niedziela, 30 lipca 2017

Gra Endera - Orson Scott Card


Po Grę Endera sięgnęłam już co najmniej czwarty raz. Czytałam ją w gimnazjum, czytałam w liceum, wróciłam do niej pod koniec studiów. I jeszcze raz, w tym miesiącu. Za każdym razem zachwyca tak samo, choć z każdym kolejnym podejściem widzę w tej historii coś więcej: początkowo było to dla mnie jedynie dobrze napisane s-f, a z czasem odkryłam filozoficzną głębię, przez którą jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam napisać tę recenzję. Bo żadne słowa nie oddadzą tego, co można znaleźć w powieści Carda – to po prostu trzeba przeczytać.


„Kiedy jednak dochodzi do działania, jest tylko jedno wyjście: jeśli jedni z nas muszą zostać zniszczeni, to upewnijmy się, że to my w końcu zostaniemy żywi.”


Ziemia przyszłości. Po dwóch kosmicznych atakach Robali ludzie nadal żyją w obawie przed kolejną inwazją. Przywódcy świata zdają sobie sprawę, że w starciu z rojem wroga ma szansę tylko genialny umysł, szkolony od dziecka do podjęcia tej przełomowej misji. Jakby tego było mało, planeta zmaga się z przeludnieniem. Podczas gdy każda para może mieć maksymalnie dwójkę dzieci, maluchy takie jak Andrew ‘Ender’ Wiggin to „ci trzeci” – powód do wstydu za niesprostanie normom społecznym. Jednak przypadek Endera jest inny, ponieważ jego poczęcie odbyło się za przyzwoleniem rządu – jest małoletnim geniuszem, odpowiedzią na potrzeby ludzkości. Starszy brat jest psychopatą? Ok, idziemy dalej. Siostra jest zbyt wrażliwa? Niech wam będzie, dajcie nam Trzeciego, może się uda… 

I to musiało być dziecko, Ender (...). Byłeś szybszy ode mnie. Lepszy ode mnie. Ja byłem już zbyt stary i zbyt ostrożny. Żaden porządny człowiek, który zna wojnę, nie włożyłby w walkę całego serca. Ale ty jej nie znałeś. Dopilnowaliśmy tego. Byłeś zuchwały, błyskotliwy i młody. Po to przyszedłeś na świat.



I pozornie z Trzecim się udaje: Endera poznajemy jako genialny umysł zamknięty w ciele sześciolatka. Dzieciaka, który podnosi do kwadratu liczbę 2, aby się uspokoić, i gubi się dopiero przy dziesiątkach milionów. Zabrany z ojczystej planety i odseparowany od rodziny, a w szczególności ukochanej siostry, Ender jest skrupulatnie przygotowywany do przyjęcia na swoje barki odpowiedzialności za losy ludzkości. Jego życie w Szkole Bojowej upływa na nieustannych treningach, (świetnie opisanych) grach bojowych w strefie nieważkości, oraz… nieustannej walce o życie. W tym samym czasie, pozostawione samym sobie rodzeństwo Endera – Peter i Valentine – którzy dzielą z nim tę samą inteligencję i myślenie strategiczne, a jedynie ze względów psychologicznych nie spełnili oczekiwań armii, wplątują się w politykę, która w przyszłości może mieć wpływ na losy ich najmłodszego brata…

Ale Gra Endera to nie tylko rywalizacja w nieważkości, międzygwiezdne floty i zagrożenie ze strony owadopodobnych obcych. Wręcz przeciwnie, cała ta otoczka s-f wydaje się chwilami tylko pretekstem to podrzucenia czytelnikowi paru kwestii, nad którymi tak rzadko mamy czas się zastanowić. Jak daleko można się posunąć „dla większego dobra”? Czy kłamstwo w dobrej wierze jest mniej groźne? Gdzie jest limit ludzkiej wytrzymałości psychicznej i czy cokolwiek daje nam prawo, żeby kazać innym go przekraczać? 

Card podnosi niewygodne kwestie odpowiedzialności za życie i śmierć, prawa do samodzielnego podejmowania decyzji i lęku przed utraceniem własnej osobowości, a to wszystko na niepokojącym tle wojny, w której wir wrzucono najmłodszych. Jeśli dodać do tego spójne, świetnie skonstruowane postacie, Gra Endera zmienia się w fascynujący portret psychologiczny inteligentnego człowieka, pozostawionego samemu sobie, a jednocześnie pragnącego przede wszystkim akceptacji.

„— Nic nie rozumiesz — odparł.
— Owszem, rozumiem. 
— Wcale nie. Ja nie chcę pokonać Petera. 
— Więc czego chcesz? 
— Żeby mnie kochał. 
Na to nie znalazła odpowiedzi.”


Konstrukcja powieści jest świetna i przemyślana: każdy rozdział otwiera dyskusja przełożonych Endera, omawiających kolejne decyzje w sprawie chłopca. Główny bohater poznaje je później, niejako z drugiej strony, ale czytelnik zyskuje zupełnie inną perspektywę, a stawiane przed nim pytania o zasadność działań dowództwa są jeszcze trudniejsze. Powieść czyta się błyskawicznie, co jest zapewne również zasługą tłumaczenia, za które odpowiada Piotr W. Cholewa (każdy, kto podczytuje polskie przekłady Pratchetta albo Zelazny’ego, wie, że to nazwisko to gwarancja jakości). Styl jest idealnie wyważony, nie ma żadnych dłużyzn, które chciałoby się przelecieć wzrokiem i pominąć, a każda sytuacja wydaje się dokładnie przemyślana przez autora. W czasach dzisiejszej radosnej twórczości niektórych autorów, którzy płyną razem ze swoją powieścią w mniej lub bardziej abstrakcyjny sposób, taki styl naprawdę robi wrażenie.

To, za co cenię sobie Carda, to jego umiejętność tworzenia bohaterów dziecięcych – udało mu się uniknąć pułapki, w którą wpadł chociażby Martin w przypadku młodych Starków z Gry o Tron, którzy od pierwszych stron wydają się co najmniej 3-4 lata starsi, niż chciałby ich widzieć autor. Bohaterowie Gry Endera, choć przekraczają inteligencją wszelkie normy przewidziane dla ich wieku, nadal pozostają dziećmi, przez co powieść robi jeszcze większe wrażenie. Co ciekawe, książka ukazała się po raz pierwszy w 1985 roku i choć stawia ją to pomiędzy klasykami gatunku, nie zestarzała się aż do dnia dzisiejszego, nawet w opisach sprzętów i technologii.

To moja osobista czołówka literacka w ogóle i najlepsza (wyprzedzająca nawet Hyperiona) powieść s-f, jaką czytałam w życiu. Jedna z tych książek, które na koniec zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Polecam, nawet jeśli pozornie to „nie Wasze klimaty” - prawdopodobnie się nie rozczarujecie.

PS. Nie oglądajcie filmu. 



Tytuł: Gra Endera 
Autor: Orson Scott Card 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 
Tłumaczenie (j. angielski): Piotr W. Cholewa 
Liczba stron: 326

19 komentarzy:

  1. Wiedziałam, że nie należało czytać tej recenzji... Teraz czuję nieodpartą potrzebę przeczytania Gry Endera, zwłaszcza że po blisko 20 latach odnalazł się mój egzemplarz. Jesteś złą kobietą... Nie mogę czytać samych powtórek! A jeśli przeczytam Grę, to zaraz zabiorę się za Mówcę i Ksenocyd... I tyle z tego będzie. A w tym roku jeszcze czeka na mnie Amber, Diuna i Harry Potter (ależ ekipa :D).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja teraz MUSZĘ przeczytać Cień Endera, więc wiem, w czym rzecz ;) Amber i Diuna już w Gdańsku, czekają na lekturę. A tyle nowości dookoła... Ech :)
      Jak to jest z tymi ginącymi egzemplarzami Gry? Mój pierwszy przecież też przepadł, ale nie mam już nadziei na odnalezienie. Lubię sobie za to wyobrażać, że przynajmniej bywa czytany i spełnia swoje zadanie popularyzacji tego cyklu ;)

      Usuń
  2. Niedawno przekonałam się, że gatunek science fiction nie jest taki straszny za jaki go uważałam, mało tego, posiada pierwiastki wyjątkowości. Skoro tyle razy ją przeczytałaś i za każdym razem odkrywałaś coś zupełnie nowego to naprawdę musi być ona niepowtarzalna i w pewnym stopniu piękna. Niezmiernie mnie zachęciłaś i sokolim okiem będę jej wypatrywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest naprawdę niepowtarzalna :) Szukam od jakiegoś czasu książki, która mogłaby zdeklasować tę - bezskutecznie. Nie oznacza to, że Gra Endera jest moją ulubioną książką i najlepszą, jaką w życiu czytałam, ale jest jedyna w swojej kategorii. Wyjątkowa. Cieszę się, że Cię zachęciłam ;)

      Usuń
  3. Tak, Piotr W. Cholewa to gwarancja jakości :) Kurczę, zachęciłaś mnie. Skoro to jest takie dobre, to naprawdę skopali film, a szkoda. Ewelino, dokładasz mi książek do mojej i tak niekończącej się listy :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co, postaram się podrzucać Ci jak najwięcej takich dobrych książek ;) (A tak serio - mam ten sam problem. Listy ciągnące się w nieskończoność, a tu jeszcze wśród nowości co chwilę coś ciekawego się pojawia. Ech...)

      Film jest tak zły, że ciężko mi nawet wskazać, jaka jest jego największa wada. W gruncie rzeczy zmienili wszystko, co mogli, prócz imion postaci (a i to nie zawsze się zgadza z fabułą ;)).

      Usuń
    2. Ano... problemy książkoholika :P Dlatego tym bardziej przeczytam książkę, bo film to było dno totalne.

      Usuń
  4. Zabieram się za te przygody czytelnicze już od jakiegoś czasu, bardzo interesująco się zapowiada, nabrałam chęci na jak najszybsze jej przeżycie. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam całą serię, mimo że pierwszy tom ma najwyższy poziom i jest najbardziej spójny. Cieszę się, że udało mi się Cię zachęcić :)

      Usuń
  5. Być może wstyd przyznać, ale kompletnie nie widziałem nic o istnieniu tej książki. Jego autor jest mi równie obcy. Ze sci-fi w moim przypadku bywa bardzo różnie... czasami nawet te książki, które są pod niebiosa wychwalane przez innych mogą mnie zwyczajnie znudzić... jak by było z tą? Muszę się chyba przekonać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy wstyd. Raczej nie. Mnie często spotykają takie zaskoczenia - wszyscy coś znają, a ja pierwsze słyszę ;)

      W moim przypadku s-f to również ryzykowny wybór. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że naprawdę podobały mi się tylko dwie książki z tego gatunku (doceniłam więcej, ale żeby jakiś zachwyt udało im się wywołać - to już nie). Wydaje mi się, że mimo wszystko warto sprawdzić, jeśli nadarzy Ci się okazja...

      Usuń
  6. Czaję się na nią od naprawdę długie czasu. Praktycznie od dwóch lat. I naprawdę dziwię się, że jeszcze jej nie przeczytałam. Muszę to koniecznie nadrobić :) Pozdrawiam Książkowa Dusza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie sięgnij, a potem podziel się wrażeniami! :) Nie ma co czekać, to bardzo dobra lektura na lato będzie (i na dowolną inną porę roku też ;)).

      Usuń
  7. W tym przypadku podeszłam niestety od tej drugiej strony... najpierw pooglądałam film. Ale byłam nim zachwycona i z całą pewnością wkrótce sięgnę także po książkę.
    Justyna z livingbooksx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie z drugiej perspektywy, czyli bez znajomości książki, film może się spodobać. Mnie załamał, ale jak widać w recenzji, bardzo sobie cenię tę powieść i nie podoba mi się, jak spłaszczył i zepsuł ją reżyser. Mam nadzieję, że oryginał spodoba Ci się co najmniej równie mocno jak film :)

      Usuń
  8. Od dłuższego czasu planuję sięgnąć po s-f, bo jestem na bakier z tym gatunkiem a horyzonty czytelnicze należy poszerzać ;-). Ta książka bardzo mnie zaciekawiła więc już ją sobie ściagnęłam na moją wirtualną półkę i w najbliższym czasie przeczytam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobra rzecz na początek z s-f :) Ja też się z tym gatunkiem zbytnio nie lubię, ale Card mnie ujął. Mam nadzieję, że Ci się spodoba :)

      Usuń
  9. Zaryzykuję, chociaż wcześniej nie czytałam niczego z tego gatunku. No cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz!

    Pozdrawiam cieplutko i ściskam :*
    M.
    martynapiorowieczne.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w takim razie nadzieję, że pierwszy kontakt okaże się udany :)

      Usuń