niedziela, 18 czerwca 2017

trylogia Ostatnie Imperium - Brandon Sanderson

Wyobraźcie sobie świat, nad którym świeci czerwone słońce, z trudem przebijając się przez zasnute niebo. Wyobraźcie sobie brązowe rośliny i świat pozbawiony najmniejszego choćby kwiatka. Wyobraźcie sobie, że zamiast deszczu spadają na Was płatki popiołu, stopniowo spowijając wszystko całunem czerni. Wyobraźcie sobie świat bez koloru… i bez nadziei. Witamy w Ostatnim Imperium.

Nie można zaprzeczyć, że stworzony przez Sandersona świat oszałamia bogactwem jego fantazji – i nierzadko stanowi wyzwanie dla wyobraźni czytelnika. (Kto, z ręką na sercu, może powiedzieć, że czytając zawsze miał przed oczami wizję brązowo-czarnego świata, skąpanego w krwawym blasku czerwonego słońca? Mnie się to nie zawsze udawało.) Właśnie wizja świata jest najmocniejszym punktem trylogii, na którą składają się „Z mgły zrodzony”, „Studnia Wstąpienia” i „Bohater Wieków” – w sumie jakieś 2000 stron mocnej fantastyki.

Magia zaklęta w metalu


Autor stworzył bardzo spójny i przede wszystkim niepowtarzalny świat z własnymi systemami „supermocy”, bazującymi na potędze metali. Brzmi niesamowicie? I takie jest – kiedy po raz pierwszy usłyszałam o świecie Sandersona, nie przekonywało mnie to zupełnie. Jednak po lekturze całej serii muszę przyznać, że autor odwalił kawał dobrej roboty, opracowując zasady działania tej „magii”. Pierwsza z mocy metali – allomancja – pozwala obdarzonym nią „mglistym” połykać odpowiednio spreparowane metale i wykorzystywać ich moce:  na przykład, żelazo przyciąga inne metale, cyna z ołowiem wzmacnia ciało użytkownika, cynk, miedź czy mosiądz pozwalają wpływać na psychikę i emocje innych, a atium – „boski metal” – pozwala przewidzieć działania ludzi, pokazując ich najbliższą przyszłość w formie cieni. Osoba obdarzona mocą spalania wszystkich metali to właśnie tytułowy „zrodzony z mgły”. Allomancja to bez wątpienia najbardziej spektakularna ze sztuk Sandersona. Mniej widowiskowi feruchemicy zamiast spalać metale mogą używać ich jako magazynów: stalmyśl pozwala na zmagazynowanie szybkości (choć wymaga wcześniej wielu tygodni poruszania się w zwolnionym tempie – równowaga musi być zachowana!), złotomyśl gromadzi zdrowie, a miedziomyśl pozwala na przechowywanie niemal nieograniczonej ilości wiedzy czy wspomnień. Wreszcie jest hemalurgia, czyli najbrudniejsza i najbardziej niepokojąca ze sztuk, która pozwala przebić ofiarę kolcem z odpowiedniego metalu, który potem umieszcza się w ciele hemalurga, obdarzając go mocą, posiadaną przez zabitego.

Tu dochodzimy do kolejnego punktu: fascynujące jest też bogactwo „ras” i istot, które zaludniają świat Sandersona. Oprócz ludzi – podzielonych restrykcyjnym systemem społecznym na skaa, czyli podludzi, oraz szlachtę o czystej krwi – bohaterowie spotykają na swojej drodze świadome istoty, powstałe dzięki hemalurgii: Stalowych Inkwizytorów, z kolcami zamiast oczu i całym systemem innych, przekłuwających poszczególne organy; kandra, czyli bezkształtne istoty, zdolne strawić ciało innej istoty i przyjąć ich postać; kolossy, czyli niezrównoważone maszyny do zabijania, które „wyrastają” ze swojej skóry w miarę upływu czasu. Dawno w fantastyce nie spotkałam tak intrygującego zestawienia.

Dużym atutem serii jest stopniowe dawkowanie informacji. Najpierw poznajemy świat metali wraz z Vin, główną bohaterką, która musi nauczyć się wszystkiego od zera, odkrywając swoją tożsamość zrodzonej z mgły. Później, po Upadku, poznajemy tajemnice leżące u podstaw funkcjonowania tego bogatego świata, składając je z niekompletnych puzzli wiedzy, trzymanej wcześniej w tajemnicy przez Ostatniego Imperatora. Sanderson prowadzi fabułę bardzo misternie, wykorzystując luki w wiedzy bohaterów i wprowadzając nagłe zwroty akcji. Podanie wszystkiego na tacy na pewno nie dałoby takiego efektu – od książki chwilami trudno się oderwać, gdy coś, co wydawało się pewne, nagle staje się wątpliwe, a kolejne strony przewraca się w niecierpliwym oczekiwaniu na odpowiedź na jedno z niekończących się pytań.

Arcydzieło z dużym minusem

Niestety, tak jak świat Ostatniego Imperatora nie jest idealny, tak i serii Sandersona wiele do ideału brakuje. Najsłabszym ogniwem są niestety postacie. Dawno nie spotkałam nigdzie tak płytkich, mało interesujących bohaterów. Wielokrotnie zastanawiałam się, dla kogo właściwie Sanderson pisał swoją powieść: ilość rozterek (sercowych i egzystencjalnych – dość płytkich, dodajmy) na poziomie nastolatki (którą Vin faktycznie jest, ale problem dotyczy też innych bohaterow) sprawia, że ma się wrażenie, jakby czytało się książkę maksymalnie młodzieżową. Tymczasem zawiłości fabularne i złożoność świata stawiają serię wśród „dojrzałej” fantastyki. Ten dysonans niestety mocno mi przeszkadzał.

Problem jest nie tylko z główną bohaterką; w pierwszym tomie jedyną wyróżniającą się, budzącą emocje (czasem skrajne) postacią jest Kelsier. W dwóch dalszych tomach ciężar spada na barki feruchemika Sazeda i kandry TenSoona, a prze zchwilę także niedocenianego Spooka. Bohaterowie nakreśleni są topornie, z jedną wiodącą cechą, jakby autorowi nie chciało się spędzać nad nimi więcej czasu. Ktoś jest szczery i naiwny? Będzie szczery i naiwny do granic absurdu. Ktoś jest cynikiem? Niewiele więcej da się o nim powiedzieć. Choć niektórzy, jak Breeze czy Hammond, gdzieś w ciągu tych 2000 stron zdołali wytworzyć w sobie zalążki faktycznej osobowości i cech charakteru, jednak biorąc pod uwagę mrowie bohaterów, którzy tłoczą się na kartach powieści, nie jest to optymistyczny wynik.

Poza tym autor nie ma litości dla swoich bohaterów. Osobiście odbieram to jako plus – nie ma zahamowań przy zabijaniu nawet tych bohaterów, co do których mamy wrażenie, że to na nich oprze się cała historia. Ten brak skrupułów, zachowany do ostatniej strony powieści, jest miłym zaskoczeniem. Podobnie jak samo zakończenie książki – przyznam, że nie spodziewałam się takiego „Bohatera Wieków”. Ostatni rozdział był bodaj najmocniejszym punktem książki. Wszystko zakończyło się w taki… ładny sposób, że w zasadzie ciężko mieć do autora jakiekolwiek zażalenia. Koniec nadszedł, a ja przyjęłam go z uśmiechem – dokładnie tak, „jak kazał Ocalały”.

Czy warto przeczytać trylogię Sandersona? Na pewno, choćby dlatego, że oferuje świat tak unikalny i niekonwencjonalny, że ciężko znaleźć coś równie przełomowego we wspołczesnej fantastyce. Ja z pewnością nie żałuję czasu spędzonego na lekturze – jednak raczej nie planuję powrotu do świata „Z mgły zrodzonego”, głównie ze względu na niesatysfakcjonujących bohaterów. Choć, kto wie…

10 komentarzy:

  1. Ostatnio zaczęłam czytać i mi osobiście postacie się bardzo spodobały :) Fakt, Vin jest ewidentną nastolatką i to czasem w absurdalny sposób, ale nie sposób ich wszystkich nie lubić. Też jestem pod wrażeniem systemu magii. Sanderson w ogóle robi świetne światy, ja czytałam już Elantris i bardzo polecam! Pozdrawiam, Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie czeka mnie jeszcze "kontynuacja" Ostatniego Imperium - mam na półce "Stop prawa". Nie są to może powieści, które koniecznie muszę posiadać na własność, ale na pewno będę miała oko na twórczość Sandersona. Potrafi się wyróżnić w gatunku, w którym - jak sądziłam - nic mnie już nie zaskoczy. A to dużo! :)

      Usuń
  2. Ja bardzo lubię twórczość Sandersona, jestem pod ogromnym wrażeniem drobiazgowości, z jaką stworzył swój świat. Co do Twojego zarzutu, to może faktycznie coś w tym jest, choć nie do końca się z tym jednak zgodzę. Można by jeszcze te postaci rozbudować, ale dla mnie to co stworzył było wystarczające :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie boli Cię właśnie to, że świat przemyślany i opisany do najdrobniejszych detali, a postacie takie machnięte grubą kreską? :) Mi nawet nie chodzi o to, żeby je jakoś niesamowicie rozbudować - może mogliby być mniej jednoznaczni? Ale przyznaję, że to jest do wybaczenia. Na razie wpadłam w prozę hiszpańską i latynoamerykańską, ale jak się wygrzebię, to może zajrzę do Sandersona znowu :)

      Usuń
  3. Postaci na pewno nie są najmocniejszą stroną tej książki, ale ja je polubiłam :) Serię uwielbiam. Jestem po drugim tomie drugiej ery, czyli przede mną Żałobne opaski :) Nie jest to najlepsza seria Sandersona, bo "Archiwum burzowego światła" jest zdecydowanie lepsze, ale jest to porządna dawka fantastyki :)
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to na pewno nie koniec przygody z Sandersonem. Ależ gość ma wyobraźnię :) Ja nie mówię, że postaci nie da się polubić - owszem, da się - ale brakuje mi takiego ostatniego szlifu na bohaterach, żeby cała książka była prawdziwym arcydziełem :) pozdrawiam!

      Usuń
  4. Ja osobiście z bohaterami nie miałam żadnych problemów, poza Vin, z którą Sanderson trochę przesadził i była "za bardzo nastolatką", ale cóż... w sumie ona była nastolatką :) Co do reszty, absolutnie nie odnoszę wrażenia, że są oni płytcy, a już na pewno, że to postacie rodem z książki młodzieżowej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobała, to jedna z tych książek, które zasługują na szerokie grono wielbicieli. Mnie także przypadła do gustu (co, mam nadzieję, widać po recenzji) - całe szczęście, że reszta książki broni się w zasadzie bezwarunkowo ;)

      Usuń
  5. No właśnie... problem tej historii polega na tym, że tom pierwszy mocno ciągnie Kelsier. Jest takim Jezusem, za którym wszyscy idą i wszyscy go kochają. Gdy go brakuje, okazuje się, że Vin jest jednak trochę głupia (w tomie pierwszym ma konkretną rolę przynajmniej), a reszta bohaterów niby jest, ale... o ile przy Kelsierze "błyszczeli" to im dalej w las, tym zwyczajniej się robiło. Poza tym pod względem fabularnym tom drugi wypada baaardzo głupio, a trzeci nie do końca ratuje sytuacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ale samo zakończenie sprawia, że można książce dużo wybaczyć, nie uważasz? ;) Generalnie się zgadzam co do Kelsiera. Bez niego potem utrzymanie tego wszystkiego było już trudniejsze - i fakt, najbardziej ucierpiał na tym drugi tom. Ale ogólne wrażenia, mimo tych przeciętnych bohaterów, zachowam dobre :)

      Usuń