cztery pory roku w afgańskiej wiosce
Autor: Anna Badkhen
Tłumaczenie: Maria Białek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 352


8 komentarzy:

  1. Dawno już nie czytałam reportaży, więc może skuszę się na tę książkę. Wydaje się być naprawdę ciekawa. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety nie czytam takich książek, choć recenzja zacna :D
    miedzykropkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie książki są "najgorsze" - z jednej strony czyta się je bardzo dobrze, a z drugiej strony człowiek ma wyrzuty sumienia, że mu się to podoba. Znam jedną pozycje w stosunkowo zbliżonych klimatach i na razie więcej nie chce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam jeszcze żadnego ciekawego reportażu, więc może się skuszę.
    Pozdrawiam Justyna z wszystkococzytam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. nie czytałam jeszcze żadnej książki o Afganistanie. nie wiem dlaczego byłam przekonana, że to kolejna powieść dla kobiet. jeśli to reportaż, mocny, to chętnie go poznam. pozdrawiam :)

    Onlypretender

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię czytać tego typu książki. Ale niestety dręczy mnie myśl o strasznym życiu tych biednych ludzi. To okropne, że państwo nawet o nich zapomina, bo nie jestem przekonana, że Bóg o nich zapomniał. Okropne jest to, że tkaczki są tak oszukiwane. One za swoją pracę dostaną do 400 dolarów a ludzie sprzedadzą ten dywan za kilka tysięcy, bo to ręczna robota. Szkoda tylko, że nie wezmą tego pod uwagę wtedy, gdy taki dywan kupują od tej kobiety. Recenzja książki jest świetnie opisana. Aż chyba zakupię tą książkę i przeczytam😉. Tym czasem zapraszam do mnie: https://zgarderobywziete.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  7. Reportaże czytam chętnie, więc na pewno będę mieć powyższą książkę na uwadze!

    OdpowiedzUsuń
  8. Właśnie to jest najbardziej przerażające, że takie rzeczy cały mają miejsce i to o czym czytamy nie jest tylko wizją autora, ale rzeczywistością...

    OdpowiedzUsuń