piątek, 13 października 2017

Imprimatur - Rita Monaldi, Francesco Sorti


Ludzie zawsze lubili wrażenie obcowania z tajemnicą sprzed lat – mam jednak wrażenie, że po oszałamiającym sukcesie kasowym powieści Dana Browna tego typu powieści zaczęły powstawać masowo. Autorzy sięgają po coraz to bardziej absurdalne motywy i nawiązują do każdej epoki z dziejów świata, nie oszczędzając chyba żadnej intrygującej postaci – oberwało się da Vinciemu, Szekspirowi, Vivaldiemu… 

W ten nurt wpisuje się właśnie Imprimatur Rity Monaldi i Francesca Sorti, pierwszy z czterotomowej serii „Imprimatur secretum, veritas mysterium”. Jest to nie tylko intrygujący tytuł, ale też dobry chwyt marketingowy – każde słowo to jednocześnie tytuł poszczególnych powieści: ładnie to wygląda zestawione razem na półce, więc może czytelnik skompletuje całość, kierując się zmysłem estetycznym... gdy już zawiedzie go fabuła.

Od razu też zaznaczam, że wydawcy (Świat Książki) należy się też krytyka za blurb na tylnej okładce. Stanowi on idealne streszczenie pierwszych czterystu stron książki, które mogłam sobie spokojnie darować. Jeśli więc zdecydujecie się na sięgnięcie po Imprimatur, to nie wczytujcie się zbytnio w okładkowe podsumowania.


Dziennik czasów zarazy

Pomysł na Imprimatur teoretycznie nie jest zły: mamy XVII-wieczny zajazd, w którym jeden z podróżnych umiera na chorobę podejrzanie podobną do dżumy, przez co wszyscy klienci zostają poddani kwarantannie. Fabuła splata różne wątki, począwszy od zamachu na papieża Innocentego XI, aż po bitwę wiedeńską i intrygi dworu Ludwika XIV, a to wszystko w scenerii alchemicznych laboratoriów i tajemniczych podziemi, wśród których główni bohaterowie prowadzą swoje śledztwo. 

Mnogość wątków i pasjonujące, przełomowe wydarzenia niestety nie ratują historii, głównie dlatego, że ostateczne zakończenie spisków i śledztwo jest pretensjonalne i naciągane. Do tego styl autorów jest dość męczący, co wynika poniekąd z przeładowania tekstu danymi dotyczącymi epoki i polityki, które psują ciągłość akcji, a sama książka
 – co najmniej o 150 stron za długa, co jest fatalnym połączeniem. Nawet sami autorzy mieli obawy co do obszerności swego działa – na samym początku życzyli czytelnikowi natchnienia bożego do wytrwania przy lekturze (i racja, bez tego bywało ciężko), a w samym jej środku narrator przypominał desperacko, że nigdy nie odkłada się książki przed poznaniem zakończenia. Skończyłam lekturę tylko dlatego, że generalnie zgadzam się z tym podejściem...

Żeby nie było, że tylko się czepiam: na uwagę zasługują „puzzle literackie”, które fundują nam autorzy. Na przykład, w powieści kilkakrotnie pojawia się… d’Artagnan. Nie pada nazwisko, ale scena aresztowania Fouqueta przez „cholernego Gaskończyka” jest jasna dla czytelników trylogii muszkieterskiej Dumasa. Taka zabawa motywuje odbiorcę do uważnego czytania – ciekawe, ile tego typu aluzji przeoczyłam tylko dlatego, że nie przeczytałam jakiejś powieści…?


Nowe Imię Róży?

Imprimatur nie burzy schematów i nawet sam wydawca nie próbuje udawać, że jest inaczej, reklamując powieść jako „drugie Imię Róży”. Nie znoszę takich porównań, bo jeszcze żadna promowana w ten sposób książka nie sprostała rzekomemu pierwowzorowi, ale nie spodziewałam się, że również autorzy uznali się za następców Eco:

- Zamiast odpowiedzi opowiem ci zabawną historię, którą usłyszałem w ubiegłym roku w Wersalu. Pewien człowiek chciał sprzedać na targu czaszkę, zapewniając, że należała do słynnego Cromwella. Ktoś przytomnie zauważył, że czaszka jest zbyt mała jak na tak wielkiego wodza, który, jak powszechnie wiadomo, miał dużą głowę. 
- Co na to sprzedawca? 
- Powiedział, że to czaszka Cromwella z okresu dzieciństwa!

– Rita Monaldi & Francesco Sorti, 
Imprimatur”, Noc trzecia z 13 na 14 września.

Brzmi znajomo…?

- A są skarbce jeszcze bogatsze. Dawno już temu w katedrze w Kolonii widziałem czaszkę dwunastoletniego Jana Chrzciciela.
- Naprawdę?! – wykrzyknąłem w podziwie. Potem ogarnęło mnie powątpiewanie. – Ależ Chrzciciel został zabity w wieku bardziej posuniętym! 
- Tamta czaszka musi być w jakimś innym skarbcu – rzekł Wilhelm z poważną twarzą.
– Umberto Eco,
Imię Róży”, Pryma dnia szóstego.

No cóż, ja wierzę, że w handlu relikwiami odchodziły nawet większe przekręty, ale sugeruję na przyszłość większą oryginalność. Co gorsza, także sam duet głównych bohaterów jest podobny: zamiast Adso i Wilhelma z Baskerville mamy karłowatego posługacza i genialnego wykastrowanego śpiewaka homoseksualistę (bardziej alternatywnie się nie dało...), Atto Melaniego. Książka dzieli się na dni, podobnie jak miało to miejsce u Eco, a jej zakończenie pisane jest z punktu widzenia dorosłego już narratora, ożywiającego wspomnienia z lat młodzieńczych… Nadal brzmi znajomo.

Na tym jednak podobieństwa się kończą – wszystko to trochę za mało, by książka została „nowym Imieniem Róży”. Stylu nie ma co porównywać, żeby nie obrazić Eco. No i w Imieniu Róży przynajmniej nikt nie próbował mi wmówić, że pandemie i zarazy można zwalczać muzyką…


Powieść zza grobu,
czyli incepcja (albo desperacja) po włosku

Jest jednak coś, co strasznie mi się nie podobało i sprawiło, że Imprimatur zostawił po sobie wyłącznie niesmak. Chodzi mi o zabawę z czytelnikiem listami od „Lorenzo Dell’Agio, biskupa diecezji w Como”. W udającym przedmowę liście wspomniany biskup stwierdza, że Rita Monaldi i Francesco Sorti byli jego przyjaciółmi z dawnych lat, niestety sami już od długiego czasu nie żyją (sic!). Nie każdemu się chce szukać, czy autor jeszcze żyje, więc podpowiem: tak, autorzy nie pożegnali się jeszcze z tym padołem i mają się całkiem dobrze. Jakby tego było mało, ten sam „biskup” pisze też posłowie, zachwycając się bezwstydnie cudownością powieści i jej zgodnością historyczną.

Mamy więc autorów, którzy w imieniu nieistniejącego biskupa piszą list, w którym sami sie uśmiercają, a potem chwalą swoją własną książkę za wspaniały styl i wartość historyczną. „Incepcja” to mało, proszę państwa! Czy aby poprawić sprzedaż książki warto dać się w taki sposób pogrzebać za życia…? Rita Monaldi i Francesco Sorti uznali, że tak. Ja powiem inaczej – dla tej konkretnej książki na pewno nie było warto.


Tytuł: Imprimatur 
Autor: Rita Monaldi, Francesco Sorti 
Wydawnictwo: Świat Książki 
Liczba stron: 528




8 komentarzy:

  1. Czytałam całą serię dawno temu, jeszcze w liceum (czyli jakieś dziesięć lat wstecz lekkim bykiem) i pamiętam, że bardzo mi się podobała. Wielu z tych wymienionych przez Ciebie rzeczy nie pamiętam, co jest pewnie zasługą mojej sklerozy ;) Poza tym uważam za całkiem fajny zabieg dodanie płyty z muzyką do książki i zaznaczenie, w którym momencie lektury należy słuchać poszczególnych utworów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, rozmawiałam już nawet z Mamą o tej płycie. Powinnam ją ująć w recenzji, bo faktycznie to był miły element i dość niestandardowy.

      Może właśnie jakbym ja czytała to te dziesięć lat temu, to bardziej bym doceniła? ;)

      Usuń
  2. Chyba ta książka nie za bardzo wpasowuje się w moje klimaty i nie sądzę, żeby mi się spodobała. Rzcaej sobie ją odpuszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. I już wiem, po którą książkę nie sięgnę. Mnogość wątków rzadko wychodzi książkom na dobre, trzeba naprawdę wysokiej klasy pisarza, żeby wszystkie połączyć i wyjaśnić tak, żeby czytelnik się nie zawiódł. A tu mamy pisarzy dwóch... Ilość nie zawsze przekłada się na jakość:(

    Pozdrawiam,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie nie powinno się porównywać do "Imienia róży". Dawno temu czytałam ta książkę i tego co pamiętam, to nawet całkiem całkiem była... ale wtedy byłam młoda i ciekawe jakbym teraz ja odebrała?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem lepiej nie wracac "po latach" i nie sprawdzać, zostaw sobie lepiej dobre wspomnienia ;)

      Usuń