wtorek, 8 sierpnia 2017

Dom Kalifa. Rok w Casablance - Tahir Shah

Lubię czytać prawdziwe historie. Czasem okazują się bardziej niesamowite i fascynujące niż najbardziej nawet wyszukane pomysły, zrodzone w wyobraźni autora. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy życie prowadzi bohatera do świata, który – choć tuż obok – okazuje się całkowicie obcy. Tak właśnie jest w przypadku Domu Kalifa Tahira Shaha, magicznej powieści, w której autor opowiada historię swojej przeprowadzki z mgieł Londynu pod słońce Maroka. Już intensywnie niebieskie drzwi z mozaikowym zwieńczeniem, zdobiące okładkę, tchną duchem Orientu i zdają się obiecywać niesamowitą przygodę. Kolejne strony spełniają tę obietnicę z nawiązką.

Generalnie – wiem, że recenzje i opinie z natury nie są obiektywne, ale w tym przypadku jestem szczególnie subiektywna. Uwielbiam Dom Kalifa. Przypuszczam, że przyczyniłam się do lokalnego wzrostu sprzedaży tej książki – kupiłam ją co najmniej w dziesięciu egzemplarzach, które zostały rozdane w prezencie (wiem też, że niektórzy z obdarowanych kupili potem kolejne jako podarunek dla kolejnych osób). Sama czytałam ją co najmniej cztery razy i raz, uwaga uwaga, nagrałam całą w formie audiobooka w prezencie dla (wtedy-jeszcze-nie) męża. Jest dla mnie ważna. I z każdą kolejną lekturą – tak samo czarująca.

Tahir Shah, pochodzący z angielsko-afgańskiej rodziny, zmęczony jest wielkomiejskim życiem wśród mgieł Londynu i marzy o zamieszkaniu w Maroku, do którego w dzieciństwie zabierał go ojciec. Postrzega to jako powrót do swoich korzeni i kultury przodków, od której został odcięty. Chce, by jego córka i nowo narodzony synek dorastali w świecie nieskrępowanym konwenansami.

Cóż, każdemu zdarzają się takie chwile słabości w natłoku codziennych obowiązków, gdy chce się rzucić wszystko i wyjechać... może nie do Maroka, ale gdzieś daleko. Jednak, w przeciwieństwie do większości społeczeństwa, Tahir wprowadził swoje marzenia w czyn i niemalże z dnia na dzień wszedł w posiadanie ogromnej, zrujnowanej posiadłości zwanej Dar Chalifa (Dom Kalifa), pełnej fontann, starych ogrodów i drzewek pomarańczowych, ośmiokątnych witrażowych okienek i mozaik rodem z opowieści Szeherezady. A wszystko to do kapitalnego remontu!


Na biurku leżał oficjalnie wyglądający dokument napisany po arabsku. Prawnik poprosił, żebym go przeczytał.
- Nie znam arabskiego – powiedziałem.
- To niech pan po prostu podpisze – odparł, zerkając na swojego złotego roleksa. 
Podał mi kosztowne wieczne pióro i podpisałem we wskazanym miejscu. Prawnik wstał i po blacie biurka przesunął w moją stronę ciężki żelazny klucz. 
- Jest pan bardzo odważnym człowiekiem – stwierdził.


Jednak, jak to często bywa, choć Shah zakładał, że jego pochodzenie oraz otwartość na kulturę Maroka czynią go szczególnie predysponowanym do podjęcia decyzji o przeprowadzce, już na miejscu zderzył się z rzeczywistością. Jako człowiek Zachodu odkrył, że Casablanca to nie tylko miasto znane z filmu Curtiza (w całości nakręconego zresztą w Hollywood...) z piękną architekturą, gajami pomarańczowymi i targowiskami oszałamiającymi zapachami owoców i przypraw. To także opieszali robotnicy, niesprawna kanalizacja (do której podłączyła się połowa okolicznych slumsów), plagi szarańczy i szczurów, oraz absurdalna polityka celna. 

Aha, jeszcze gangsterzy. 

I dżiny.


- Co zrobimy z dżinami? – spytałem. (…) 
- Mieszkają w Dar Chalifa – powiedział. – Zawsze tu mieszkały. 
- Moglibyśmy odprawić egzorcyzmy – zaproponowałem. – Wyrzucić je na dobre. 
- Nie wyrzuca się z domu własnego dziadka, tylko dlatego, że jest stary – odparł.


Ponieważ dżiny stanowią ważny element kultury muzułmańskiej i pojawiają się w Koranie, Marokańczycy autentycznie w nie wierzą. Choć Tahirowi i jego żonie Rachanie ciężko było to zaakceptować, szybko nauczyli się, że w Domu Kalifa dżiny odpowiedzialne są za wszystko, łącznie ze zgubionymi kluczami czy wazą stłuczoną przez nieostrożną kucharkę. Do tego okazało się, że prywatny dżin-rezydent, Kandisza, lubiła spędzać czas pod powierzchnią wody, więc korzystanie z toalety w nocy było zabronione, czego skrupulatnie pilnowali dozorcy. Zabawne? Dla Shaha również takie było, jednak spotkania z niewidzialną armią duchów na każdym kroku stopniowo zaczęły doprowadzać go do szału...


- Powiedz mi, gdzie jest Amina? – zagadnąłem. 
- Mieszka na moim ramieniu – odparła.  
- I ty ją widzisz? 
- Jasne, oczywiście, że widzę. 
- Jak wygląda?
Zastanowiła się przez chwilę. 
- Ma piękną twarz – powiedziała. – Wygląda jak anioł i… 
- I co? 
- I jest wysoka na trzydzieści metrów.


Jakby dżiny nie były wystarczająco problematyczne, spraw nie ułatwiają kolejne ekipy remontowe (czy raczej niszczycielska). Znalezienie profesjonalisty okazuje się trudniejsze niż w dowolnym innym miejscu świata i każdy zdaje się czyhać na naiwnego Europejczyka. Gdy jeden z robotników spada z dachu,  Shah chce mu kupić radio do szpitala, nie zdając sobie sprawy, że tak luksusowy podarunek zachęci pozostałych pracowników do rzucania się z drabin w oczekiwaniu na podobną hojność. 

Ale autor nie spodziewa się również, że stara żebraczka na targu otrzyma od handlarzy najpiękniejsze owoce (w końcu to, że ktoś żebrze, nie znaczy, że zasługuje na towar gorszej jakości!). Albo że handlarz, który zawyżył mu cenę za wannę, będzie gnał za jego samochodem, żeby oddać mu nadwyżkę kwoty i błagać o wybaczenie, bo w końcu jest ramadan...

To właśnie jest piękne w Domu Kalifa – ten dualizm przedstawionego świata. Autor nie ukrywa, że różnice między Europą a tym, co zastał w Maroku, były trudne do zaakceptowania i czasem przyprawiają o zawrót głowy (również czytelnika). Z każdym dniem dostrzegał jednak, że Maroko ma też do zaoferowania zaskakujące piękno i szlachetność. To miejsce, w którym opowieść może stać się środkiem płatniczym, a legendy o honorze są równie żywe jak te o pustynnych dżinach. Shah, jego żona Rachana i dwójka małych dzieci stopniowo zakochują się w swojej nowej rzeczywistości, mimo że wielokrotnie okoliczności doprowadzały ich na krawędź załamania psychicznego.

Narracja skrzy się niewymuszonym humorem i dystansem, którego autor nabrał pewnie z czasem, bo w trakcie opisywanych wydarzeń ewidentnie nie było mu do śmiechu, zwłaszcza gdy siedział skulony na podłodze łazienki, nie mając już siły stawić czoła wszystkiemu, co sprzysięgło się przeciwko jego planom. Czytelnik ma ten komfort, że na to bolesne i piękne zderzenie dwóch kultur spogląda z bezpiecznych pieleszy własnego domu, w którym prawdopodobnie nie grożą mu ani dżiny, ani gangsterzy, więc może bezkarnie śmiać się z niewiarygodnych, emocjonujących przygód, jakie spotykają autora i jego bliskich. 

Historia jest barwna niczym marokańskie mozaiki, układane przez starego mistrza w ogrodzie Domu Kalifa: można dosłownie poczuć zapach orientalnych przypraw, poczuć gorące promienie słońca nad Casablancą i usłyszeć poranne nawoływanie muezzina z trzeszczących głośników. Sposób opowiadania porywa i nim się obejrzymy, historia się kończy, pozostawiając nas z uczuciem pustki i pytaniem: Ale jak to? Już…? Polecam każdemu, kto ma ochotę na powieść ciepłą, zabawną i fascynującą bogactwem obcych kultur.




Tytuł: Dom Kalifa. Rok w Casablance 
Autor: Tahir Shah
Wydawnictwo: Litrackie 
Tłumaczenie (j. angielski): Małgorzata Glasenapp 
Liczba stron: 464

24 komentarze:

  1. Świetna recenzja. Obserwuje i zostaje na dłużej :) Nie spodziewałam się, że tak wiele kryje w sobie ta książką. Wydaje się niezwykle ciekawa i w przyszłości na pewno po nią sięgnę, tym bardziej, że uwielbiam Casablancę. <3

    http://zofiawkrainieksiazek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tekst Ci się spodobał i zachęcił Cię do sięgnięcia po "Dom Kalifa". Mam nadzieję, że się polubicie ;)

      Usuń
  2. Wow, genialna recenzja! Niesamowicie mnie zachęciłaś do tej książki i koniecznie muszę ja przeczytać, no po prostu nie ma innej opcji! Uwielbiam książki tego typu i po prostu wiem, że się w niej zakocham ^^ Brzmi niesamowicie zachęcająco :3 Pozdrawiam Książkowa Dusza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mój entuzjazm się udzielił :)

      Usuń
  3. Ja raczej nie lubię prawdziwych historii, nie wiem czemu. Zazwyczaj są dla mnie takie jakieś... nudne? Nie umiem konkretnie tego wyjaśnić. Jednak raczej nie sięgnę po tę książkę z innego powodu. To po prostu nie mój klimat, chociaż może kiedyś kupię ją dla mojej mamy, bo jej moźe się spodobać :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma inne "klimaty" :) Właśnie akurat ta książka nie jest nudna - mimo oparcia na prawdziwej historii - nagromadzenie absurdów i zbiegów okoliczności sprawia, że łatwo zapomnieć, że to nie jakiś twór wybujałej wyobraźni :)

      Usuń
  4. Skoro podarowałaś tę historię tylu osobom i czytałaś ją tyle razy, to ta historia musi mieć w sobie coś niezwykłego. Już sama okładka przyciąga, a Twoja recenzja tylko utwierdza w przekonaniu, że warto po nią sięgnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś bardzo u nas wszystkim przypadła do gustu. Naprawdę polecam :)

      Usuń
  5. Ja także bardzo lubię sięgać po autentyczne historie, przeżywam je wtedy o wiele głębiej, bo wiem, że wydarzyły się naprawdę. Ogólnie to pewnie nie zwrocilabym na tę ksiazkę uwagi, przeszłabym kolo niej obojętnie, jednak po przeczytaniu Twojej recenzji coś mnie tknęło. Wydaje sie naprawde w porzadku, dlatego mozliwe ze kiedys po nią sięgnę:)
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie:)
    Obserwuję:)
    (recenzentka-ksiazek.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, łatwo ją przeoczyć - to nie jest głośna nowość która recenzuje dosłownie każdy. Ale właśnie dlatego chciałam o niej opowiedzieć, żeby przypomnieć, że istnieje :) bo warto!

      Usuń
  6. Obawiam się, że zostałam skuszona. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie, że humor nie jest wymuszony. Książka wydaje się interesująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często w tego typu książkach właśnie humor jest wymęczony, na zasadzie zrobię ze wszystkich idiotów żeby było "barwnie kulturowo". Tu jest naturalnie :)

      Usuń
  8. Piękna recenzja, przekazałaś w niej tak wiele uczuć w stosunku do ulubionej książki, że aż pozazdrościć! Osobiście nie przepadam za prawdziwymi historiami, bo z jednej strony często mnie nudzą, a z drugiej jak już w jakąś wsiąknę, to potem zbyt mocno przeżywam losy bohaterów i trudno wtedy mówić o przyjemności z czytania. Ale z Twojej recenzji wynika, że w ostatecznym rozrachunku główny bohater podjął właściwą decyzję i historia skończyła się dla niego i jego rodziny szczęśliwie, więc może jednak po "Dom Kalifa" sięgnę, kto wie :)

    Pozdrawiam i obserwuję.

    https://ksiazkowe-podroze-w-chmurach.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ogółem wszystko kończy się dobrze, on w ogóle o tym Maroku opowiada z dużym uczuciem. Po prostu to taki szczery zapis zdarzeń tak kosmicznych, że wydają się niemożliwe dla Europejczyka. Ale czyta się z uśmiechem i raczej bez traumy dla czytającego ;) Zerkne do Ciebie wieczorem :)

      Usuń
  9. Właśnie takiej książki potrzebuje! Zapisałam sobie ten tytuł:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetna recenzja! To jest ten rodzaj literatury, który potrafi zająć mnie na długi czas i skraść mi dzień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio pochłonęłam tę ksiązkę za jednym zamachem, więc pozostaje mi się tylko zgodzić :)

      Usuń
  11. Ta książka rzeczywiście musi być magiczna, skoro Twoja recenzja jest pełna magii ;) I jesteś freakiem skoro kupiłaś tyle egzemplarzy ;)
    /Pozdrawiam,
    Szufladopółka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem freakiem i jestem z tego dumna ;) bo:
      1. koniec końców nie kupiłam ich wszystkich dla siebie (choć patrzac na to, jak zaczytany jest mój egzemplarz, chętnie wymieniłabym go na jakieś nowe wydanie, na przykład w twardej oprawie, ale ciii...);
      2. jak już kupować komuś prezent, to coś, co uważamy za dobre, prawda? A ja tę książkę uważam za jedną z lepszych, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ręce ;)

      :D

      Usuń
  12. Recenzja super- nawet mnie zachęciła do przeczytania a ja nie lubię takich historii, wolę czytać fantastykę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też siedzę mocniej w fantastyce (tak, wiem, blog na to nie wskazuje, ale 60-70% książek jakie czytam to właśnie fantastyka, konkretnie nawet fantasy), ale ta książka jest naprawdę uniwersalna i przyjemna w odbiorze :)

      Usuń