niedziela, 16 lipca 2017

Ostrze zdrajcy - Sebastien de Castell



Do Ostrza zdrajcy podchodziłam dość nieufnie – po pierwsze, ciągle trafiałam na same bardzo pochlebne recenzje, a ostatnio mój gust jest jakoś mało mainstreamowy. Po drugie, jak zawsze przy powieściach spod znaku „płaszcza i szpady” obawiałam się nadmiernych skojarzeń z muszkieterami Dumasa, zwłaszcza że w tej konkretnej mamy na dodatek nierozłączne trio bohaterów. Na szczęście powieść Sebastiena De Castella to pełnoprawne dzieło, wymykające się schematom i z budzącymi sympatię bohaterami, w których cechy Atosa, Portosa i Aramisa nie są zbyt żywe.

Wielkie Płaszcze zostały powołane, by z rapierem w dłoni i pieśnią na ustach wymierzać sprawiedliwość w ramach królewskich praw, ukrócając tym samym samowolę lokalnych książąt. Jak można się domyślić, po śmierci monarchy (z rąk tychże książąt) znaleźli się w nędznym położeniu. Falcio, Kest i Brasti próbują dochować wiary ideałom, jednak w praktyce upadli do roli najemników i… zwierzyny łownej, niewygodnej dla możnowładców. Jak w tym zachować honor i realizować ostatnią wolę króla, który wysłał ich na poszukiwania „czaroitów”, co do których nie ma nawet pewności, czym są?

De Castell nie ma litości dla swoich bohaterów: od pierwszej strony stawia ich w sytuacjach bez wyjścia, a dzięki retrospekcjom dowiadujemy się też, że również ich przeszłość obfitowała w różnego rodzaju dramaty i nieszczęścia. Wrażenie trochę psuje fakt, że postacie są wyraźnie nieśmiertelne i nawet po rozdziale spędzonym w lochach już następnego dnia zdają się nie pamiętać o wyrafinowanych torturach. Ta naiwność fabuły nie pozbawiła mnie jednak przyjemności z lektury – po prostu w pewnym momencie nie wierzyłam już, że naszej świętej trójcy może się coś nie udać. Na szczęście nie przekłada się to na jednowymiarowość bohaterów, krórzy są niejednoznaczni, czasem irytujący, ale budzą niezaprzeczalną sympatię. A ci źli – no cóż, główny kobiecy czarny charakter to postać, przy której zadrżałaby nawet Milady, jeśli już zostajemy w klimatach „Trzech Muszkieterów”.

Na uwagę zasługuje też styl autora. Po przeczytaniu Amberu Zelazny’ego byłam zakochana w narracji w pierwszej osobie i sięgałam w ciemno po każdą książkę z takim sposobem opowiadania. Niestety, szybko wyleczyłam się z zachwytów, bo wszystkie okazywały się zupełnie przeciętne. Uwaga: Ostrze zdrajcy przywróciło mi wiarę w narrację pierwszoosobową! Mało tego, poruszyło dokładnie te same czytelnicze struny co Kroniki Amberu. Falcio jest autoironiczny, zdystansowany i kąśliwy, co pięknie komponuje się z jego stabilnym kręgosłupem moralnym. Narracja jest błyskotliwa, bardzo dynamiczna, a dialogi przypominają szermierkę – bohaterowie równie dobrze radzą sobie z rapierem, jak i ze słownymi przepychankami.

Bohaterowie są więc świetni, styl zachwycający, opowiadana historia – angażująca. W zasadzie nie miałabym większych zastrzeżeń, gdyby nie motywy „zwierzęce”, które spowodowały u mnie załamanie rąk. W jednej ze scen osaczający bohatera małolaci mają ze sobą psa „rasy shar pei, dużej i szybkiej, doskonałej do polowań”, który był „szybki niczym koń wyścigowy”. Owszem, shar pei był używany do walk i polowań, ale na dziki, bo choć jest silny i zawzięty, to szybkością „konia wyścigowego” bynajmniej nie grzeszy, w końcu to molos. Nie wiem też, co dla autora znaczy „duży”, ale shar pei sięga jakoś za kolano i waży w porywach 25 kilo – nie jest więc obiektywnie szczególnie wielki. Głównym problemem jest jednak fakt, że jest to rasa chińska, wręcz symbol Chin w kynologii: rzadko jakiś pies jest tak ściśle kojarzony z krajem swojego pochodzenia. Ponieważ zakładam, że Tristia w żaden sposób z Chinami nie graniczy, to nie wiem, co skłoniło autora do wyboru akurat tej rasy, a nie jakiejś bardziej neutralnej, choćby jakigoś ogara?

Drugi słaby punkt to Bestia, wieszczy koń, stojący w klatce, której nikt „nigdy nie czyścił, więc warstwa końskich odchodów narastała, aż zaczęła wyciekać przez kraty”. No, takiego absurdu to nie spotkałam od czasu Achai, która nie rozsiodływała wierzchowca w czasie podróży, żeby rano szybciej ruszyć w drogę. Jeśli wieszcze konie nie były cyborgami z kopytami ze stali, to już kilka tygodni w takiej klatce skończyłoby się zgniciem kopyt, kulawizną, zakażeniem i śmiercią. A na pewno koń nie byłby potem zdolny do ruchu i podróży. Ja rozumiem, że to miało akurat podkreślać dramatyczne położenie klaczy, ale kurczę, zachowajmy choć pozory logiki!

Mimo tych niewielkich niedociągnięć, Ostrze zdrajcy to jedna z najlepszych książek, jakie dane mi było przeczytać w tym roku. To taki rodzaj mało fantastycznej fantastyki, który bardzo lubię: nie ma tu nowych ras, nie ma mitologicznych istot, a największymi potworami okazują się uwikłani w politykę i pozbawieni skrupułów ludzie. Jest za to przyprawiona odrobiną magii, dopracowana historia, która sprawia, że samemu chce się chwycić za rapier i dać się porwać przygodzie. Ciężko uwierzyć, że był to literacki debiut autora – mam nadzieję, że zdołał utrzymać poziom do końca serii. Osobiście chyba sięgnę po oryginał, żeby oszczędzić sobie czekania na kolejną część „Wielkich Płaszczy”.



Tytuł: Ostrze zdrajcy 
Autor: Sebastien De Castell 
Wydawnictwo: Insignis 
Tłumaczenie (j. angielski): Paweł Podmiotko 
Liczba stron: 420

15 komentarzy:

  1. Wiesz, nie wiem dlaczego ale jakoś strasznie się cieszę, że Tobie też się to spodobało :D Również myślałam, czy nie sięgnąć po dalsze tomy w oryginale, ale póki co i tak mam stosy książek do czytania po polsku :)
    W ogóle nie zwróciłam uwagi na te dwie rzeczy, do których masz zarzut. Na psach się nie znam, ale z koniem to faktycznie trochę przedramatyzował :P Mnie jeszcze rozwaliła ostatnia scena z Krawcową :D To było takie: "ale autorze, dlaczego?! czy ona musiała się rozbierać?!"
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę :D zwłaszcza że jednak byłam sceptyczna. Jakoś mnie kupiło wszystko: pomysł, bohaterowie, styl (!), nawet jeśli książka jest fabularnie nieco naiwna, to i tak bardzo się cieszę, że trafiła w moje ręce.

      Ja też mam zaległości czytelnicze, ale przymierzę się do wersji angielskiej jak tylko znajdę chwilę (pewnie prędzej niż później, biorąc pod uwagę ogólne wrażenia z części pierwszej).

      Ale goła staruszka ze śmierdzącym oddechem to jednak, powiedzmy, licentia poetica (choć też zamarłam, czytając) ;) - a błędy logiczne (bo z tym koniem to już wbrew wszelkiej logice popłynął) to co innego ;) W psiej tematyce siedzę od dzieciństwa, więc jakoś to mnie zakłuło w oczy. Zwłaszcza że nie jest w żaden sposób uzasadnione fabularnie, tam mógł być owczarek/gończy/ogar - cokolwiek co jest neutralne geograficznie ;)

      Pozdrawiam również!

      Usuń
    2. Ja tak samo podchodziłam do tego sceptycznie, jak i zresztą do wszystkich książek, o których czytam same zachwyty. Zawsze się wtedy boję, że to po prostu dobry marketing a książka jest średnia albo nawet słaba.

      Mnie to chyba najbardziej kupił styl autora :) I prawda, goła staruszka a błędy logiczne to co innego, co nie zmienia faktu, że musiałam mieć bardzo ciekawą minę, kiedy o tym czytałam :)

      Usuń
  2. Nie słyszałam o tej książce nigdy, a zapowiada się bardzo interesująco. Wydaje mi się, ze lubię fantastykę w każdym wydaniu, a to wydaje mi się lżejsze, bo napisałaś, że jest tam niewiele elementów fantastyki. Chętnie spróbuję i przekonam się czy takie podejść do tematu będzie mi odpowiadało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy, jak rozumieć pojęcie "lżejsza" - tematyka jest dość ciężka, krew się chwilami leje, język bywa dość... ciężki (choć książka nie jest przesadnie wulgarna). Ale fakt, fantastyki jako takiej za dużo tu nie ma, póki co magia i inne nadprzyrodzone moce nie ujawniły się zbytnio, ale absolutnie nie jest to wadą powieści. Spróbuj - myślę, że warto :)

      Usuń
  3. Bardzo mnie zachęciłaś do przeczytania tej książki, mimo tych niewielkich niedociągnięć. :) Mam nadzieję, że gdy już sięgnę po tą książkę (na pewno w przyszłym życiu, bo mam za dużo książek do przeczytania) to naprawdę mi się spodoba. :)
    Miłego dnia! :) http://zaczytanapielegniarka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, książek jest zawsze za dużo ;) dokładnie odwrotnie proporcjonalnie do ilości posiadanego wolnego czasu...
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Czytałam już i bardzo mi się podobała :D U mnie na plus były jeszcze sceny walki, autor opisał je dosyć szczegółowo, dzięki czemu łatwiej było mi je sobie wyobrazić :D

    Zabookowany świat Pauli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to kolejny element, który kojarzył mi się z Amberem Rogera Zelazny'ego. Tam też były takie świetne opisy walk - aż się wszystko miało od razu przed oczami :) Cieszę się, że Ci się podobało :)

      Usuń
  5. Chciałam przeczytać te książkę od czasów premiery (a nawet przed premierą, bo znalazłam ją chyba nawet wczesniej). Niestety, nasze drogi się nie spotkały i póki co nie zdołałam jej dopaść. Jednak, Jeju, twoja recenzja jest tak przekonująca, że chyba się uprę i ją jakoś zdobędę. :)

    Pozdrowienia! Tysiac-zyc-czytelnika.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się Ciebie zachęcić :)

      Usuń
  6. O książce marzyłam jeszcze przed premierą, te wszystkie pozytywne opinie naprawdę mnie przekonały, co nie zdarza się często. Uwielbiam fantastykę, a ta książka wydaje się naprawdę świetna <3 Nie wiem jeszcze kiedy po nią sięgnę, ale postaram się zrobić to jak najszybciej :)
    Buziaki :*
    pomiędzy-wersami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będziesz miała okazję i czas, to nie zwlekaj :) Jest duża szansa że będziesz zadowolona :)

      Usuń
  7. Już od dawna chcę przeczytać tę książkę i mam nadzieję, że uda mi się to zrobić jak najszybciej. Oby mi również się spodobała :)
    Read With Passion

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie popularna jest, jak widzę :) co kawałek recenzja i zachwyty. Ale, co rzadko się zdarza, popularność jest tu całkiem uzasadniona :)

      Usuń