środa, 23 sierpnia 2017

Kot Alchemika - Walter Moers



Drogi czytelniku, witaj w Sledwai, jednym z miasteczek Camonii*, która czytelnikom innych książek Waltera Moersa  jest już z pewnością dobrze znana. Próżno szukać tu jednak antykwarycznego zaduchu Miasta Śniących Książek: atmosfera jest inna, bo jest to najbardziej schorowane miasteczko, w którym dogorywają nie tylko mieszkańcy, ale nawet domy „o przygarbionych dachach i brodawkowatych fasadach”... 

Co tu zresztą dużo pisać, oddajmy głos Autorowi:


„Miasteczko, w którym występują najrzadsze bakterie i najdziwaczniejsze choroby: kaszel mózgu i migrena wątroby, świnka żołądkowa i katar jelitowy, szum uszny i depresja nerkowa. Krasnoludzka grypa dopadająca jedynie osoby poniżej metra wzrostu. Ból głowy godziny duchów, rozpoczynający się wraz z wybiciem północy i znikający punkt pierwsza, zawsze w pierwszy czwartek każdego miesiąca. Fantomowy ból zębów, dotykający wyłącznie ludzi, którzy nosili już sztuczne szczęki. (…) W którym witano się jęcząc ‘Ojojoj!’, żegnano zaś słowami ‘Szybkiego powrotu do zdrowia’. Cuchnące eterem i wydzielinami ropnymi, tranem i środkami na wymioty, jodem i śmiercią. Miasto, w którym się nie żyło, lecz jedynie wegetowało. Nie oddychało, lecz rzęziło.”


Czujecie już klimat? Idealny materiał na psychodeliczną animację w reżyserii Burtona! Chwilami łapałam się na tym, że oczyma wyobraźni widziałam opisywane wydarzenia w sposób stanowiący połączenie filmowej „Koraliny” z „Miasteczkiem Halloween”. Jeśli lubicie tego typu estetykę, to stwierdzenie to powinno stanowić rekomendację samo w sobie. Dla mnie w każdym razie klimat Kota Alchemika stanowi największy atut tej książki, zwłaszcza że jest go tak dużo, że spodziewałam się, że zaraz zacznie wyciekać spomiędzy kartek.

W tę mroczno-absurdalną atmosferę wpisują się też bohaterowie: przeraźnik (tytułowy alchemik), który jest odpowiedzialny za stan miasta i jego mieszkańców, który w swym mrocznym zamku gotuje upiory i destyluje przedśmiertne oddechy potworów, a także krotek Echo. Krot w praktyce jest (tytułowym) kotem, jednak ma dwie wątroby i potrafi mówić językami ludzi i aniołów (i wszelkich innych istot). Kroty, jak się okazuje, mają często równie trudny los jak ich ziemskie odpowiedniki bez literki „r” w środku: cierpią chłód, niewygody i bezdomność. I głód. To właśnie głód popchnął Echo do podpisania umowy z przeraźnikiem Eisspinem – ten przez miesiąc będzie mu szykował najlepsze specjały kulinarne, a przy następnej pełni księżyca Echo dobrowolnie odda mu swój tłuszcz. Co oczywiście wiąże się też z daniem gardła pod nóż...

Ten mroczny układ stanowi kanwę historii. Początkowo Echo wydaje się pogodzony z losem, jednak w miarę jak dobre żywienie przywraca mu sprawność myślenia, krot zaczyna zastanawiać się nad zerwaniem umowy. Spotyka na swojej drodze mnóstwo dziwnych istot (od upiora w formie latającego prześcieradła, przez ostatnią przeraźnicę w mieście, aż po dyslektycznego puchacza Fjodora F. Fjodora), które w różny sposób (i z różnym skutkiem…) próbują mu pomóc.

Ogromnym atutem prozy Moersa jest to, że nie istnieje tu konwencja. A raczej jest dla niego materiałem, który można rozgrzać, zgiąć i związać niby balonik dla dziecka. Jeśli akcja wskazuje, że coś skończy się tak a nie inaczej, to niemal na pewno autor wprowadzi zaraz kosmiczny zwrot, po którym nic już nie będzie takie samo, a Wy z niedowierzaniem będziecie spoglądać na tekst. Idealnie komponuje się to z całym absurdem, jaki piętrzy się i wygląda na nas z każdej strony powieści.

Styl Moersa jest specyficzny  z jednej strony wydaje się prosty, z drugiej zaś bywa pokrętny, mroczny i barwny. Ciężko mi porównać jego książki do powieści jakiegokolwiek innego autora. Kot Alchemika sprawił, że wielokrotnie w czasie lektury musiałam oddać cześć geniuszowi Tłumaczki: wierzę, że przekład prozy tego Autora to wyzwanie, któremu trudno sprosta. Ilość słowotwórstwa i najbardziej wydumanych konstrukcji, jakie tworzy, jest chwilami wprost oszałamiająca. 

...czasem aż nazbyt oszałamiająca – i tu dochodzimy do jedynego minusu Kota Alchemika.  Po co ograniczyć się do trzech wyszukanych nazw roślinek czy tajemniczych istot, skoro można wymienić ich trzynaście? Albo trzydzieści? Po co opisać jedno danie, skoro mamy pomysł na piętnaście kolejnych…? Takie popisy kreatywności bywają zabawne na początku, ale tak naprawdę w pewnym momencie zaczynałam skanować je wzrokiem. Takie samo wrażenie odniosłam w czasie lektury Miasta Śniących Książek, więc Moers prawdopodobnie „tak ma”, jednak duże natężenie tego typu wstawek bywa dość pretensjonalne i chwilami psuło płynność lektury. Doceniam pomysłowość autora i jego zapędy słowotwórcze, ale nie ukrywajmy, nie zawsze więcej znaczy lepiej.

Kot Alchemika to lektura obowiązkowa nie tylko dla kociarzy, ale też dla każdego wielbiciela absurdu i groteskowego, mrocznego przedstawienia świata. Jeśli szukacie książki „z klimatem” – tu będziecie brodzić w nim po kolana. Prawdopodobnie będzie to klimat upiorny, gęsty i szlamowaty, ale za to na pewno zapadający w pamięć na długo.

---

* Dzięki posłowiu Tłumaczki wiem już, że jest to właśnie Camonia, a nie na przykład /Kamonia/  choć miałam świadomość, że Walter Moers jest Niemcem i nie upierałam się przy czytaniu jego imienia jako /łolter/, jakoś ten wszechobecny angielski kazał mi niewłaściwie czytać tę nazwę...



Tytuł: Kot Alchemika 
Autor: Walter Moers
Tłumaczenie: Katarzyna Bena
Wydawnictwo: Dolnośląskie 
Liczba stron: 376


38 komentarzy:

  1. No to już mi się podoba, zaraz wrzucę tego kota na listę książek must have ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie :) Ja trafiłam na nią spontanicznie, Kot w nazwie zobowiązywał :)

      Usuń
  2. Fantastyczna przygoda czytelnicza, mnie się bardzo spodobała. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) ja też znakomicie się bawiłam, jak widać po recenzji.

      Usuń
  3. Brzmi świetnie! :D Od razu sprawdziłam czy jest dostępna w pobliskiej bibliotece, ale niestety - nie ma :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że tego autora w ogóle ciężko dostać w bibliotekach... albo ja mam pecha do bibliotek :(

      Usuń
  4. To raczej nie jest książka dla mnie, bo raczej nje przepadam za groteską i absurdem. Również okładka nie zachęca mnie, więc sobie jednak daruję :D
    Pozdrawiam
    biblioteka-feniksa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, w prozie Moersa wszystko jest mocno specyficzne - od treści po same okładki. Albo przyciąga, albo odpycha, ciężko być obojętnym :)

      Usuń
  5. Już samo nawiązanie do takich dzieł jak "Koralina" czy "Miasteczko Halloween" narobiło mi ogromnej ochoty na jak najszybsze sięgnięcie po prezentowane przez Ciebie dzieło.
    Tym razem idealnie trawiłaś w mój gust i nie mogę się doczekać, aż osobiście zapoznam się z urokami tej powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że "Kot" trafia w Twój gust. Mam nadzieję, że będziesz miała podobne wrażenia i nie rozczarujesz się :)

      Usuń
  6. Groteska i absurd? To może być ciekawe;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam! Prowadzę bloga fanowskiego o aktorce Natalii Oreiro, którą możesz znać z telenoweli "Zbuntowany Anioł". Jeśli chcesz wiedzieć co się u niej dzieje, to zapraszam do odwiedzenia mojego bloga :)

    Poza tym robię szablony na blogi, więc jeśli chcesz mieć swój własny niepowtarzalny szablon, jakiego nie ma nikt na blogspot po prostu napisz do mnie :)

    Ps. Może dodamy się do obs? :)
    nataliaoreiro-pl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Walter Moers - uwielbiam jego twórczość i muszę przyznać, że osobiście uwielbiam wstawki autora, nadają pewnego smaczku jego książkom. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja poznałam dotąd jedynie "Miasto Śniących Książek" i właśnie "Kota...". To pewnie nie koniec przygody, choć akurat mój stosunek do tego autora najlepiej można określić słowami "chorobliwa fascynacja". Z jednej strony mam wrażenie, że to wcale nie mój styl, a z drugiej - pochłaniam z wielkimi oczami :D

      Usuń
    2. Ja nie mam tylko na sumieniu "13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia". Pozostałe książki mam nawet na półce, a przygoda i fascynacja stylem autora rozpoczęła się od "Miasta Śniących Książek". :D

      Usuń
  9. Mam dwa koty, ale czy to alchemicy - chyba trzeba to sprawdzić. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mówią ludzkim głosem i mają dwie wątroby? Sprawdzałeś? ;)

      Usuń
  10. Pierwsze skojarzenie, takie jak Twoje - klimat filmów Burtona, a drugie: absurdalność Terryego Pratchetta :) Jeśli w istocie tak jest, to taka mieszanka bardzo by mi odpowiadała :) Na listę "Do przeczytania" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Burton na pewno, Pratchett - nieco mniej (chociaż - pod względem absurdalności jak najbardziej, tylko mniej pod względem humoru, bo humor Pratchetta tnie jak żyletka, a Moersa wali jak młot Thora, jeśli mam porównać ;)). Ale polecam :D

      Usuń
  11. Myślę, że mogłaby się spodobać mojemu mężowi :)

    OdpowiedzUsuń
  12. jestem wielką kociarą. Właśnie moja mała kotka zasneła mi na kolanach i słodko mruczy :) Myślę, że z chęcią sięgnełabym po tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem kociarą :) ale mój bandyta dziś bez humoru i chyba nie mam co liczyć na mruczanki. A ksiażkę polecam ;)

      Usuń
  13. już wiem co dam przyjaciółce na prezent, jest wielką kociarą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile nie zrazi jej to, że tu na kota czyha morderca, to powinna być zadowolona ;)

      Usuń
  14. My to kociarze od urodzenia! :) Książka do przeczytania! Zdecydowanie! Klaudia J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla kociarza - lektura obowiązkowa, to fakt :) Grozi chęcią posiadania kolejnego kota i nazwania go "Echo" ;)

      Usuń
  15. Zawsze tylko przechodziłam obok niej w bibliotece. Szczerze mówiąc, oprócz przyciągającej okładki, nie widziałam w niej nic interesującego. A tu się okazuje, że może być ciekawie. Niestety jest wypożyczona :(
    Z opisu miasta widzę, że styl może być podobny do Pratchetta, a w połączeniu z Gaimanem tylko cudo może z tego wyjść. Czekam niecierpliwie, aż ją dorwę, a tymczasem dopisuję do listy "to read"
    Zapraszam też do mnie: czyczytamtam.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejmy nadzieję, że ktoś odda i będziesz miała przyjemność spotkać się z Kotem :)

      Ale ja o Gaimanie nic nie pisałam ;) choć w gruncie rzeczy lekki smaczek jego baśniowości też można tu znaleźć.

      Usuń
  16. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Nie jest może to coś, co jakoś szczególnie lubię, ale Twoja recenzja mnie zaintrygowala. Jeżeli będę miała okazję - na pewno przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się Ciebie zaintrygować, mimo że to nie Twoje klimaty. :)

      Usuń
  17. Już sam tytuł intryguje, więc chętnie przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ciekawostek -tłumaczka w (świetnym) posłowiu na końcu podaje, że oryginalny tytuł w tłumaczeniu powinien brzmieć "Przeraźnicoksiężnik", czy jakoś tak. Uznała, że "Kot Alchemika" będzie bardziej intrygujący (i strawny) dla polskiego czytelnika. Jak widać, miała rację ;)

      Usuń
  18. Ale pokręcona pozycja! Lubię to :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokręcona na amen :) Polecam, jeśli lubisz takie "chore" wizje :)

      Usuń
  19. Ha! Uwielbiam Moersa, jego wyobraźnia i styl to jest coś wprost niesamowitego. :) Co do ilości opisów dań w "Kocie Alchemika" to może dlatego, że to "baśń kulinarna" - jak ją określił autor. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dania to przykład, przecież Moers "płynie" ze swoją wyobraźnią ile razy coś opisuje, czy to są rośliny u Przeraźnicy, czy dania, czy cokolwiek innego ;) Ale fakt, wyobraźnia i styl Moersa nie mają sobie równych, aż cięzko go do kogoś porównać :)

      Usuń