piątek, 2 czerwca 2017

Pięć książek, które uwielbiałabym w dzieciństwie, gdybym poznała je na czas


Choć moi rodzice z anielską cierpliwością znosili niemal codzienne wyprawy do biblioteki i dbali o różnorodność w mojej prywatnej kolekcji, to jednak o istnieniu niektórych książek zwyczajnie nie wiedzieli („Opowieści z Narnii”), chronicznie ich nie znosili („Piotruś Pan”), albo… zostały one napisane za późno. Z czasem nadrobiłam zaległości z klasyki ubiegłego stulecia, a teraz okazjonalnie sięgam też po nowości – nierzadko z świetnym skutkiem. Dlatego też po wczorajszym zestawieniu pięciu książek mojego dzieciństwa przyszedł czas na to, czym na pewno zachwyciłabym się dwadzieścia lat temu… gdybym miała okazję to przeczytać. Zaczynamy!


książki Brandona Mulla
…W szczególności cały „Baśniobór” i „Świat bez bohaterów”. Mull to w ogóle moje „odkrycie dziesięciolecia”, jeśli idzie o literaturę dziecięco-młodzieżową. Mało który autor może równać się z nim pod względem kreatywności w wymyślaniu czarodziejskich istot i pokręconych uniwersów (Świat równoległy, do którego dostajemy się przez paszczę hipopotama? Nie ma problemu! Magiczne rezerwaty, których mieszkańców można zobaczyć po wypiciu mleka od gigantycznej krowy? Proszę bardzo!). Książki są niesamowicie dopracowane i przemyślane (czasem pojedyncze zdanie z pierwszego tomu może mieć kluczowe znaczenie w ostatniej części), a opowiadne historie nieprzewidywalne. Autor nie ma też litości dla swoich bohaterów, których uśmierca w nierzadko bardzo wyszukany sposób. Przeczytałam raz, ale na pewno wrócę zarówno do rezerwatów Baśnioboru, jak i do świata pod tyranią Maldora.





Opowieści z Narnii – C.S. Lewis
Pamiętam, że w domu zawsze mieliśmy jeden tom „Opowieści z Narnii”, który mój brat wygrał w jakimś konkursie, i że nikt go nie czytał, bo „był dziwny”. Dziś już nie dziwię się, że z książką było coś nie tak – nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby jako nagrodę dawać akurat „Ostatnią bitwę”, ostatni tom serii… Na szczęście po próbach czytania „Opowieści” od końca nie nabyłam żadnej traumy, jednak całość poznałam dopiero w wieku gimnazjalnym. I zakochałam się. Od tego czasu dorobiłam się własnego, pięknego dwutomowego wydania oraz jednotomowej wersji anglojęzycznej i mam ogromny sentyment do niezwykłego, ciepłego klimatu tych historii. Mimo to szkoda, że poznałam je tak późno – jako nastolatce już mi mniej wypadało zaglądać do szaf w poszukiwaniu magicznego świata…



książki Roalda Dahla

Książki Dahla znam wyłącznie w oryginale: „Matylda” była zresztą jedną z pierwszych książek, jakie przeczytałam po angielsku (zachęcam do zaprzyjaźnienia się z Dahlem właśnie w oryginale – jeśli ciągle kusi Cię, żeby łączyć przyjemność czytelniczą z nauką języka, to jego książki świetnie się do tego nadają). Później sięgnęłam po „Charliego i fabrykę czekolady” (do dziś w roli Willy’ego Wonki widzę Deppa z burtonowskiej adaptacji filmowej), „Charliego i Wielką Szklaną Windę”, „Wiedźmy” oraz „BFG”. Uwielbiam Dahla za jego brak poprawności politycznej, ogromne stężenie absurdu i to, jak ładnie jego książki się starzeją: podobnie jak w przypadku książek Astrid Lindgren sprawdzają się świetnie również dziś. Nic zresztą dziwnego – w końcu kto nie chciałby  odwiedzić czarodziejskiej Fabryki Czekolady?



Mikołajek – Goscinny
„Mikołajka” po raz pierwsyz przeczytałam w liceum – nie ukrywajmy, grupa docelowa jest nieco
młodsza, jednak i tak bawiłam się świetnie i przeczytałam kilka części. Wydaje mi się zresztą, że jako dziecko nie doceniłabym w pełni humoru Goscinny’ego, który w dużej mierze kierowany jest do czytających dziecku rodziców. Jeszcze niedawno opowiadałam tacie historię o tym, jak ojciec Mikołajka przekopywał plażę w poszukiwaniu bardzo cennego, zagubionego wiaderka, tylko po to, żeby odkryć, że dziecko zapomniało go z hotelu. Cóż, rodzice nie mają łatwo…



Atramentowa trylogia – Cornelia Funke
„Atramentowe Serce”, „Atramentowa Krew” i „Atramentowa Śmierć” to najnowsze odkrycia na tej liście. Czytałam je w tłumaczeniu na angielski (oryginał jest po niemiecku), między innymi po to, żeby usprawiedliwić przed samą sobą fakt czytania książek „dla dzieci” w czasie gdy miałam mnóstwo innej pracy. Okazało się jednak, że książki Cornelii Funke oferują całkiem sporo zabawy również starszym czytelnikom, zaskakuje też czasem poważne podejście do tematu. Trup ściele się gęsto, ci źli mają naprawdę wysublimowane podejście do czynionych niegodziwości, nie brakuje też zwrotów akcji i… magii książek. Bo to tak naprawdę historia o książkach i ludziach, dla których książki były życiem. Dosłownie.






A Wy? Zdarza Wam się czytać książki dziecięce lub młodzieżowe, czy raczej szkoda Wam czasu? Jeśli tak, to co godnego uwagi udało Wam się znaleźć wśród nowości?

8 komentarzy:

  1. Faktycznie, gdy się czyta "Ostatnią bitwę" na początku to... może być dziwnie XD A Funke ma wręcz magiczne pióro :D
    Mi zdarza się po takie książki sięgać głównie, gdy kupię je na promocjach: czasem sobie na to pozwalam, bo czasem potrzebuje czegoś lekkiego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Funke to w ogóle jedno z największych moich odkryć. Czytałaś jeszcze jakieś jej książki, czy tylko "atramentową" trylogię? Zastanawiam się, czy coś jeszcze jej autorstwa jest równie przyjemne :)

      Usuń
  2. "Baśniobór" czytałam ostatnio i jestem tą książką zafascynowana. Atramentowa trylogia, jest moją ulubioną od kilku lat <3 Pamiętam że jak byłam mała uwielbiałam "Baśnie z wyspy Lanka", którą mam do tej pory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli podobał Ci się Baśniobór, to polecam także "Świat bez bohaterów". Całkowicie inny styl, ale podobnie dopracowana historia. Zakończenie jest obłędne!
      Z książek Mulla czytałam też "Candy Wars" (zdaje się "Wojny cukierkowe" po polsku) - pomysł też niesamowity, ale grupa docelowa to bardziej dzieci 7-8 lat, więc raczej dużo prostsze niż "Baśniobór" czy "Świat..."

      Usuń
  3. Jest kilka pozycji, które chcę poznać teraz, a które należą raczej do literatury przeznaczonej dla młodszego czytelnika. Na pewno chciałabym przeczytać "Opowieści z Narnii" i dokończyć serię o Muminkach. Chcę się dowiedzieć, co mnie ominęło. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie sięgnij po Narnię, to jest naprawdę piękna historia. Muminki czytam od jakiegoś czasu, zostały mi chyba jeszcze dwa tomy. Cieszę się z nadrobienia zaległości, ale jakoś nie zachwyciły mnie aż tak, jak się tego spodziewalam. Ostatnio w pracy rozmawialiśmy na ten temat i doszliśmy do wniosku, że Muminki powinno się czytać w długie, jesienno-zimowe wieczory, zeby bardziej wczuć się w klimat ;)

      Usuń
  4. Z "Narnii" czytałam dwa pierwsze tomy na razie. Na Mulla też mam ochotę. no i "Charlie i fabryka czekolady" też kusi :) Tylko kiedy ja to wszystko przeczytam? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ten ból z "kiedy ja to przeczytam" :D Na szczęście np. Charliego i fabrykę czekolady można "machnąć" w godzinę :D

      Czyli w Narnii najlepsze jeszcze przed Tobą :) osobiście najbardziej lubię "Podróż Wędrowca do Świtu" i "Ostatnią Bitwę".
      Mull jest naprawdę wart lektury, strasznie żałuję, że nie pisał, gdy ja byłam dzieckiem. Zdeklasowałby Pottera od ręki :)

      Usuń