wtorek, 13 czerwca 2017

The Call. Wezwanie - Peadar Ó’Guilín

...czyli co by było, gdyby legendy okazały się prawdziwe


Elfy są przedziwne. Budzą zadziwienie.
Elfy są cudowne. Sprawiają cuda.
Elfy są fantastyczne. Tworzą fantazje.
Elfy są urocze. Rzucają urok.
Elfy są czarowne. Splatają czary.
Ich uroda powala.
Strzałą.
- Terry Pratchett, Panowie i damy

Z góry muszę przeprosić wszystkich, którzy po tym wstępie spodziewają się recenzji Pratchetta – tekst będzie o lekkim, młodzieżowym czytadle na jeden wieczór, które zyskało sobie zaskakującą popularność i dość intensywną reklamę. Mowa o The Call. Wezwaniu Peadara Ó’Guilína (co to w ogóle za pretensjonalny pomysł z tymi dwujęzycznymi tytułami?). Musiałam jednak pozwolić przemówić Mistrzowi, bo jego wizji psychopatycznych elfów ciężko dorównać – choć trzeba przyznać, że Ó’Guilín mocno się starał.

Na początku był Pomysł… całkiem niezły i wyróżniający tę książkę z zalewu antyutopii młodzieżowych (pisze się obecnie inne książki dla tej grupy wiekowej?). Mamy irlandzki Aes Sídhe, Lud z Gór, czyli istoty, które przypominałyby tolkienowskie elfy (przynajmniej z wyglądu), gdyby ich pasją i chwilowo jedynym zajęciem nie było porywanie irlandzkich nastolatków i znęcanie się nad nimi w wyrafinowany sposób.

Bo Sídhe szukają zemsty za to, że kiedyś zostały wygnane do Szaroziemi, nazywanej „krainą baśni” (sądząc po ponurym nastroju i monochromatycznej kolorystyce, to chyba baśni Grimmów). W odwecie każdy nastolatek zostaje porwany z naszego świata na dokładnie trzy minuty i cztery sekundy, które stanowią odpowiednik całego dnia w krainie Sídhe, a potem… wraca. Na ogół martwy, czasem nie, ale praktycznie zawsze jakoś przyozdobiony przez kreatywne „wróżki” – a to z rogami, a to twarzą wyrzeźbioną „na kształt kwiatu z krwi i skóry”, a to z uszami nietoperza i wmontowaną echolokacją. Przyjemnie, prawda? Sídhe są nie tylko kreatywni, ale też bardzo radośni i skłonni do zachwytu w sytuacjach zadawania wysublimowanego cierpienia czy śmierci:



Chuckwu gryzie, kopie i odwleka śmierć. „Uciekaj, przyjacielu!” – stara się wykrzyczeć, ale okrzyk brzmi bardziej jak zwierzęcy niż ludzki: 
– Uuuuuu aaaaaaaa yyyyyycie eeeeeeeeeeluuuuuuuuuuuuuuuuuu!
Sídhe są zdumieni i zachwyceni.

Nie wiem, czy taki był cel autora, który sam zdaje sie czerpać psychopatyczną radość z opisywanych scen, ale dla mnie było to na swój sposób zabawne i, niestety, stanowiło główną siłę napędową tej książki – byłam ciekawa, co Ó’Guilín jeszcze wymyśli.



Pomysł więc jest, ale gorzej z realizacją.

W zasadzie nie wiemy nic o opisywanym świecie – ani o udręczonej Irlandii (co byłoby ciekawe, skoro została magicznie odcięta od świata), ani o Szaroziemi, która mogłaby być naprawdę fascynująca (z jej srebrnymi spiralami na niebie, drapieżną roślinnością i fauną powstałą z przekształconych istot ludzkich). W zasadzie wszystko odtwarzamy ze szczątkowych, niedbałych informacji, rzucanych przez autora to tu, to tam. Niektóre fragmenty aż proszą się o wyjaśnienie (na przykład, dlaczego uczniowie przydzielani są do szkół pod względem roku i miesiąca urodzenia? Przecież i tak nie wiadomo, w którym momencie zostaną wezwani, więc nie powinno to mieć znaczenia).

Główna bohaterka, Nessa, ma 14 lat i cierpi na zaawansowany marysuizm. Jest silna, inteligentna, rozsądna, troskliwa, najlepsza na roku i do tego ma białą, długą szyję, „nieskazietlną, aksamitną cerę”, „wyraźnie zarysowane kości policzkowe”, „usta stworzone do śmiechu” i „nieskalanie czarną linię brwi” (sic!). Aha, ma też powykrzywiane nogi po przebyciu polio, co chyba miało zrównoważyć jej ogólną idealność, a także uczynić ją godną roli pierwszoplanowej (wszak skoro nie mamy „wybrańca” z prawdziwego zdarzenia, to niech chociaż będzie „postać naznaczona przez los”). I raczej nie sprawia wrażenia czternastolatki.

Wiek bohaterów w ogóle jest problematyczny, podobnie jak i samej grupy docelowej. Nie wykluczam, że zbliżając się do trzydziestki pochodzę już z innego pokolenia, ale jednak mam wątpliwości, czy książka o 13- czy 15-latkach, przeznaczona dla czytelników w podobnym wieku, powinna zawierać tyle seksu, homoseksualizmu, małoletnich ciężarnych, przemocy seksualnej i wyzywania się od dziwek. Ja rozumiem otwartość na takie tematy, no ale jednak… nie.

Mam też trochę za złe autorowi, że tak po macoszemu potraktował mitologię irlandzką. Mamy co prawda elfowate wróżki oraz wspomnienie mitu changelingów (dzieci ludzkie podmieniane przez wróżki), ale to naprawdę niewiele, bo irlandzkie legendy, choć dotąd ignorowane przez twórców, są bogate i fascynujące. Wiecie, że choćby banshee (oryginalnie, nomen omen: bean-sídhe) pochodzi z Irlandii? A podobnie ciekawych stworzeń jest wiele. Myślę, że autor nieco zaprzepaścił szansę na pokazanie bogactwa swojej kultury.

Jednak największym problemem książki jest jej nijakość. Styl jest nijaki – może nie zły, ale też nie zachwyca, zwłaszcza że autor ma straszną manierę wszechwiedzącego narratora, która owocuje irytującymi wstawkami typu „Nessa wkrótce się o tym dowie, ale nie dziś” (jak to pasuje do narracji w czasie teraźniejszym?). Bohaterowie są nijacy – nakreśleni grubą kreską, mają w zasadzie tylko po jednej cesze charakteru; sama historia… no, też jest nijaka. Czyta się szybko, z mieszaniną przerażenia i rozbawienia kreatywnością elfów (i autora), ale tak naprawdę to wszystko nie budzi jakichś szczególnych emocji. Nawet zakończenie było nijakie. Książka się skończyła, a ja wcale nie czekam na następny tom: mam wrażenie, że dalsza eksploatacja tego pomysłu jednak się nie sprawdzi.



Tytuł: The Call. Wezwanie 
Autor: Peadar Ó Guilín 
Wydawnictwo: Czwarta Strona 
Liczba stron: 352


15 komentarzy:

  1. Ubawiłaś mnie tym tekstem, a ten Pratchett na początku pasował idealnie <3
    Miałam przeczytać The Call jakby przypadkiem pojawiło się w bibliotece, pewnie bym narzekała strasznie, ale te elfy... xD
    No i cóż, książka z taką zawartością nie powinna być przeznaczona dla takiego przedziału wiekowego. Ale teraz ta granica chyba coraz bardziej się zaciera, tzn. coraz brutalniejsze i dorosłe treści serwowane są młodzieży. Jeszcze nie tak dawno dyskutowałyśmy z koleżanką, dlaczego książka, która ma w sobie opisy seksu (mało, ale jednak) i tortur jest w dziale dla młodzieży. Nie żebym ja była cnotliwa gdy byłam młodsza, ale jednak... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię rozbawiłam :) Pratchett był moim pierwszym skojarzeniem. Na początku nie byłam pewna, czy chcę recenzować "Wezwanie", ale ten cytat nie mógł się zmarnować ;)

      Właśnie nie jestem pewna czy takie przełamywanie barier tematycznych jest dobre. Można napisać dobrą książkę bez takiego natłoku kontrowersyjnych treści. Było ich tyle, że odnosiłam wrażenie, że zostały upchnięte na siłę, żeby ludzie o tym mówili... W sumie, biorąc pod uwagę, że właśnie o tym rozmawiamy, to autorowi się udało ;)

      I wiesz, to nie jest książka bardzo zła. Czyta się szybko i jest dość zabawna (brzmi to psychopatycznie, ale naprawdę, siłą napędową są te wszystkie morderstwa), ale raczej jako pozycja na jedno, maksymalnie dwa popołudnia, typu "coś lżejszego" i bez wielkich oczekiwań.

      Usuń
    2. Miałam wielka ale to wielka ochotę na przeczytanie tej książki. Z początku czytałam same pozytywne komentarze ale potem już było coraz gorzej. No i teraz jestem w kropce :( za to widzę ze kreuje sie nowy ciekawy blog z drobiazgowymi recenzjami ;€ obserwuje i zapraszam do mnie na konkurs ;)
      Pozdrawiam

      Czytankanadobranoc.blogspot.ie

      Usuń
    3. Bo pewnie na początku było zachłyśnięcie się nowością, a potem ludzie oprzytomnieli ;) Tak jak pisałam, choćby przez to, jak błyskawicznie czyta się "Wezwanie", na pewo nie jest to jakieś straszne marnotrastwo czasu. Gość miał pomysł, zrealizował go na poziomie, powiedzmy, przyzwoitym. Przez pomysł na pewno zapamiętam (mam słabość do Irlandii i do elfów ;)), gdyby nie on, to książka byłaby skazana na zapomnienie. Jak gdzieś trafisz, to można zaryzykować.
      Bloga zaobserwowałam, w konkursie na razie udziału nie wezmę, ale będę mieć oko na Twoje teksty. Pozdrawiam :)

      Usuń
    4. Jasne, że można napisać dobrą książkę bez kontrowersyjnych elementów. Ale z tym ostatnio chyba coraz gorzej.

      Właśnie muszę przemianować swoje oczekiwania odnośnie młodzieżówek i zacząć podchodzić do nich na luzie, bez większych wymagań. Wtedy świat na pewno będzie piękniejszy :) Tak czy inaczej, jeśli będę miała okazję sięgnąć, to sięgnę z ciekawości, ale kupować na pewno nie zamierzam :)

      Usuń
    5. Tylko czy to dobrze, że obniżamy wymagania? Świetny pomysł i dobry warsztat się zawsze obronią (vide: Brandon Mull), nawet jak nie będzie wszystko ociekało perwersją ;) Ale fakt, nie ma się co nastawiać, przynajmniej się człowiek nie rozczaruje zbyt mocno, a co najwyżej mile zaskoczy :)

      Usuń
    6. Prawdopodobnie nie, ale jeśli tego nie zrobię, to pewnie zjadę zdecydowaną większość młodzieżówek i wyjdę na straszną jędze :) A jakby nie było, to już nie mój przedział wiekowy. Brandona Mulla nie czytałam, ale słyszałam, że pisze świetne książki. Ja sobie zawsze wstawiam w takich przypadkach Zwiadowców, którzy są naprawdę dobrą i normalną serią młodzieżową.

      Wniosek więc z tego taki, że albo obniżę wymagania, albo przestanę czytać takie książki :)

      Usuń
  2. Wydaje mi się, że musiałaś być uprzedzona do tej książki, bo jest świetna, w końcu tylu ludziom się podoba, że wszyscy nie mogą się mylić. Uwarzam też, że przesadzasz z zarzutami, bo na przykład to chyba logiczne, że oni nie są już dziecinni, skoro wiedzą, że w każdej chwili będą musieli walczyć o życie i pewnie umrą, to musiało ich postarzyć?! A Nessa ma sparaliżowane nogi i to ma pokazać, jaka była dzielna, bo nikt w nią nie wierzył, a ona miała wolę walki, gdy już wszyscy ją spisali na straty, a Ty widzisz tylko, że była piękna - no i co z tego, że była piękna, widać takie miała geny! :) I to jest fajne że nie ma dużo opisów, bo trzeba użyć wyobraźni i dzięki temu książka jest ciekawsza i strasznie szybko się czyta. Mam nadzieję, że sięgniesz po kolejne części i zmienisz zdanie! Agata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... nie wydaje mi się, żebym była uprzedzona :) I przedwczesna dojrzałość przez życie w strachu to jedno, a próba zgwałcenia niepełnosprawnej koleżanki przez czternastolatka to moim zdaniem już nie "dojrzałość bohaterów", a perwersja autora.

      Co do Nessy, to zabiegi autora uczyniły ją w moim odczuciu strasznie nienaturalną i niewiarygodną postacią - wygląd i charakter są tak perfekcyjne, że paradoksalnie nie może budzić sympatii. Cieszę się jednak, że Tobie udało się ją polubić :)

      Nie chciałabyś jednak dowiedzieć się więcej o Szaroziemi, o "oknach", o drapieżnych roślinach i wszelkich stworzeniach, które ją zamieszkują? O tym, jak dzieciaki spędzają czas, zanim pójdą do szkół (w końcu Internetu już nie ma, więc sporo współczesnych rozrywek im odebrano)?

      Usuń
    2. jednemu się spodoba, innemu nie. Jednak Pani Agacie polecam sięgnąć na początek po słownik ortograficzny :) Ewelino, nie przejmuj się :D

      Usuń
    3. Nie przejmuję :) Wszak "z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają." ;) Każda opinia jest mile widziana, ja tam lubię dyskutować ;)

      Usuń
  3. czytałam już jedną podobną recenzję, i chociaż książka zainteresowała mnie opisem to mówię zdecydowane "nie" pojawianiu się takiej przemocy w książce skierowanej (do prawie jeszcze) dzieci. popularność pewnie jest skutkiem intensywnego reklamowania tej pozycji. no cóż, będę ją omijać. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie stracisz wiele, rezygnując z bliższego poznania z tą książką... Ja przed lekturą znałam już jedną negatywną opinię - ale nie umiałam się powstrzymać (uwielbiam Irlandię i tamtejszą mitologię). Autor, mówiąc kolokwialnie, trochę przegiął - nie ta grupa wiekowa, zdecydowanie... najgorsze, że ta ksiązka nic by nie straciła, gdyby przystopować ze scenami przemocy seksualnej itd. Myślę, że mogłaby jeydnie zyskać.

      Usuń
  4. O tak, ja też nie rozumiem tych dwujęzycznych tytułów. Albo jednojęzycznych, ale angielskich zamiast polskich. Chyba najczęstsze jest to właśnie w literaturze młodzieżowej/young adult... Pomysł na książkę faktycznie jest. Wielka szkoda, że nie został wykorzystany, bo mogła powstać z tego naprawdę interesująca młodzieżówka. Raczej nie będę planować przeczytania tej powieści. Mam już dosyć Mary Sue i niewykorzystanych potencjałów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to chyba właśnie ma udawać takie "młodzieżowe" i "postępowe" ;)

      Ja też strasznie żałuję tego zmarnowanego potencjału. Ostatnio postanowiłam, że z ciekawości sięgnę po drugi tom w oryginale, żeby sprawdzić, czy tutaj styl jest zmasakrowany przez tłumacza, czy już kulał oryginalnie (Stawiam na to drugie co prawda). Ale nie polecam...

      Usuń