poniedziałek, 13 listopada 2017

Czerwień rubinu - Kerstin Gier


Charakterystyczne okładki, ocena koło 8 na Lubimy czytać i multum entuzjastycznych recenzji - nie sposób było nie zauważyć istnienia Trylogii Czasu Gier. W końcu w tę misternie zastawioną pułapkę wpadłam i ja. Sięgnęłam po otwierającą serię Czerwień rubinu z optymistycznym nastawieniem, zwłaszcza że mam ostatnio szczęście do młodzieżówek fantasy i całkiem dobrze się przy nich bawię. Niestety, na tym tytule dobra passa ewidentnie się skończyła.

Gwendolyn jest dumną z własnej głupoty i braków podstawowej wiedzy o świecie nastolatką, chichoczącą z przyjaciółką nad telefonem i plotkującą o chłopakach - najgorszy i najbardziej irytujący przykład współczesnej małolaty, na jaki trafiłam w literaturze. Dziewczyna odkrywa przypadkiem, że jest też nosicielką genu, umożliwiającego jej (głównie niekontrolowane) podróżowanie w czasie - w związku z nieporozumieniem, cała rodzina szkoliła pod kątem tego niewdzięcznego zadania jej kuzynkę, więc główna bohaterka trafia radośnie nieprzygotowana na ulice Londynu z poprzedniego stulecia, a także w sam środek mrocznego spisku tajemniczego bractwa, który oczywiście będzie musiała rozwikłać.

Przygotowana czy  nie, Gwendolyn starannie ignoruje jakiekolwiek dobre rady czy zakazy - zabiera w przeszłość komórkę, a już tam będąc tylko szuka, co może ukraść, żeby pokazać przyjaciółce. Oczywiście koniec końców wszystko kończy się dobrze, bo i przecież to nasza cudowna dziewczynka. Nie wiem skąd pomysł na propagowanie zidiocenia, ale ewidentnie mamy już za sobą czasy Harry'ego Pottera, gdzie niepozorna sierota-wybraniec w trudzie i przy wsparciu przyjaciół pokonuje problemy i wrogów. Nie - teraz nadszedł czas na wybrańca-przygłupa, któremu wszystko udaje się przypadkiem, bo to przecież takie śmieszne i urocze, prawda? I na wskroś nowoczesne. A potem Gwendolyn dziwi się, że nieziemsko przystojny Gideon traktuje ją jak idiotkę...

A właśnie, Gideon. To w ogóle osobna historia: autorka chciałaby, żebyśmy wierzyli, że Gideon jest mądry, wyniosły, obeznany z tematyką podróży w czasie i poświęcony Misji. Nijak nie zmienia to faktu, że nasz boski nastolatek to wybitnie niestabilna emocjonalnie postać, która od pogardy do miłości przechodzi w ciągu jednej sceny, a burzącą znany mu światopogląd teorię spiskową (i to taką z lukami) łyka jak młody pelikan. Przy okazji stał się bohaterem najbardziej naciąganego wątku romantycznego w historii wszechświata, do tego w oklepanym schemacie - taki pan Darcy dla ubogich, najpierw "och, gardzę tobą", a potem jakoś nagle wybucha z tego wielka miłość. Bo i czemu nie. 

Problem jest nie tylko z bohaterami - pisanie recenzji rozwlekło mi się w czasie na dwa tygodnie, bo szukałam odpowiedniej perspektywy, która ukazałaby mi jakieś plusy tej lektury. Nie znalazłam, mało tego: trudno mi określić, co w tej książce nie było złe. Przede wszystkim, gdyby ktoś dał mi losowy fragment Czerwieni rubinu, z pewnością uznałabym ją za wycinek z radosnej, fanfikowej twórczości gimnazjalnej blogerki, o którym szybko bym zapomniała. Przyczynia się do tego przede wszystkim niesamowicie prosty styl, młodzieżowy (aż nazbyt...) język i dialogi, które są raczej przepychankami słownymi, niż zapisem jakichkolwiek sensownych, wiarygodnych rozmów. Opisy... zaraz, jakie opisy? Tych w zasadzie w Czerwieni rubinu nie uświadczymy, chyba że na horyzoncie pojawi się jakiś godny uwagi facet, ewentualnie nowa sukienka - wtedy może pojawią się nawet cztery zdania opisowe w jednym ciągu. Do tego humor: podśmiechujki z nauki, z autorytetów, z gejów, z kościoła i z własnej głupoty. Pewnie miało być odważnie i nowocześnie, było głównie żenująco.

Mówiąc krótko, zderzenie z Czerwienią rubinu było gwałtowne, bolesne i zostawiło mnie z przeświadczeniem, że to fatalna jakościowo, infantylna pisanina. O zgrozo, to cudo ma więcej niż jedną część, co świadczy o tym, że sprzedało się dobrze - i nawet jestem w stanie w to uwierzyć, bo pewnie czasem każdy z nas potrzebuje lekkiego, odmóżdżającego czytadła. Sęk w tym, że czytałam ostatnio kilka książek wpadających w tę kategorię i stały one jednak na wyższym poziomie, choćby tylko literackim. Całkiem prawdopodobne, że po prostu nie trafiłam na książki Gier w odpowiednim momencie - ale jedno jest pewne: nasza wspólna przygoda zaczęła się i skończyła właśnie na tej powieści.


Tytuł: Czerwień rubinu
Autor: Kerstin Gier
Seria: Trylogia Czasu (#1)
Tłumaczenie (j. niemiecki): Agata Janiszewska
Wydawnictwo: Media Rodina
Liczba stron: 344




Gdy już było wiadomo, że Czerwień rubinu nie rozwinie skrzydeł i nie okaże się pozytywnym zaskoczeniem, skończyłam ją czytać tylko po to, żeby móc ją z czystym sumieniem zjechać na blogu. Wiedźma twierdzi, że czyni mnie to prawdziwą książkową blogerką. Dziękuję ;)

24 komentarze:

  1. Czytałam już dosyć dawno temu i mnie akurat urzekła, mimo głupiutkich bohaterów, pamiętam, że czytało mi się ją naprawdę przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tę książkę chyba trzeba trafić w odpowiednim momencie. Ja autentycznie nie mogłam znaleźć plusów :(

      Usuń
  2. Czerwień rubinu czytałam już dawno jednak nadal urzeka mnie ta trylogia. Dalsze losy bohaterów są o wiele lepsze i bardziej wszystko się rozwija więc mam nadzieję, że dasz im szanse :)
    Pozdrawiam, Tiggerss
    https://tiggerssreads.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie nadal jestem na nie, ale zobaczymy, nigdy nie mów nigdy... ;)

      Usuń
  3. Ojoj, to Ci pani Gier zaszła za skórę!0_0 Sądząc z tego, co napisałaś w recenzji, nie powinno mnie to dziwić, główna dwójka bohaterów brzmi okropnie. Nie czytałam tej książki i właściwie mnie do niej nie ciągnęło, ale teraz masochistycznie mam ochotę to zrobić, żeby się przekonać, czy to możliwe, żeby coś było aż tak straszne;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mam wyrzuty sumienia, że Ci to cudo podsuwam ;) ale z drugiej strony doskonale znam tę masochistyczną potrzebę czytania najbardziej zjechanych tytułów, żeby samemu sprawdzić, czy naprawdę jest AŻ TAK ;)

      Usuń
  4. Pfff... a tyle entuzjastycznych opinii... Ja chyba najpierw sprawdzę sobie jakiś fragment, bo nie mam ochoty pakować się w taką historię. Szkoda sądziłam dotąd, że to będzie po prostu lekka, acz przyjemna lektura :P

    Rozwaliłaś mnie tym: "(...)Gwendolyn starannie ignoruje jakiekolwiek dobre rady(...)" - urocze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez te entuzjastyczne opinie sięgnęłam po książkę. Powiem tak - cieszę się, że czytalam na Legimi, bo jakbym kupiła "za własne pieniądze" papierowe wydanie, to chyba bym się ostro wkurzyła ;)

      No bo to jest księżniczka autodestrukcji. Gdybym to ja pisała tę książkę, to umarłaby już parę razy, dla dobrego przykładu. Nie powinno się pisać o takich durnych postaciach :P

      Usuń
  5. Ja niestety nie mogę się z Tobą zgodzić, fakt książka posiada kilka błędów, jednak bardzo drastycznie opisałaś wszystkich bohaterów. Mnie się podobała cała trylogia w formie książkowej, bo film to już inna bajka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film gorszy? 8) No nie wiem, tak jakoś mnie potwornie ci bohaterowie wkurzali, że nie mogłam im darować... ;)

      Usuń
  6. Nie czytałam, ale nie przepadam za głupimi bohaterami, więc odpuszczam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie słuszna decyzja (i cieszę się, że Cię uratowałam :P)

      Usuń
  7. Bardzo podoba mi się recenzja i te stare okładki! *.*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też podobają się stare okładki, są klimatyczne i niespotykane. Niestety, nie uratowały dla mnie wnętrza :) Dziękuję za miłe słówko o recenzji :)

      Usuń
  8. Czytałam całą trylogię i jak dla mnie to nie było tak źle ;) Oczywiście nie jest to literatura najwyższych lotów ale bawiłam się nie najgorzej przez kilka wieczorów. Biorę również pod uwagę, że ja kompletnie nie jestem grupą docelową tego typu literatury, trochę już jestem za stara ale z przymrużeniem oka stwierdzam że jak na młodzieżówkę było OK.
    Te nowe okładki są straszliwie paskudne, nie rozumiem zachwytów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też uważam, że te stare okładki biją nowe na głowę! To między innymi one mnie skusiły, ale nie pomogły wiele w konfrontacji z zawartością ;) Chyba jestem zbyt wymagająca względem młodzieżówek, ale co jakiś czas trafiam na perełkę i potem oczekuję, że wszystko będzie przynajmniej dobrze napisane...

      Usuń
  9. Borze liściasty, to naprawdę brzmi fatalnie, a ja się w sumie zaczynałam zastanawiać nad przeczytaniem jej. Uratowałaś mnie przed tym błędem, dzięki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może by Ci się spodobało (ja jednak jestem czepialska), ale jednak odczuwam satysfakcję po tym stwierdzeniu :P tyle lepszych książek na Ciebie czeka :D

      Usuń
  10. Ha, a ja rozważałam lekturę! Wyleczyłam się ekspresowo po tej recenzji... chyba jednak jestem za stara!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też za stara, zdecydowanie. Jak widać, wielu osobom się jednak podobało :)

      Usuń
  11. A może spróbuj obejrzeć ekranizację? :) ale czasem i tak bywa, że po prostu książka nam nie odpowiada i nie ma sensu sie męczyć i ją czytać do końca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz, że warto próbować...? Bo spojrzałam na głównych bohaterów na plakacie i już czułam, że ich nie lubię :P
      Tu akurat przeczytałam do końca - chciałam mieć czyste sumienie, jak już będę krytykować, że dalam książce szansę ;)

      Usuń
  12. Mam tę książkę w swojej bibliotece i czeka na swoją kolej :D
    pozdrawiam Justyna z wszystkococzytam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa, jak Ci się spodoba :) oby wypadła w Twoich oczach lepiej niz w moich...

      Usuń