środa, 12 lipca 2017

Hyperion i Upadek Hyperiona - Dan Simmons


Generalnie nie czytam science fiction. Twórcy tego gatunku mają na sumieniu wiele błędów, które non stop się u nich powtarzają – albo rzucają czytelnikowi świat pełen luk i niedopowiedzeń, albo wręcz przeciwnie, rozwodzą się nad opisami skomplikowanych zjawisk czy maszyn, których sensowności nie da się zweryfikować, a które w większości mają po prostu brzmieć „mądrze”, jakby pisali jakiś traktat naukowy, a nie powieść. Czasem dla większej „naturalności” wkładają te wielostronnicowe opisy w usta naukowca, który tłumaczy swojemu koledze po fachu (sic!) zasady działania podstawowych mechanizmów świata („Jak oczywiście wiesz…”). Jednak w myśl zasady, że nie należy zamykać się na żaden gatunek literacki, od czasu do czasu sięgam również po książki s-f. I zdarzają się wśród nich perełki – jedną z nich jest właśnie Hyperion Simmonsa i jego kontynuacja, Upadek Hyperiona. Oba tomy uzupełniają się w tak piękny sposób, że na potrzeby tej recenzji postanowiłam potraktować je jako jedną całość – którą faktycznie są.
,,W obliczu zbliżającej się nieuchronnie międzygalaktycznej wojny na planetę Hyperion przybywa siedmioro pielgrzymów: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul. Mają za zadanie dotrzeć do mitycznych grobowców, by znaleźć w nich budzącą grozę istotę. Zna ona jednak, być może, metodę, która pozwoli zapobiec zagładzie całej ludzkości. Każdy z pielgrzymów będzie mógł przedstawić jej swoją prośbę, lecz wysłuchany zostanie tylko jeden. 
(Wydawnictwo Mag)

Science czy fiction?

Autorowi udało się uniknąć większości „grzechów głównych” s-f. Zachowuje idealny balans między „science” i „fiction”, a także między opisami i akcją: otrzymujemy ciekawe tło fabularne, wyraziście zarysowanych bohaterów i wciągającą fabułę, a to wszystko w złożonych realiach Hegemonii – świata, w którym ludzie podbili i terraformowali kolejne planety w kilkaset lat po zagładzie Starej Ziemi,  w czasach, gdy ludzie mają wszczepione komlogi, dające im dostęp do datasfery, mogą panować nad swoimi procesami starzenia, a w razie potrzeby mogą też przemieszczać się między planetami za pomocą zaawansowanych technologicznie okrętów kosmicznych bądź transmiterów materii. Simmons zauważa, że czytelnikowi wystarczy wiedza, do czego można użyć tych wynalazków, dzięki czemu udaje mu się uniknąć kuszącej pułapki snucia wielostronnicowych, pseudonaukowych opisów układów scalonych i potężnych pól mocy. I Hyperion w żaden sposób nie traci na tej oszczędności – technologiczne zaawansowanie Sieci jest jasno widoczne, świat jest zachwycający w swym bogactwie, a czytelnik? Cóż, czytelnik może przeczytać kilkaset stron w ciągu jednego dnia i ani razu nie poczuć się, jakby czytał grafomańskie popisy domorosłego fizyka kwantowego.

Ta oszczędność w opisach czasem jednak stanowi wadę. Wśród dziesiątek opisywanych planet pojawiają się takie, o których chciałoby się usłyszeć więcej, jak choćby siedziba templariuszy, Boża Knieja – planeta gigantycznych, świętych drzew. Jednak nawet szczątkowe opisy, przemycane mimochodem w biegu akcji, są na tyle sugestywne, że odmalowują kompletny i działający na wyobraźnię obraz. Sprawia to, że uczucie niedosytu nie zostaje z czytelnikiem na długo. Światy opisywane są na tyle sugestywnie, że naprawdę czuć duszną atmosferę burz piaskowych na Hyperionie czy świętą, zieloną ciszę wspomnianej Bożej Kniei.

Opowieści w opowieści

Chyżwar/Dzierzba na okładce
Zmienność punktów widzenia i sposobów narracji oferuje wyjątkowo szerokie spojrzenie na wykreowany świat i przełomowe wydarzenia, których świadkiem staje się czytelnik. Zwłaszcza pierwszy tom, Hyperion, ma specyficzną, wielopoziomową konstrukcję, przypominającą nieco dawne „powieści szkatułkowe”. Równolegle do właściwej akcji poznajemy indywidualne opowieści sześciu z siedmiu Pielgrzymów, którzy wyruszyli na Hyperiona na spotkanie z Chyżwarem/Dzierzbą – potężną, stalową istotą nieznanego pochodzenia, której niektórzy przypisywali niemal boską rolę. Każdy z pielgrzymów – prócz najbardziej tajemniczego z nich kapitana templariusza Heta Masteena – opowiada swoją historię, ze względu na którą został wybrany do uczestnictwa w Pielgrzymce. I choć na ogół nie przepadam za taką konstrukcją powieści (często traci ona dynamikę i staje się chaotyczna), to opowieści Pielgrzymów są naprawdę zajmujące: mamy tu kapłana walczącego z krzyżokształtnym pasożytem (sic!), żydowskiego naukowca, którego córka cierpi na „chorobę Merlina” i starzeje się wstecz, żołnierza szukającego swej nemezis, wulgarnego, pijanego poetę, który szuka natchnienia do zakończenia dzieła swego życia, konsula noszącego potężne dziedzictwo swych rebelianckich przodków i panią detektyw, która chce pomścić swego cyberkochanka. I choć jedne historie poruszają bardziej niż drugie, to ani razu nie miałam myśli typu „niech to się już skończy”: każda z nich angażuje i trzyma w napięciu.

Napięcie to nie opuszcza czytelnika przez całe dwa tomy, czyli jakieś – nie bagatela – 1400 stron (przynajmniej w wydaniu, które czytałam), i staje się motorem, który wręcz nie pozwala odłożyć książki. Autor wyraźnie wziął sobie do serca słowa Hitchcocka, że historia powinna zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie musi tylko rosnąć. Dokładnie taką mamy tu sytuację – wielokrotnie miałam wrażenie, że już bardziej nie da się podciągnąć dynamiki, że to wszystko musi już dążyć ku końcowi – tylko po to, by nagle odkryć, że autor trzymał w zanadrzu jeszcze niejeden zwrot akcji. 

Odczuwalne jest to szczególnie w drugim tomie, nieprzerywanym już historiami poszczególnych bohaterów. Simmons sprawnie przeskakuje z jednego wątku na drugi w taki sposób, że ma się wrażenie oglądania dobrego filmu akcji. Jednocześnie żaden fragment jego historii nie wydaje się zbędny – wielokrotnie w książkach o podobnej konstrukcji denerwuję się, że autor przerywa wątek w najbardziej emocjonującym momencie, by przemycić jakąś znacznie mniej emocjonującą wstawkę o innych bohaterach. Tutaj ponownie zachowany jest idealny balans: po znacznym wzroście napięcia dostajemy nieco spokojniejszy (ale nigdy nudny!) kawałek historii, by po tej chwili wytchnienia znów rzucić się w wir wydarzeń. Wszystko idealnie ze sobą współgra.

Kolejna rzecz, o której koniecznie trzeba wspomnieć, to bogactwo odniesień kulturalnych i literackich. Przede wszystkim jeden z bohaterów ma zaszczepioną osobowość romantycznego poety angielskiego, Johna Keatsa (zresztą cała powieść – od dedykacji począwszy, aż po liczne fragmenty poezji, sprawia wrażenie hołdu złożonego temu poecie). Ogromny drzewostatek templariuszy to Yggdrasil – potężne drzewo Odyna z mitologii nordyckiej, wiele nazw zaczerpniętych jest też z mitologii greckiej. Swoje miejsce mają też wielcy twórcy Starej Ziemi, a nawet przywódcy polityczni. Wiele z tych odniesień na pewno umyka czytelnikowi, zwłaszcza takiemu, który czyta książkę w tłumaczeniu, jak ja – zwłaszcza że rzadko są one opatrywane przypisem czy choćby jakoś wyróżnione w tekście (a szkoda). Wyłapanie słów „Jakiś potwór tu nadchodzi” (Szekspirowskie „Something wicked this way comes” z Macbetha) w środku akapitu może być trudne, ale sprawia niesamowitą satysfakcję; jednocześnie nie jest też konieczne to czerpania przyjemności z lektury. Doceniam grę, jaką autor toczy z czytelnikiem, oraz ogrom pracy badawczej, jaką musiał włożyć w przygotowanie do pisania tej książki.

Chyżwar czy Dzierzba?

Muszę wspomnieć też o tłumaczeniu. Uważam, że ksiązka została przetłumaczona bardzo sprawnie, czyta się ją dobrze, nazwy urządzeń nie są pretensjonalne i dobrze oddają ich działanie, a w przypadku fragmentów poezji tłumacz posłużył się już isteniejącymi przekładami poetyckimi, co wydaje się słuszną strategią. Jednak przeglądając inne wydania trafiłam na serię Artefakty, w której Chyżwara przechrzczono na Dzierzbę. Skąd ta zmiana? 

Dzieło dzierzby w naszym ogrodzie.
Jest to dosłowne tłumaczenie oryginalnego słowa Shrike: dzierzba to niepozorny, ładny ptaszek, który jest jednym z najbardziej okrutnych stworzeń – buduje sobie spiżarnię, nawlekając swoje ofiary (zwykle żywcem) na kolce krzewów. W odniesieniu do mechanicznego potwora, nawlekającego ludzi na kolce Drzewa Cierpienia, wydaje się to aż nazbyt trafną nazwą. Jednocześnie abstrakcyjny „Chyżwar”, dzięki swojemu ostremu brzmieniu, jakoś pasuje mi do zabójczej, na wpół mechanicznej istoty, po prostu budzi odpowiednie skojarzenia. Nie wiem, co skłoniło tłumacza pierwszego wydania do takiej swobody w tłumaczeniu nazwy – być może nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, że jest to faktycznie istniejące stworzenie, a może ten niepozorny ptaszek nie pasował mu do tej postaci? Trudno powiedzieć. Przed sięgnięciem po Hyperiona warto jednak zdawać sobie sprawę, że taka rozbieżność istnieje, i wybrać tę wersję, które bardziej Wam odpowiada, żeby oszczędzić sobie nerwów i zżymania się na decyzje tłumacza.

Hyperion i Upadek Hyperiona tworzą zwartą, kompletną historię. Z tego względu poważnie zastanawiam się nad sięgnięciem po kolejne tomy, Endymiona i Triumf Endymiona, zwłaszcza że pod adresem tego ostatniego padają zarzuty „niedokończenia” – boję się, że nie sprostają moim oczekiwaniom po pierwszych dwóch powieściach Simmonsa. Natomiast te dwa tomy mogę chyba polecić każdemu, nawet jeśli s-f nie jest jego ulubionym gatunkiem literackim – historia napisana jest tak sprawnie,  a element „science” przemycony z takim wyczuciem (choć stanowi podstawę całej historii), że powinna spodobać się każdemu. Jest to po prostu kawałek naprawdę dobrej literatury.



Tytuł: Hyperion, Upadek Hyperiona 
Autor: Dan Simmons 
Wydawnictwo: MAG 
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik (tom 1),                                               Wojciech Szypuła (tom 2)
 Liczba stron: 617 + 656



(Uwaga: jeśli chcecie mieć wersję z Dzierzbą, to interesuje Was kompletne tłumaczenie Wojciecha Szypuły, wydane w serii Artefakty)

16 komentarzy:

  1. Przyczepię się do "I Hyperion w żaden sposób nie traci na tej oszczędności" - to brzmi jakoś dziwnie, może lepiej "mimo to" albo "pomimo tego" albo "jednakże" ;)

    Niedopowiedzenia tutaj akurat moim zdaniem są, ale działają na korzyść świata, są bowiem przemyślane i otwierają furtkę dla wyobraźni. Jak w "Incepcji", architekt projektuje świat, a świadomość śniącego go wypełnia :)

    Jeśli mowa o trzęsieniu ziemi to poczekaj do "Endymiona", ten to dopiero zaczyna się ciosem w brzuch który pozbawia Cię tchu :)

    Trzymanie w rękawach zwrotów akcji i zaskakujących faktów to domena Zelaznego bardziej :) Ten to dopiero potrafi zaskakiwać.

    Czy nie należałoby wspomnienia o praktykach Chyżwara potraktować jako spoiler? Co do samego tłumaczenia mam ten sam dylemat, doceniam skrupulatne i zgodne z oryginałem tłumaczenie Artefaktów, jednakże "Chyżwar" zdecydowanie bardziej odpowiada mi wizualnym aspektom tego konstruktu, ale może to dlatego że czytałem pierwsze wydanie, które zdążyło uwić sobie gniazdko w moim umyśle. Wybór tłumaczenia może być trudny jeśli nie ma się podstaw do tego wyboru jakim jest obraz tej istoty :(

    Zarzuty niedokończenia dla Endymiona i Triumfu? Niby czemu? Kompletnie nic takiego nie odczułem, poza tym choć pozornie wydarzenia z dylogii dzieli 300 lat to tworzą nierozerwalną, przyczynowo-skutkową całość, pełna nawiązań do przeszłości. Oba Endymiony mają zupełnie inny wydźwięk i charakter, niemniej przedstawiają piękną wzruszającą historię i szokujący świat, a także niesamowity namacalny klimat. Mnie osobiście ujęły dużo bardziej niż Hyperiony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Ty mówisz o innych niedopowiedzeniach niż ja chyba ;) Bo są niedopowiedzenia, które pozostawiają pole dla wyobraźni (jak w Hyperionie), a także niedopowiedzenia typu "nie będę o tym pisał, bo nie mam pomysłu jak z tego wybrnąć, niech sobie interpretują i szukają głębi" (jak w Odwróconym świecie). :)

      Co do Endymiona, to już w kilku miejscach i od paru "realnych" osób usłyszałam, że seria w pewnym sensie nie została dokończona i ogólne wrażenie jest słabe. Dlatego powstrzymuję się przed lekturą. Mówisz, że to nie problem? W takim razie może z czasem dam szansę kolejnym częściom...

      Co do Chyżwara (też trzymam się tego nazewnictwa... przyzwyczajenie), o ile pamiętam, pierwsze wzmianki o drzewie cierniowym pojawiają się bardzo szybko, jak tylko omawiany jest Hyperion i cały kult. To, czy i kiedy pojawia się fizycznie w książce, to już inna sprawa, ale nie wydaje mi się, żeby stanowiło to mimo wszystko spoiler - poza tym jak inaczej uzasadnisz kwestie tłumaczeniowe? BTW, spoilerem jest na swój sposób imię "Dzierzba" - może jednak szkoda, że nie użyto go w obu przekładach.

      Zelazny'ego znam i czytałam zdaje się wszystko, co udało mu się napisać (również to, co nie ukazało się po polsku), poza pojedynczymi opowiadaniami. Może już się do niego przyzwyczaiłam i mniej mną "wstrząsa", ale szalone zwroty akcji u Simmonsa wywierały na mnie równie silne wrażenie, jak te Zelazny'ego.

      Usuń
    2. Tak wiem, że Ty o tych negatywnych wspominałaś, ale podczepiłem się do tematu niedopowiedzeń po prostu :)

      Nie wiem, ja byłem nimi oczarowany i uważam te 4 tomy za całość i odkładanie ich na później to przerywanie historii w połowie :) To dzięki dwóm ostatnim tomom stawiam Simmonsa ponad Herbertem.

      Ale czy kult nie był omawiany w drugim tomie dopiero? Czy jakieś wzmianki były w retrospekcjach sprzed pielgrzymki? Chyba nie tylko "Dzierzbą" różnią się oba przekłady, choć ten jest kluczowy. Niemniej "właściwego" przekładu nie czytałem, może kiedyś w czarodziejskiej nibylandii, czyli czasie kiedy przeczytam i obejrzę wszystko co chciałem i będę miał czas na powrót do tego co już znam, to wtedy sięgnę po drugi przekład :)

      No to u mnie jest na odwrót, może po prostu nie pamiętam tak dobrze Simmonsa, ale nie kojarzę szalonych zaskoczeń. Zelazny jest świeższy w mojej pamięci, a kroniki Amberu to jazda rozpędzonym wózkiem bez hamulców po krętych torach bez trzymanki, akcja od początku do końca gdzie w każdej chwili pojawienia się, faktu, koneksji czy dodania nowego punktu widzenia do dawno pogrzebanej w pamięci sprawy, które może nie wstrząsną ale na pewno zaskoczą i wzbudzą podziw :)

      Usuń
    3. W takim razie chyba będzie trzeba uśmiechnąć się do Wiedźmy o Endymiona za jakiś czas :) Herberta muszę sobie odświeżyć, właśnie wzięłam moje śliczne nowe wydanie Diuny - czytałam ją wiele lat temu i mam świadomość, że jako dzieciak pewnie nie do końca ją doceniłam. Teraz się okaże, czy Herbert to do końca moje klimaty.

      Wydaje mi się, że wzmianki pojawiają się już w pierwszym. Musiałabym sprawdzić, ale niestety nie mam pod ręką książki...

      Spotkałam się też z informacjami, że oprócz "Dzierzby" w tym drugim przekładzie lepiej oddano niuanse różnic stylu wypowiedzi poszczególnych narratorów. Nie wiem, czy to prawda, bo nie czytałam, ale w takim razie ten przekład zyskiwałby znaczną przewagę nad "naszym". Mimo że "Chyżwar" jakoś wizualnie (jako słowo) i brzmieniowo bardzo mi podpasował do tej konkretnej istoty.

      Usuń
  2. To jest jedna z najlepszych książek sf i w ogóle jakie czytałem. Nie doceniam raczej poezji i gier językowych (do czasu lektury nie wiedziałem, kim jest Keats), ale bohaterowie i cały świat przedstawiony są miażdżący. Aż się prosi o planszówkę w tym uniwersum :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, planszówka byłaby niezła - nawet coś w stylu Time Stories by przeszło, żeby nie tracić narracyjności. Ale chyba marzenie ściętej głowy ;)
      Ja Keatsa znałam z przyczyn studenckich (filologia angielska...), ale akurat on nie jest w żadnym razie moją ulubioną postacią w Hyperionie.

      Usuń
  3. Marzę o tym, żeby w końcu znaleźć czas na "Hyperiona", nie mogę się doczekać tej lektury - jestem pewna, że to będzie niesamowita przygoda. :) Ciekawa jestem jaka będzie Twoja opinia o "Endymionie"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie pożałujesz :) mnie zachwyciło, a ja naprawdę "mało sf" jestem :)

      Usuń
  4. Mam podobny problem z sf. Niestety drobiazgowość niektórych autorów, a przy tym wiele przekłamań i naginania praw fizyki, dla bystrego czytelnika może okazać się męczące. Jednak podobnie, jak Ty nie obrażam się wówczas na gatunek i co jakiś czas powracam.
    Lubię pewną oszczędność słów, lubię gdy książki nie są przegadane, a autor w pewien sposób prowadzi grę z czytelnikiem. Takie lektury pozostawiają we mnie jakiś ślad i rzeczywiście dają dodatkową satysfakcję.

    Prowadzenie fabuły poprzez różne spojrzenia poszczególnych bohaterów, to zabieg, którego kiedyś nie potrafiłam docenić. Najbardziej przekonała mnie do tego Cherezińska, bo taki sposób narracji pozwolił na zgłębienie wydarzeń, dał głos różnym bohaterom, pokazał wydarzenia z różnej perspektyw, które nieco się pokrywały, a jednocześnie uzupełniały. Zaangażowanie w taką książkę, jeżeli zostało to dobrze zrealizowane, jest chyba większe, przynajmniej w moim przypadku. No i jak powiedziałaś, daje szeroki obraz na opisywany świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie najgorsze jest to, że niektórzy autorzy s-f wykazują podejście typu król Julian z Madagaskaru: "ok, napisałem, to teraz szybko, zanim do was dojdzie, że to nie ma sensu" ;) Absurdalne teorie ubrane w mądre słówka, bo przecież czytelnik za głupi i nie zrozumie, że się go robi w konia ;)

      Ale nie odcinam się całkiem. Niewiele książek s-f weszło do mojego "kanonu", ale jak widać warto czasem ryzykować, choćby dla takiego "Hyperiona", który broni się po prostu jako naprawdę dobra literatura.

      Mnie z kolei taka narracja kojarzy się głównie z "Grą o tron" Martina - tylko u niego przeskakiwanie między postaciami mnie frustrowało, bo czasem na powrót do wątku danej osoby trzeba było czekać do następnego tomu ;) W Hyperionie tego efektu nie było, jakoś wszystko było tak wyważone, że każda historia była ciekawa.

      Usuń
  5. Kurczę, teraz jeszcze bardziej chcę to przeczytać :) Może uda mi się to wepchnąć jeszcze w wakacje, tym bardziej że sierpień to u mnie miesiąc postoju w pracy i będę się baaaardzo nudzić... ekchem :) Ja właśnie z powodu tego naukowego bełkotu nigdy nie lubiłam sci-fi i kijem tknąć tego gatunku nie chciałam. Dopiero niedawno zaczęłam się do niego przekonywać i nieśmiało sięgam po kolejne książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuj :) Powinno się udać - ja, mimo sporych gabarytów książek, dosłownie je pochłonęłam (nie jedną po drugiej, co prawda, ale każda "przeczytała się" błyskawicznie). To po prostu taki język. Mam nadzieję, że się nie rozczarujesz :)

      Usuń
  6. Też nie przepadam za sci-fi, po prostu nie czuję tego klimatu i zdecydowanie bardziej wolę fantasy :)
    Już od dwóch lat na mojej półce kisi się "Trupia otucha" i chyba w końcu trzeba by było się za nią wziać :D
    Pozdrawiam ciepło! :)
    Kasia z Recenzje Kasi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja też zdecydowanie lepiej czuję się w klimatach fantasy niż s-f, więc wiem, co czujesz. Ale w tym przypadku nie żałuję, że zaryzykowałam :)
      "Trupiej otuchy" nie znam, ale aż poszłam obejrzeć w sieci, bo tytuł jest obłędny :)
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  7. Od dawna bardzo chce przeczytać Hyperiona... Zwłaszcza, że znam inną jego książkę i była naprawdę "OK". Kiedyś mi wyjdzie, na pewno!

    OdpowiedzUsuń