wtorek, 6 czerwca 2017

„Teby” – recenzja gry

 


Od dziecka mam sentyment do tematyki starożytnego Egiptu i szeroko pojętej archeologii. Teby, z piękną, klimatyczną ilustracją na pudełku, były więc dla mnie oczywistym zakupem (i jedną z niewielu gier, które kupiłam całkowicie w ciemno). Co prawda po otwarciu pudełka okazało się, że samego Egiptu za dużo tam nie ma, bo w kraju faraonów jest tylko jedno z pięciu dostępnych stanowisk archeologicznych, ale klimat mnie nie zawiódł, a gra trafiła na czołówkę mojej listy gier lżejszego kalibru.





Samo wykonanie gry jest na najwyższym poziomie. Autorem grafik jest mój ulubiony planszówkowy artysta, Michael Menzel, i choć akurat w Tebach nie miał może wielkiego pola do popisu (mapa jest dość prosta,  a ilustracje na kartach czy żetonach niewielkie), to jednak całość prezentuje się bardzo przyjemnie dla oka. Oprócz tego dostajemy drewniane pionki w kapeluszach a’la Indiana Jones, obrotowe koła wiedzy oraz fantastyczne, płóciene woreczki, oznaczone grafiką i kolorem danej lokalizacji. To właśnie w nich będziemy prowadzić nasze poszukiwania.

Archeolog w Mezopotamii.

Jak to działa?

Cenię sobie w Tebach to, jak dobrze zasady pasują do tematu. Nie znam chyba żadnej innej gry, w której mechanika jest tak dobrze osadzona. Nic nie jest tu abstrakcyjne, a dzięki temu gra bardzo szybko się tłumaczy i już od pierwszych tur jest intuicyjna. Spróbujmy…

Gracze wcielają się w role archeologów, a ich celem jest dokonanie jak najbardziej spektakularnych odkryć na wykopaliskach w Grecji, na Krecie, w Egipcie, Palestynie i Mezopotamii. Żeby przystąpić do ekspedycji poszukiwawczej, musimy się jednak dobrze przygotować – nie tylko wiedza jest niezbędna, przydadzą się też odpowiednie narzędzia i asystenci, warto też słuchać pogłosek i posiadać własny samochód, który pozwoli szybciej się poruszać. Jest to nie bez znaczenia, bo czas w Tebach jest na wagę złota – każda wykonywana akcja (podróż między miastami, studia w bibliotekach, poszukiwanie asystentów) może zabrać nawet kilka tygodni.

U góry: asystent, samochód, sprzęt i konferencja.
Niżej: karta wiedzy o Palestynie, wiedza ogólna, plotki.
Z tego względu w grze nie ma ustalonej kolejności graczy – ruch wykonuje ta osoba, której znacznik czasu znajduje się najdalej na biegnącym wokół planszy torze, symbolizującym 52 tygodnie roku. Również to jest bardzo logiczne – skoro inni spędzą na swojej pracy jeszcze kilka tygodni, to my również możemy wykorzystać ten czas na jakieś działania.

Gracze mają do dyspozycji 4 akcje:
- podróż do któregoś z miast, aby zdobyć dostępną w nim kartę (symbolizującą zdobywanie wiedzy, udział w konferencjach, narzędzia, asystentów, środki lokomocji czy konferencje),
- podróż do Warszawy w celu wymiany dostępnych kart,
- organizacja wystawy w jednym z muzeów Europy (musimy już mieć jakieś eksponaty do pokazania, a każde muzeum ma swoje preferencje)
- i wreszcie: wyjazd na wykopaliska.

Woreczki z żetonami wykopalisk.

Łut szczęścia

Im lepiej jesteśmy przygotowani do pracy, tym większe są szanse na sukces naszych wykopalisk – na (fantastycznym!) kole wiedzy sprawdzamy, na jak długo musimy jechać, aby móc wyciągnąć z woreczka satysfakcjonującą liczbę żetonów. Potem sprawdzamy, czy nasza ekipa asystentów okaże się pomocna (im ich więcej, tym więcej dodatkowych żetonów możemy pobrać), albo czy możemy skorzystać z narzędzi (analogicznie). Bierzemy woreczek i…
Koło wiedzy żółtego gracza.

     Piach.
     Piach. Piach.
     Piach, piach, piach.
     O, artefakt! Ale jak to, tylko jeden?



Może być i tak. Losowość w Tebach jest spora. Karty wiedzy wchodzą do gry w sposób losowy (więc możemy utknąć na studiach w Londynie, a w tym czasie ktoś sprzątnie nam potrzebne nam karty, które pojawią się później), a same wykopaliska to festiwal szczęścia. Nie jest to może kularnie kostką i zdawanie się na ślepy los – możemy zwiększać swoje szanse, gromadząc wiedzę, umiejętności i odpowiednią ekipę, a na koniec punktujemy też za samą wiedzę oraz udział w konferencjach i wystawach – ale tak naprawdę wiele zależy od tego, jak „ułożą się” żetony.

Jest to jednak tak pięknie powiązane z mechaniką i przede wszystkim tematyką gry, że w tym jednym przypadku ciężko mi potraktować to jako wadę – a na ogół nie lubię gier, w których nie mam sporej kontroli nad rozgrywką. Nie do końca rozumiem więc zarzuty odnośnie tej losowości – Carter spędził w Egipcie 5 kosztownych, bezowocnych lat, zanim udało mu się odnaleźć grobowiec Tutenchamona, a jakoś się nie zniechęcił. Zresztą samo „kopanie” w woreczku określonej lokalizacji i wyciąganie żetonów jest emocjonujące i budzi mnóstwo śmiechu, zwłaszcza kiedy to przeciwnik zasypany jest „bezużytecznym piachem”.

Muszu na wykopaliskach w Egipcie
Jeśli nie tolerujecie gier, w których losowość ma znaczny udział, to „Teby” nie są dla Was. Ale jeśli nie macie nic przeciwko spróbowaniu gry, która naprawdę świetnie odzwierciedla ryzyko ekspedycji archeologicznych, to polecam ją z czystym sumieniem.


Podsumowanie

Gra sprawdza się wśród miłośników lekkich i średnich gier, również w rozgrywkach z nowicjuszami (raczej nikt nie ma wielkich problemów z przyswojeniem zasad), a i gracze preferujący cięższe tytuły na ogół bawią się dobrze (o ile są w stanie przymknąc oko na elementy losowe). Atutem jest też świetna skalowalność tytułu. Na dwóch graczy gramy przez 3 „lata”, czyli mamy do dyspozycji 156 tygodni; na 3 osoby jest to juz tylko 2,5 roku, a na 4 – 2 lata. Dzięki temu gra trwa mniej więcej tyle samo (45 minut do godziny) niezależnie od liczby graczy; jest to też ważne ze względu na fakt, że zawsze dysponujemy taką samą talią kart i tym samym zestawem żetonów na wykopaliskach, które skończyłyby się za szybko, gdybyśmy w pełnym składzie grali przez całe 3 lata.

„Teby” to jedna z gier, do których chętnie wracam. Bardzo podoba mi się zarządzanie czasem, wymagające niezłego planowania i umiejętnego podejmowania ryzyka, żeby osiągnąć nasze cele – jest to dość unikalna mechanika, wnosząca powiew świeżości. Dzięki niej „Teby” to trochę więcej niż samo kolekcjonowanie zestawów kart, które wzmacniają nasze umiejętności. Gorąco polecam chociaż spróbować zagrać, jeśli będziecie mieli okazję – moim zdaniem to jedna z najbardziej niedocenianych gier tego rodzaju.


Plusy:

+ bardzo ciekawy mechanizm zarządzania czasem;
+ dobra skalowalność;
+ fantastyczne wykonanie;
+ mechanika pasująca do tematu.

Minusy:

- losowość.

Autor: Peter Prinz
Ilustracje: Michael Menzel
Wydawca: wersja polska - Rebel (duże karty),
                       międzynarodowa - Queen Games (małe karty)
Czas gry: 45-70 minut
Liczba graczy: teoretycznie 2-4,
                           moim zdaniem 2-5 (grałam w 5 osób i jest to wykonalne i satysfakcjonujące;
                           potrzeba jedynie dodatkowego pionka podróżnika i kogoś, kto podzieli się
                           z piątym graczem swoim kołem wiedzy)



Uwaga: Mam wersję międzynarodową – poza nazwami miast na planszy w grze nie ma innych tekstów, jest więc całkiem niezależna językowo. Warto jednak zauważyć, że edycja QueenGames ma o połowę mniejsze karty, niż polskie wydanie z Rebela – dla mnie to zaleta, bo wyłożone potrafią zająć sporo miejsca na stole, ale lepiej zdawać sobie z tego sprawę przy zakupie.

15 komentarzy:

  1. Nie poleciłbym najgorszemu wrogowi. Do wprowadzania nowych? Chyba żeby zniechecic. Toz to jest taki luck fest ze się nie da grac!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że Teby są bardzo losowe, ale w tym wypadku to jeden ze smaczków gry. W końcu wyjeżdżając na wykopaliska też nie wiadomo, czy uda się cokolwiek znaleźć i to jedna wielka loteria, która w pewnej mierze zależy od wiedzy archeologa (równie dobrze mógłby zacząć kopać w piaskownicy albo swoim ogródku - tylko czy warto?). Gra ma niesamowity klimat i wszystkie zasady można logicznie wytłumaczyć, dzięki czemu nowi gracze je zapamiętują. No i Teby to jedyna planszówka, którą moja mama potrafi rozłożyć sama. Nawet dwa dni temu sama z siebie proponowała, żebyśmy zagrali (skoro Takenoko jest u siostry). Więc tak naprawdę to kwestia podejścia :)

      Usuń
    2. Tak, "luck fest", ale z jakim klimatem! I satysfakcją z gry - bo podróżowanie po mapie i zarządzanie czasem naprawdę jest niepowtarzalną mechaniką i jest bardzo przyjemne. Zresztą nikt z moich współgraczy nie odszedł nigdy od gry z takim "więcej nie zagram, nie mam szczęścia w żetonach" ;) więc z tym zniechęcaniem byłabym ostrożna.

      Na szczęście w grach każdy znajdzie coś dla siebie - jak chce się 0 losowości, to można grać na przykład w Tzolk'ina (którego uwielbiam!), ale nie zmienia to faktu, że Teby też mają swoje miejsce.

      Poza tym w Tebach można kontrolować losowość, a sposobów na punktowanie też jest kilka - miałam 2 partie, w których zwycięzca wygrał dzięki... kartom konferencji (które większość osób ignoruje w tej grze), a w wielu rozgrywkach na koniec o zwycięstwie decydują punkty wiedzy i wystaw. Nie samymi artefaktami człowiek żyje ;)

      Usuń
    3. Aha, gdybym miała wymienić jakąś grę, w której losowość na pewno mnie wkurza, to nie byłyby to Teby, a uwielbiane wszem i wobec Stone Age / Epoka Kamienia. Przygotujesz się nie wiem jak, masz dużo narzędzi, wyślesz pięciu robotników po złoto i i tak przyniesieniesz maksymalnie dwie bryłki, bo na czterech kostkach będzie 1, a na jednej 2 ;) a tam się jakoś nikt nie skarży...

      Usuń
  2. Co do samej gry: u nas ostatnio rzadko ląduje na stole - Teby zostały zdetronizowane przez Takenoko - ale i tak nadal jest to jedna z najbardziej klimatycznych, a przy tym prostych planszówek, w jakie miałam okazję zagrać. No i ma bardzo dobrą i przejrzystą instrukcję, co też nie jest bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko mi powiedzieć, która z tych gier jest lepsza. Teby bardziej odpowiadają mi tematyką, ale obie są przyjemne. Recenzja Takenoko też będzie :)
      No i nie wiem, czy jest jakas jeszcze gra, w której mechanika tak dobrze oddaje temat. Przychodzi mi do głowy Fresco i zarządzanie pracownią, ale to już nie do końca to.

      Usuń
    2. Ale Fresko ma tragiczną instrukcję, więc zanim człowiek ogarnie co i jak i wszystko wytłumaczy, to ludziom już się nie chce grać :D

      Usuń
    3. I tak łatwiej wytłumaczyć coś takiego, niż gry bez oparcia tematu w mechanice. Wytłumacz "klimatycznie" Tzolk'ina ;) nie znam nikogo, kto po pierwszej rundzie pamiętałby jeszcze, że wysyła do pracy MAJÓW:P

      Usuń
    4. Nie znam nikogo, kto po pierwszej rundzie pamiętałby o wszystkich możliwościach gry (a o bogach to w ogóle mało kto pamięta... Poza moją siostrą...) :D

      Usuń
  3. Gra jak gra, ale ten kot jest wspaniały!!!
    Ojeju zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszu dziękuje pięknie :) A grę polecamy i tak ;)

      Usuń
    2. Jeśli można wiedzieć, co to za rasa :D

      Usuń
    3. Można wiedzieć :) dachowiec, adoptowany po tym, jak ktoś próbował go utopić w Wiśle. Jego siostra miała taki sam kolor z białymi wstawkami.
      A obiektywnie przypomina najbardziej kota kartuskiego :)

      Usuń
  4. W zasadzie staram się ograniczać losowość, ale narobiłaś mi smaka na ten tytuł tą recenzją. Świetne zdjęcia, fajne podejście do tematu. Aż spróbuję wypożyczyć i sprawdzić na gruncie rodzinnym ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Teby warto przetestować, zresztą używane można kupić naprawdę tanio, zwłaszcza biorąc pod uwagę jakość i ilość komponentów. Bardzo polecam.

      Usuń